Małgorzata Bonikowska będzie prelegentką V edycji Masters & Robots
dr Małgorzata Bonikowska, politolożka

Małgorzata Bonikowska: Ludzkość na zakręcie

1 udostępnień
1
0
0

Jakie są największe współczesne wyzwania ludzkości? Z jakimi problemami musimy się zmierzyć? Czy czekają nas wojny i rewolucje? Co stoi na przeszkodzie do realizacji najważniejszych globalnych celów? Rozmawiamy o tym z dr Małgorzatą Bonikowską, politolożką, ekspertką UE, prezeską Centrum Stosunków Międzynarodowych oraz współzałożycielką Instytutu THINKTANK.

Izabela Marczak: Co obecnie jest największym wyzwaniem ludzkości?

dr Małgorzata Bonikowska: Myślę, że tych wyzwań jest kilka. A wszystkie one wiążą się z sytuacją, w której obecnie się znaleźliśmy. Jesteśmy zawieszeni pomiędzy epokami, żyjemy w okresie przejściowym. To się odczuwa zarówno w wymiarze politycznym, jak i w wymiarze społeczno-kulturowym i wiąże się nie tylko z powolną zmianą systemu politycznego, lecz także rewolucją technologiczną, zmianami mentalnościowymi, ogromnymi różnicami między pokoleniami, skutkującymi dystansem, który coraz bardziej się pogłębia.

Przeskoczyliśmy między stuleciami i tysiącleciem. Rok 2000 był momentem przełomowym?

Ciągle szukamy tego momentu zero, momentu, który historycy za sto lat, opisując naszą epokę, uznają za datę graniczną. Ale kilka wydarzeń, takich jak np. zamach z 11 września 2001 roku w Stanach Zjednoczonych czy teraz pandemia – i miejmy nadzieję, że nie będzie jakiegoś większego konfliktu – wskazuje, że przełom właśnie się dokonuje. Może to pandemia będzie końcem pewnej epoki, symbolicznym końcem XX wieku.

Natomiast ewidentnie wchodzimy w nowe. Jeszcze nie wszystkie elementy tej nowej epoki są „gotowe”, ona wciąż się tworzy. Takie procesy w historii świata trwają dziesiątki lat. Ludzkość przechodzi ze starego wieku do nowego, a nawet więcej – z jednego tysiąclecia do kolejnego. To jest bardzo mocna zmiana. Komputery, technologie, internet, a jednocześnie nakładające się na to zmiany mentalnościowe i zmiany stylu życia oraz pracy, mobilność, łatwość przemieszczania się, czyli generalnie coraz mniejszy świat, to wszystko bardzo mocno charakteryzuje tę nową epokę.

Wszystko bardzo szybko się zmienia, ale czy my za tym nadążamy?

No, właśnie. Duża część ludzi, a zwłaszcza tych, którzy nami rządzą – w zasadzie jakieś 90 proc. obecnych polityków – to są osoby, które urodziły się, wychowały i wykształciły w poprzedniej epoce, w poprzednim stuleciu, w poprzednim tysiącleciu.

I mentalnie w nim zostały?

W dużej mierze tak! Dlatego tym wyzwaniem, o którym tak długo opowiadam, jest przejście ze starego w nowe. Liderzy tkwią w schematach z poprzedniego stulecia, a nawet tysiąclecia, a młodsze pokolenia są już w innych realiach. Dlatego porozumienie międzypokoleniowe jest dziś trudne. Pokolenia często bardzo różnie widzą przyszłość i różnie definiują wyzwania. Zarządzanie tym międzypokoleniowym społeczeństwem nie jest proste. Jednocześnie trzeba zauważyć, że dziś młodzi wciąż mają realnie niewielki wpływ na kształtowanie zmian. I właśnie to stanowi obecnie mega wyzwaniepolityczno-społeczno-kulturowe.

