Jagoda na trapezie

Życie cyrkowca – wolność za cenę komfortu

65 udostępnień
65
0
0

W tej pracy nierzadko spięcie mięśni nakłada się na spięcie. Dla cyrkowca to chleb powszedni. To, że boli, że czasem źle się czujemy, nie jest istotne. I tak idziemy zrobić pokaz. Ból staje się czymś „normalnym’. Po prostu się z nim żyje – opowiada Jagoda Stanasiuk, absolwentka Państwowej Szkoły Cyrkowej w Julinku, która w tym roku wyruszyła w swoją pierwszą cyrkową trasę.

Agnieszka Meyer: Skąd pomysł, by zostać artystką cyrkową?

Jagoda Stanasiuk: W dzieciństwie oglądałam Międzynarodowy Festiwal Cyrkowy w Monte Carlo, a w nim latające trapezy. Miałam wtedy siedem, może osiem lat, i wówczas to „zasiało się” w mojej głowie. Zakochałam się w tym. Do dziś pamiętam tamto uczucie. Po prostu chciałam latać. Później to marzenie na jakiś czas zniknęło z mojej świadomości, ale pod koniec liceum wróciło z pełną siłą.

Pod wpływem czego?

Poszłam na studia, byłam na dwóch kierunkach i jednocześnie wyprowadziłam się z domu. Poczułam wtedy, że mogę robić to, czego naprawdę pragnę. W internecie znalazłam szkołę cyrkową. Poszłam na rekrutację i… zdałam.

Rzuciłaś studia?

Rzuciłam jeden kierunek. Nie wyobrażałam sobie całkowitej rezygnacji ze studiów. Dlatego codziennie po zajęciach, które kończyły się o 15, jechałam na godz. 17 do Julinka. Szkoła jest w Puszczy Kampinoskiej, a dojazd zajmuje od półtorej godziny do dwóch. Spędziłam tam sześć lat. Robiłam dwie specjalizacje: gimnastykę na sztrabatach, będącą częścią gimnastyki powietrznej (sztrabaty to dwa pasy wyglądające tak jak pasy do holowania samochodu, tylko że bawełniane i zakończone niewielkimi pętlami). Druga specjalizacja to ta wymarzona z dzieciństwa – latające trapezy.

Monika Kamińska i Jagoda Stanasiuk

Specjalizację wybiera się od razu czy najpierw jest część ogólna?

Pierwszy rok jest ogólny: żonglerka, ekwilibrystyka (balans na rekwizycie, czyli np. monocykl, balans na wałku, drabina, balanserka), akrobatyka, gimnastyka na trapezie, taniec, aktorstwo. Teraz weszły też język niemiecki oraz dietetyka.

Jak na ten zwrot Twojej ścieżki zawodowej zareagowali rodzice?

Początkowo byli niepocieszeni, ale chyba większość rodziców by tak zareagowała. Artysta cyrkowy to rzadki zawód i duże ryzyko dla zdrowia, a nawet życia. Moja mama bardzo się bała. Tata potrzebował czasu, by zaakceptować mój wybór. Pomogło to, że mimo wszystko studiowałam, a cyrk uznano za realizację jakiejś mojej pasji. Przez okres studiów rodzice zdążyli zobaczyć mnie na wielu występach, oswoić się i dostrzec w tym wartość. Tak więc gdy oznajmiłam, iż będzie to moja praca zarobkowa, otrzymałam od nich dużo wsparcia.

Można nadać jakiś wspólny rys ludziom, którzy postanawiają zostać cyrkowcami? Kto trafia do Julinka?

Śmiejemy się, że wszyscy jesteśmy wariatami. Środowisko jest małe, wszyscy się znają. Wspólnym mianownikiem na pewno jest pozytywność, chęć działania. Jesteśmy żywi, ciężko nas zamknąć w jednym miejscu. Wydaje mi się że w odróżnieniu do środowiska tanecznego czy aktorskiego, w którym jak czasem słyszę, jest sporo zawiści i konkurencyjności, u nas raczej wspieramy się nawzajem, pomagamy sobie, dzielimy się wiedzą. Oczywiście moja opinia jest subiektywna.

Może parcie na gwiazdorstwo nie jest w cyrku tak silne z powodu mniejszej obecności w mediach?

Być może. Show w cyrku objazdowym to suma wszystkich nas. Poza tym jesteśmy razem w trasie przez wiele miesięcy, zawiązują się relacje, tworzą więzi.

W tym roku wyruszyłaś w swoją pierwszą trasę z cyrkiem. Podoba Ci się taki tryb życia?

Mnie taki tryb życia pociągał od zawsze. Choć wiem, że nie jest on dla każdego. Kilka lat temu w szkole były roczniki, w których w zasadzie nikt nie chciał występować w cyrku, bo to wiązało się z ruszeniem w trasę. Młodzi woleli tryb stacjonarny. Osiąść w wielkim mieście, uczestniczyć w eventach na miejscu, występować w teatrach etc. Ja od zawsze chciałam jeździć. Marzyłam o tym, żeby umknąć typowej społecznej strukturze egzystencji. W cyrku oczywiście też jest społeczność, też obowiązują pewne zasady funkcjonowania w niej, ale są zupełnie inne, co daje poczucie większej swobody, jest dużo więcej kreowania własnego życia. Znalazłam tu swoją enklawę. Poza tym zawsze pociągała mnie wizja człowieka bezpaństwowca, który jest znikąd, a jednocześnie zewsząd.

