Jagoda na trapezie

Życie cyrkowca – wolność za cenę komfortu

65 udostępnień
65
0
0

Nurt zachodni idzie raczej w kierunku łączenia sztuki cyrkowej z teatrem, tańcem, sztukami wizualnymi. Takie było np. warszawskie „Variete”, niestety już nieistniejące. Ale są jeszcze wrocławski „Kejos” czy kilka grup współpracujących z Fundacją Sztukmistrze w Lublinie. Festiwal Sztukmistrzów pokazuje dużo spektakli, które same w sobie są opowieścią, próbą pokazania pewnej historii.

Zachodnie szkoły, np. w krajach takich jak Dania czy Kanada, chętnie łączą sztukę cyrkową z teatrem, tańcem nowoczesnym, baletem, pantomimą. Chodzi o to, żeby sztuka cyrkowa nie była produktem do podziwiania, tylko medium do przekazania czegoś więcej. U nas to się jeszcze rozwija, bardziej widać to na Zachodzie. Być może w Polsce przeszłaby historia tradycyjnej miłości przekazana przez duet damsko-męski, ale obawiam się, że coś bardziej rewolucyjnego, nowoczesnego spotkałoby się z odrzuceniem, niezrozumieniem. Publiczność będzie się zmieniać i te upodobania też będą ulegać zmianom.

Obecnie pewnie rośnie nacisk na komercyjność?

Ten trend zaczął się wraz z prywatyzacją cyrku. Efektem tego jest chociażby system jednodniówek (obecny tylko w Polsce i w Skandynawii). Starzy artyści mówią nam, że ten system to „ciężka tyrka”. Po bardzo długim czasie przestoju wywołanym pandemią, na początku graliśmy codziennie dwa programy i codziennie w innym mieście. Niektórzy znajomi śmieją się, że to jest obóz pracy. Niestety, to cena, jaką płacimy za tę piękną ideę. Ciekawe jest też to, że starsi artyści uważają, że dobre numery to numery grupowe. Ale w dzisiejszych czasach takich numerów już prawie nie ma. Bardzo trudno jest utrzymać stałą grupę ludzi. Rynek daje przecież mnóstwo możliwości, więc takie grupy momentalnie się rozchodzą. Znakiem czasu są więc obecnie numery solowe oraz duety.

W dodatku rosną też pewnie oczekiwania publiczności. Dziś chyba trudniej zrobić wrażenie na kimś, kto ogląda filmy w 3D, efekty specjalne i bardzo często jest przestymulowany? Zastanawia mnie też, dlaczego dziś typowy target cyrku to dzieci.

Ostatnio rozmawialiśmy o tym, dlaczego cyrk jest nastawiony na dzieci, a nie na dorosłych. W przerwach występów wychodzą do publiczności osoby przebrane za minecrafty (bohaterzy komputerowej gry survivalowej), Spiderman czy Shimmer i Shine. To te postacie właśnie pojawiają się na plakatach czy ulotkach cyrkowych, jako cyrkowa atrakcja. One mają przyciągać dzieci, z nimi te dzieci robią sobie potem zdjęcia.

A przecież to widz dorosły więcej rozumie, chociażby stopień trudności czy niebezpieczeństwa akrobacji. Odpowiedź na nasze pytanie brzmiała, że współcześnie niestety bardzo trudno przekonać dorosłego widza do cyrku. Pokutuje tu wywodzące się jeszcze z czasów komuny przekonanie, że cyrk to hałas, obciach, jarmark, trociny, cekiny, kicz i zwierzęta. Dlatego dziś, żeby przyciągnąć do nas widza dorosłego, trzeba zadziałać poprzez dziecko. Trochę się z tego śmiejemy, ale jest to śmiech przez łzy. Bo na przerwie Shimmer i Shine mają czasem większą owację niż jakikolwiek artysta. My wypruwamy sobie żyły, ale to oni są rozpoznawalni.

Niemniej, wśród dziecięcej widowni zdarzają się tacy widzowie, którzy nam tę zgryzotę wynagradzają. To ci, którzy z otwartymi ustami patrzą na nas i uśmiechają się szeroko, jak im machamy. Część z nich wszystko nagrywa. I wśród nich są zapewne tacy, jak ja kiedyś, którzy marzą, by latać.

Dla mnie Wasze występy, tak jak te Cyrku de Soleil, zawsze są niezapomnianym wrażeniem. Taka sprawność ciała musi dawać ogromną satysfakcję i poczucie bycia chyba w innym wymiarze.

Tak, to prawda. Trenowanie swojego ciała, wysiłek fizyczny to są endorfiny, uniesienie, podniesiony nastrój, wyższy poziom energii. Szczególnie gdy połączone jest to z występem. Wtedy to już jest szaleństwo. Mogę wstać rano w złym humorze, być zaspana, a na scenie zapominam o wszystkim.