Wbrew pozorom sprawy nie ułatwia rozwój nowych technologii, ani to, że internet i media społecznościowe obejmują praktycznie cały glob. Pokrycie internetem nie jest całkowite, ale wielu młodych ludzi posługuje się smartfonami nawet w krajach bardzo biednych. To samo dotyczy telewizji – programy w ramach telewizji satelitarnej są dostępne.

Rzesze ludzi na sposób dotąd niespotykany w historii mają dostęp do informacji?

Do informacji, ale i do podglądania innego świata. Ludzie oglądają filmy, programy i widzą, jak żyją inni. Mają porównanie i widzą różnice. Na globie jest około 200 państw o bardzo nierównym stopniu rozwoju i bardzo dużych różnicach cywilizacyjno-kulturowych. Są różne kręgi kulturowe (kultura muzułmańska, kraje afrykańskie o bardzo różnych uwarunkowaniach lokalnych, Zachód, kraje azjatyckie) i różne ustroje (dyktatury, półdyktatury, kulawe demokracje, pełne demokracje). Te różnice zawsze były, ale oddzielone geografią, fizycznymi odległościami. Podróże przecież nie były kiedyś tak łatwe, jak teraz. Ludzie nie przemieszczali się tak intensywnie.

Wystarczy wspomnieć, że Marco Polo, aby dotrzeć do Chin, poświęcił dwa lata na podróż w jedną stronę. Zatem percepcja różnic cywilizacyjnych i mentalnościowych była inna. Nie miało to aż takiego znaczenia dla rozwoju społeczeństw, jak to ma miejsce teraz. Teraz przecież nie tylko liderzy czy podróżnicy stykają się ze sobą, dzisiaj praktycznie każdy może sobie podejrzeć, jak wygląda życie gdzie indziej. I to powoduje konsekwencje.

Jakie?

Po pierwsze konsekwencje związane z masowymi migracjami – bo ci, którzy widzą, że gdzie indziej jest lepiej, chcą się tam znaleźć. To są migracje ekonomiczne, ale też polityczne – jak teraz te z Afganistanu czy z Syrii. Ale głównymi migracjami są właśnie te ekonomiczne. Plus migracje wynikające z niedoborów, na przykład Afryka ma i będzie miała problemy z wodą. W związku z tym ludzie będą się przemieszczać i to nie tam, gdzie jest porównywalnie, ale tam, gdzie jest lepiej, ewidentnie lepiej.

Drugi problem jest taki, że te różne przestrzenie cywilizacyjne, kulturowe zaczynają być na kursie kolizyjnym. Między światem Zachodu a innymi cywilizacjami jest duża różnica, dlatego że one nie przeszły pewnych procesów. Hinduizm, buddyzm, cała sfera kultury muzułmańskiej, wszystkie państwa afrykańskie, które mają bardzo mieszane religie i tradycje lokalne. Wszystkie te miejsca nie przeszły ewolucji, którą przeszedł Zachód. Myśmy bardzo dużo czasu, bo przynajmniej kilkaset lat, poświęcili temu, aby sobie wypracować coś takiego jak demokracja, prawa człowieka, taki nasz komfort, standard relacji między rządzącym a rządzonym.

U nas przecież też kiedyś były monarchie absolutne, autorytaryzm, totalitaryzm. Przeszliśmy przez okres wojen religijnych, wojen światowych i kilku rewolucji: we Francji, w Rosji, wcześniej w Wielkiej Brytanii. Mieliśmy także rewolucję przemysłową. To były procesy bardzo turbulentne, za które miliony ludzi umarło, zostało zabitych. W końcu nasi przodkowie mentalnie dotarli do kultury politycznej, w której teraz funkcjonujemy. Natomiast inne miejsca na mapie, niepozostające w orbicie kultury zachodniej, tego nie przeszły. Nawet kolonializm tego nie zmienił, bo państwa zachodnie w swoich koloniach nie wprowadzały ani demokracji, ani swobód obywatelskich. W efekcie pomiędzy różnymi podejściami do relacji rządzący – rządzeni powstają obecnie napięcia.