Czasem po występie idziemy w miasto, ale nie jesteśmy stąd, to nie jest nasze miasto, a jednocześnie jest, ale tylko na dany dzień, jutro będzie nim inne. Zmieniamy miejsca, a nasz „dom” jedzie z nami. On jest na placu cyrkowym wśród innych cyrkowców. I jest trochę jak w rodzinie. Jeśli na pokładzie są dzieci, często w czasie występów opiekuje się nimi cała załoga cyrku, zarówno artyści, jak i tzw. techniczni.

Trapezy bungee

I to, co dla mnie szczególnie ważne – często jesteśmy blisko natury. Mieszkamy w przyczepach, zatrzymujemy się na obrzeżach miast, daleko od zgiełku i ludzi. Otwieram drzwi przyczepy i widzę pole, łąkę lub las. Śpiewają ptaki, latają motyle, bzyczą robaczki… Jestem naprawdę szczęśliwa, bo mogę być blisko tego wszystkiego, oglądać, dotykać, podziwiać. Niekiedy, gdy jestem zmęczona wszystkimi obowiązkami, patrzę w niebo. Widzę księżyc i gwiazdy, zmęczenie odchodzi, a ja wiem, że więcej mi nie trzeba. Stoję przed przyczepą w trawie po kolana, oglądam chmury, czuję wiatr na twarzy, przestrzeń wokół i jestem szczęśliwa/wolna.

Wolność to czy ucieczka od rutyny?

Z jednej strony jestem wolna od „typowego stylu życia”, ale z drugiej, moje życie jest bardzo ustrukturyzowane i powtarzalne. Przyjeżdżamy na plac wieczorem lub w nocy, trzeba ustawić przyczepę, podłączyć do niej prąd, rozpakować część rzeczy w środku, przygotować się do snu. Wstajemy około 8.15, jemy śniadanie, podłączamy wodę, ustawiamy krzesła w lożach, przynosimy sprzęt pod namiot i wieszamy go pod kopułą cyrku. Obiad jest o 12, po nim ustawiamy i sprawdzamy resztę rekwizytów. Trochę czasu wolnego i zaczynamy się malować, ubierać i przygotowywać do pokazu. Każdy pokaz jest taki sam, potem zwijamy wszystko, co właśnie wyjęliśmy i tak od nowa. To jest rutyna, ale dla mnie chyba nie tak rażąca ani męcząca, jaką byłoby np. prowadzenie własnej działalności, papierologia etc.

Może zainteresuje Cię: Ireneusz Czop: Aktorstwo to sport ekstremalny

Ile trwa taka trasa cyrkowca i jak wpływa na nią klimat, pory roku?

Jesteśmy uzależnieni od pogody. Trasa cyrkowa trwa średnio od połowy lutego/marca do października. W zimie jest przerwa w sezonie, bo ze względu na temperaturę ogrzanie namiotu staje się trudne. W upały można podnieść ściany namiotu, ale wtedy i tak przewiew jest tylko na wysokości publiczności. Ja występuję wysoko, pod kopułą. Namiot ma około 11 metrów, nasze rekwizyty są na wysokości około 8 metrów. Latem jest tam naprawdę gorąco. Jeśli na zewnątrz jest 25 stopni, to pod kopułą może być 10 stopni więcej. Jeśli jest 30, to u nas 40. Ale nawet przy takich temperaturach pracujemy. Jeśli pada, nierzadko pod namiot podcieka woda, pojawia się błoto. Wtedy sprawdza się sypanie trocin czy układanie ścieżek z drewnianych podłóg.

Pracujesz na wysokości, w trudnych warunkach. O kontuzje, choroby pewnie więc nietrudno? Często jesteś na chorobowym?

W żargonie cyrkowym dzień wolny określany jest stratą, więc gramy prawie codziennie.

Dopóki możesz wyjść sam na arenę, wychodzisz. Czas wolny jest ograniczony do kilku godzin. Czasem ciężko wyrobić się ze sprawami bieżącymi, naprawami, a podzielić go trzeba jeszcze na trening, rozciąganie i rozluźnianie mięśni. A w tej pracy nierzadko spięcie nakłada się na spięcie. Tyle że dla cyrkowca to chleb powszedni. Cyrkowcy to ludzie zawzięci. Czasem coś nas boli, czasem źle się czujemy, ale i tak idziemy zrobić pokaz. Próg bólu jest nieco inny niż u osób nieuprawiających sportu. Ciało przyzwyczaja się do pewnych bodźców, ucisków. Ból staje się czymś „normalnym”. Ja zwracam uwagę na to, co i dlaczego mnie boli. Podchodzę do tego analitycznie i usiłuję coś z tym robić. Ale są wśród nas tacy, którzy na bólu w ogóle się nie skupiają. Po prostu z nim żyją.

Kiedyś czytałam o starych rodzinach cyrkowych i o małych cyrkach. Ponoć prowadzą one inne spektakle niż te, jakimi dziś raczy się publikę. W Polsce występuje takie zjawisko?

Kilka lat temu była moda na dzielenie cyrku na nowy i stary. Cyrk, w którym obecnie pracuję jest cyrkiem tradycyjnym, co oznacza, że program jest prowadzony przez konferansjera i następują po sobie kolejne numery, niezwiązane ze sobą fabularnie. Ten stary, tradycyjny to styl cyrku wschodniego – pokaz siły i ludzkich możliwości. Artysta w nim ma budzić zachwyt publiczności, widownia ma oklaskiwać jego zdolności.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
agnieszka michałowska akcja amputacja

Amputacja. I co dalej?

Gdy przebywasz w gronie osób, które doświadczyły amputacji, szybko dochodzisz do wniosku, że możesz się od nich wiele…