Każdy człowiek boryka się z ocenianiem siebie, umiejscawianiem siebie samego względem innych, momentami zwątpienia czy jest coś wart, czy to, co robi, ma sens. Często, póki nie odbijemy się w innym człowieku, nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić.

Początkowo, gdy wychodziłam na arenę, miałam wątpliwości. Czy to się w ogóle komukolwiek spodoba? Ale jak widzę reakcje ludzi, jak otwierają usta, wzdychają z zachwytu, czasem zamierają z przerażenia, wciąż jestem w szoku, że to potrafi tak działać, że się podoba.

Gdy podchodzę do bandy (krawędź sceny – red.), kiedy podaję coś iluzjoniście, to moment kiedy mogę być z widzem niemalże twarzą w twarz. Wtedy widzę zachwyt dzieci, reakcję na to, że pani „artystka” uśmiechnęła się właśnie do nich. To jest bezcenne. Albo dziadkowie, którzy przychodzą z wnukami i na początku są na nie, a pod koniec programu biją brawo i śmieją się.

Wyobrażasz sobie inne życie? Powrót do miasta, stabilną pracę?

Jak najbardziej. Skończyłam studia, które dają mi zawód artterapeuty. Mogłabym się tym zająć. Doprowadziłam do założenia grupy, z którą robiłam latające trapezy, ale wszedł lockdown. Byliśmy uziemieni, kilka osób się wykruszyło, doszedł do tego brak pieniędzy, zmęczenie psychiczne. Byłam o krok od rezygnacji.

Monika Kamińska i Jagoda Stanasiuk

Kiedy wszystko się otworzyło, złożyłam papiery do cyrku i pojechałam w trasę, aby się przekonać, czy w ogóle się do tego nadaję, ale ze świadomością, że w razie czego mam tę drugą drogę. Brałam taką ewentualność pod uwagę, że może to być trasa pożegnalna, ale spodobało mi się na tyle, że chcę pojechać w następną. Nie wyobrażam sobie jednak całego życia w cyrku i w trasie. Fascynuje mnie zbyt wiele rzeczy, muszę doświadczać różnorodności. To co teraz, to jedynie pewien etap, ale wiem, że kiedyś wrócę do miasta i innego typu zajęć.

Czy poza sytuacją pandemiczną w swojej pracy masz momenty rezygnacji?

Momenty takie pojawiają się, ale zwykle są spowodowane przemęczeniem lub moim pracoholizmem. W pozostałych przypadkach raczej ich nie doświadczam. Kontuzje traktuję jak stany przejściowe, codzienne problemy jak wyzwania. Wiadomo, że czasem każdego coś przytłoczy. Też miewam gorsze dni, ale to raczej szybko mija.

Praca cyrkowca jest jednak bardzo eksploatująca. Masz swoje sposoby na regenerację?

Cyrk nauczył mnie odpoczynku w 15 minut. Nie trzeba mieć całego dnia. Można robić tak zwane power nap, czyli krótkie drzemki w ciągu dnia. Można się położyć, pooddychać, rozluźnić części ciała. Pomyśleć o sobie dobrze, praktykować wdzięczność wobec świata. Nie chcę tego nazwać medytacją, bo to zbyt górnolotne, ale pomaga mi wyciszanie się. I kontakt z naturą, uważność na to, co się w niej dzieje. Te dwa elementy uczą mnie czucia siebie, rozpoznawania swoich potrzeb, odpuszczania, gdy to konieczne. Do tego dorzucę jeszcze spotkania z rodziną, przyjaciółmi (teraz w formie wirtualnej). Stosuję także suplementy ziołowe. I to chyba będzie mój cały regeneracyjny komplet.

To wystarcza, by naładować akumulatory? W końcu w swojej pracy dużo z siebie rozdajesz innym.

Tak, ale w cyrku nauczyłam się też brać. Dostaję ogromną dawkę energii od publiczności.

Co chciałabyś osiągnąć w tym zawodzie?

Chciałabym pojechać z występami za granicę. Rozwijać się, opracować nowy numer na nowym rekwizycie. Moim marzeniem jest pójście w kierunku performance. Obecnie podążam raczej za stylem starocyrkowym, ale to zamknięta forma – około sześciominutowa seria tricków, ruchów i choreografii do muzyki, tymczasem chciałabym coś więcej swoim występem przekazać. Myślę, że w końcu zdarzy się właściwy moment, żeby tego dokonać.

Polecamy rozmowę tej autorki z kobietą, która podążyła za marzeniami: Z Teheranu do Tehranu – perski smak, polska wolność

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Home office oczami prawnika

W kwietniu 2020 roku, czyli w pierwszym okresie stanu epidemii w Polsce, pracę zdalną świadczyło około 75 proc.…

Czy neurochirurg musi być odważny?

Prof. Mirosław Ząbek, kierownik Oddziału Neurochirurgii z Interwencyjnym Centrum Neuroterapii Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego w rozmowie z Focusem opowiedział…