Najgorsze jest chyba to, że my sami, w cywilizacji zachodniej przeżywamy kryzys. Napięcie rośnie nam także wewnątrz, nie tylko z racji zewnętrznych presji czy zagrożeń.

My teraz odkrywamy, że popularyzacja demokracji, promowanie jej, tak zwana agenda demokratyzacyjna z jej standardami, po pierwsze, nie udała się i nie udaje, a po drugie, nawet jeżeli my ją próbujemy narzucać odgórnie, to ona nie ma podłoża do rozwoju na innych przestrzeniach, co świetnie pokazał Afganistan.

Żyjemy na bardzo małej planecie, na której nagle różne przestrzenie kulturowe, z różną mentalnością ludzi i mentalnością rządzących, zaczęły być między sobą bardzo blisko. Okazuje się, że te różnice są na tyle duże, że właściwie uniemożliwiają porozumienie. I to prowadzi do napięć tożsamościowych, religijnych, do wojen o wpływy. To wszystko zwiastuje bardzo turbulentną epokę, bardzo trudne czasy, bo brakuje dziś parasola bezpieczeństwa, który do niedawna dawali Amerykanie.

Dominacja Zachodu na globie słabnie…

Ewidentnie. To, co zachodnie, na czele ze Stanami Zjednoczonymi, ale wlicza się w to cały pakiet: Europa, Wielka Brytania jako odrębny wektor oraz inne państwa Zachodu, ta dominacja Zachodu sensu largo – polityczna, kulturalna, militarna, gospodarcza – słabnie. To nie znaczy, że Zachód ciągle nie dominuje, bo Europa i Ameryka razem to wciąż około 50 proc. gospodarki światowej, ale już w pierwszej dziesiątce firm – największych światowych gigantów, wśród których kiedyś były tylko firmy europejskie i amerykańskie – dziś europejskich nie ma w ogóle; jest osiem amerykańskich i dwie chińskie. Czyli Zachód jest wypychany.

Gdy weźmiemy pierwszą dziesiątkę gospodarek świata, to widzimy, jak gospodarki państw zachodnich są prześcigane. Świetnym przykładem są Indie czy Japonia. A jeszcze lepszym Chiny, które według jednych kryteriów są drugą, a według innych – na przykład pod względem siły nabywczej – pierwszą gospodarką świata. Indie według siły nabywczej są już trzecią, a według PKB – szóstą gospodarką świata, niedawno prześcignęły Francję. Gospodarki francuska i włoska spadają. Niemiecka i angielska jakoś się trzymają w pierwszej piątce, ale państwa europejskie są ewidentnie w trendzie spadkowym.

Z czym się wiąże słabnąca dominacja?

Z utratą wpływów i wzrostem zagrożeń. Gdy ktoś inny rośnie w siłę, będzie próbował wkraczać w te terytoria, które były zdominowane przez Zachód lub, co gorsza, wkraczać na nasze terytorium. I nie mówię tu tylko o geografii fizycznej, mówię o terytorium w sensie wpływów kulturowych, społecznych norm.

Robi się nieciekawie, bo jak my – cywilizowani, z tą naszą wrażliwością i wartościami, mamy się bronić przed „barbarzyńcami”, którzy raczej nie będą się roztkliwiać nad kwestią poszanowania praw człowieka?

No właśnie. Zwłaszcza że sami z tymi wartościami zaczynamy mieć problem. Widać to doskonale na przykładzie sytuacji na granicy polsko-białoruskiej. Teoretycznie chcemy pomagać ludziom w potrzebie, przestrzegać praw człowieka, ale gdy przychodzi do decyzji czy chcemy migrantów, to nie udzielamy im pomocy, bo boimy się, że to będzie precedens, że zostaną zaakceptowani jako przebywający na terytorium Polski. Czyli pojawia się moralny dylemat: które wartości wybrać?

Gdy wybieramy „nasze”, uniemożliwia nam to obronę, ale czy to znaczy, że mamy zamienić się w barbarzyńców? Wielu polskich polityków wydaje się właśnie to sugerować – powrót do starych wartości, do niemal przedcywilizacyjnych zasad.

Jesteśmy w pułapce. Bo jak demokratyczne kraje mają reagować w czasie wojny informacyjnej z dyktaturami, takimi jak rosyjska czy chińska? Jak walczyć z systemem Łukaszenki, który nie ma poszanowania dla ludzkiego życia? Jeśli zaczniemy robić to samo, co może byłoby najskuteczniejsze, będziemy odczuwać ogromny dyskomfort moralny, ale jeśli nie będziemy tak robili, ryzykujemy, że przegramy.

Nie jesteśmy tak odporni jak totalitarne systemy, nie mamy skóry nosorożca. Na tragedię ludzką nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć równie obojętnie jak one. Jednak jeżeli dziś otworzymy granice, jutro pojawią się następni chętni. I ta pułapka moralna, w której się znaleźliśmy, może być wykorzystywana przez reżimy autorytarne. Wyjście z niej to ogromne współczesne wyzwanie.

W dodatku jeszcze rosną nam rozmaite nierówności…

Ekonomiczne i społeczne. One oddolnie rozsadzają świat. Widać je przede wszystkim w krajach rozwiniętych. Klasa średnia ma poczucie, że coraz gorzej jej się żyje. Zasadniczo wielkość tej klasy średniej, która stanowiła dotąd podstawę społeczeństwa demokratycznego, się redukuje. Dlaczego demokracja mogła być wyobrażona jako ustrój, który dobrze działa? Bo jej podstawą, czyli grupą, która głosuje, była ta dobrze zarabiająca i zadowolona z życia klasa średnia, stanowiąca najszerszą warstwę. Arystokracja, bogaci zawsze byli w mniejszości, wraz z rozwojem cywilizacyjnym biednych też ubywało. Teraz mamy sytuację, w której tych najbogatszych jest wciąż bardzo mało, ale są megamajętni, natomiast klasa średnia się pauperyzuje i ma poczucie coraz większej frustracji, że żyje jej się gorzej. COVID-19 dodatkowo to poczucie pogłębia: nie ma stabilizacji, może nie być pracy, nie wiadomo, jak będzie wyglądać przyszłość dzieci – wszystko idzie w złym kierunku.

To tak, jakby w garnku gotować zupę. Ona się gotuje, ale wciąż mocno podgrzewana, jest bliska wykipienia. To są typowe pomruki przedrewolucyjne.

Kapitalizm podobnie jak demokracja nam się nie sprawdził?

Kapitalizm, podobnie jak demokracja, przestał działać dobrze. Od mniej więcej lat 70. XX wieku nierówności zaczęły się pogłębiać, a obecnie narosły. To rodzi ferment przedrewolucyjny. Normalnie przy tego typu nierównościach prędzej czy później gdzieś dochodzi do rewolucji, bo nie ma przyzwolenia na tak wielkie bogacenie się tak małej grupy ludzi. Bogactwo i wynikające z niego benefity, czyli to wygodne życie nigdy równo się nie rozkłada, ale może się rozkładać bardziej równomiernie niż teraz.

I zasobów nam nie przybywa, one raczej się kurczą, zatem dóbr do podziału jest coraz mniej.

No właśnie. I to następne wyzwanie – klimat.

Wygląda na to, że rewolucji nie da się uniknąć.

Rewolucji w sensie fizycznym, takiej jak na przykład rewolucja francuska, może nie być, bo to jest bunt, anarchia. Natomiast trzeba lepiej zarządzić nierównościami. Oznacza to konieczność wprowadzenia mechanizmów stabilizujących kapitalizm, jakoś go samoograniczających, do czego od dawna, bo od lat 90. XX wieku, nawołują ekonomiści. Sęk w tym, że problem zdiagnozowano, ale nikt nie wdraża leczenia.

Mądrość historii pokazuje, że klasa, która „ma”, warstwy, którym żyje się lepiej, politycy u władzy – nigdy dobrowolnie nie rezygnują z posiadania. Dlatego wybuchają rewolucje, bo rewolucja to nic innego jak brutalne obalenie władzy. I nas też to czeka, jeśli kapitalizm się sam nie zreformuje, jeśli wielkie korporacje, ci najbogatsi i ci, którzy są u sterów, sami nie wprowadzą mechanizmów rozkładających bardziej równomiernie zamożności w świecie zachodnim. I trzeba tym zarządzić nie tylko w wymiarze lokalnym, ale i globalnym. Bo ludzie to widzą.

Nie może być tak, nie ma na to przyzwolenia, że w małych krajach, typu Laos czy Kongo Brazzaville, będzie bardzo źle, a w innych będzie rósł dobrobyt. Znamy te statystyki: dziś niecałe 500 osób posiada więcej niż 50 proc. ludności świata. To musi powodować frustracje w skali globalnej.

Warto przeczytać: Biznes oparty na wartościach

Tylko jak mądrze zarządzić kapitalizmem, wprowadzić elementy korygujące? Czy w ogóle można to zrobić pokojowo?

Jest mnóstwo teorii, jak należy to zrobić i podawane są rozwiązania, między innymi wprowadzenie dodatkowych obciążeń na najbogatszych, rozkładanie tego bogactwa – na wzór społeczeństwa szwedzkiego czy innych społeczeństw skandynawskich. Jedno jest pewne: jeśli nic nie zrobimy, grozi nam rewolucja społeczna.

Przydaliby się dobrzy liderzy, tylko skąd ich wziąć?

Tutaj niestety pojawia się kolejny problem – widoczny od trzech, czterech dekad – degeneracja sfery politycznej jako przestrzeni aktywności człowieka. Do polityki nie idą najmądrzejsi, mówiąc kolokwialnie. A dla młodych ludzi polityka to żadna kariera. To nie jest dla nich inspirujące, obiecujące, więc młodzi do polityki – rozumianej jako polityka partyjna – się nie garną. Bliżej im do poprawiania świata, do aktywizmu, działań w przestrzeni publicznej, np. w NGO.

Czyli ruchy oddolne?

Tak. Oni się do tego palą, ale do polityki mają obrzydzenie. I co to znaczy? Mniej więcej tyle, że strefa polityki również się zestarzała. Polityka funkcjonuje w paradygmacie XIX-wiecznym, może nawet XVIII-wiecznym. Partie polityczne nie umożliwiają już młodym innowacyjnym politykom awansu. Czyli mamy tu problemy różnej natury: raz to mniej ludzi, którzy się garną, dwa to nawet, jeśli już ci młodzi są chętni, to partie polityczne są tak skostniałe, że oni się nie mogą przebić, bo dominuje starsze pokolenie, które nie chce wpuścić młodych. W związku z tym tworzą się nowe partie, ale one nie są stabilne.

Ostatnio mój kolega, Austriak, Joseph Lentchm napisał książkę o politycznych start-upach. Zauważył, że w ostatniej dekadzie tylko w samej Europie powstało ponad sto nowych partii. Jest tak dlatego, że młodsi i bardziej innowacyjni politycy, gdy zapisują się do istniejących partii, nic nie mogą osiągnąć. Albo w ogóle nie są członkami żadnego ugrupowania, bo z góry wiedzą, że nic nie osiągną. Od razu zakładają swoją, choć nawet często z nazwy nie nazywają tego partią tylko ruchem, gdyż słowa „partia” i „upartyjnienie” źle im się kojarzą.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
biodanza

Tańcz i poczuj życie w pełni

Biodanza, czyli taniec życia (w dosłownym tłumaczeniu „bios” z greckiego znaczy życie, „danza” – ruch pełen ekspresji) to…

Zawód reporter – życie bez fikcji

„Marzy mi się, żeby żyć w mądrzejszym świecie” – wyznaje dziennikarz, aktywista, podróżnik i autor takich książek jak…