Związek z obcokrajowcem – cienie i blaski

1 udostępnień
1
0
0

Latami jeździłam po świecie w poszukiwaniu „zagraniczniaka”. Byłam zafiksowana na związek z obcokrajowcem. Relacje miałam, związku na dłużej nie. Co straciłam, co zyskałam, co przeszło mi koło nosa, czego nie doświadczyłam? Zapytałam moje znajome, które poślubiły mężczyznę innej narodowości, o ich refleksje związane z wyborem życiowego partnera.

Pamiętam jak pierwszy raz usłyszałam piosenkę Natalii Grosik z Mikromusic pt. „Takiego chłopaka”. Czułam, że to piosenka o mnie. Natalia śpiewała:

„Panie losie, daj mi kogoś, kto nie zmąci wody w mym stawie.
Kogoś, kto nie pryśnie jak zły sen, gdy ryb w mym stawie zabraknie.
Gdzie znajdę takiego pięknie dobrego?
Daj chłopaka, nie wariata daj,
nie pijaka, nie Polaka daj…”.

Latami marzyłam o tym, by być z Amerykaninem, Skandynawem albo Australijczykiem. Jak ktoś podsuwał mi kandydaturę chłopaka znad Wisły, mówiłam: „Nie, nie, nie! Nie chcę Polaka!”. Długo się zapierałam. Długo szukałam po świecie. Póki niedawno nie stanął na mojej drodze chłopak z Wybrzeża. Nawet próbowałam na początku odprawić go z kwitkiem, ale się nie dał. Dobrze, że miał w głowie więcej oleju niż ja. Dziś nie zamieniłabym go na żadnego „zagraniczniaka”.

Niemniej ciekawość, co by było gdyby…, skłoniła mnie do porozmawiania z kobietami, które wyszły za mąż za obcokrajowców. Jakie są plusy i minusy takich relacji? Czy są bardziej skomplikowane i wymagające? A może wcale tak bardzo nie różnią się od tych między partnerami pochodzącymi z jednej kultury?

Polska – USA. Lekkość bytu

Kasia ma 39 lat. Pięć lat temu wyszła za mąż za Colina, pochodzącego ze słonecznej Kalifornii (USA). Mają dwoje dzieci – czteroletniego Vincenta i trzyletnią Odettę. Mieszkają w Walii.

– Gdy poznałam Colina, byłam już po kilku dłuższych związkach, w tym z obcokrajowcami – opowiada Kasia. – Ale dopiero on posiadał te wszystkie cechy, których zawsze poszukiwałam w mężczyźnie. Jest świetnym człowiekiem, mężem i ojcem. A jak pomyślę jeszcze, jak przez tych pięć lat naszego oficjalnego związku dojrzał, podejrzewam, że blisko mu do ideału (śmiech). Z każdym dniem kocham go coraz bardziej.

Podoba mi się w nim to, co amerykańskie. Amerykanin to taki „Go getter”. Jest pewny siebie i nieustępliwy. To mężczyzna, który wyznaczył sobie cel i śmiało po niego sięga. Chce to mieć i będzie to mieć. Zdaje sobie sprawę, że będzie to okupione ciężką pracą, ale go to nie przeraża. To takie pierwotne wręcz. Gdy patrzę na mojego męża i jego przyjaciół, pomimo bardzo różnych perypetii życiowych i statusu ekonomicznego, te cechy stanowią ich wspólny mianownik. Myślę, że ich kultura nastawiona jest na wygrywanie. „Nothing is impossibble and yes you can do it too”.

Niemniej związek z obcokrajowcem to zawsze wyzwanie. Według mnie największe przeszkody stanowią kody kulturowe i język. Mimo iż swobodnie posługuję się językiem angielskim, są takie momenty, kiedy wiem, że w rozmowie z Polakiem mogłabym rzucić pewne hasło i to by było zrozumiałe, natomiast z obcokrajowcem muszę to obejść, wytłumaczyć. To wymaga cierpliwości i wyrozumiałości.

Kiedy mieszkałam w UK, parę lat zajęło mi osiągnięcie swobody w odnajdywaniu się wśród Brytyjczyków, w ich kodzie towarzyskim. Teraz z mężem jestem na takim etapie, że mamy własny kod. Tak to chyba jest w związkach, że z upływem lat wyrabia się sobie własny język, do którego dzieci dodają różne powiedzonka. Przechodzi się razem przez wiele sytuacji, które kształtują partnerów i to się staje ich kodem.

Dziś w ogóle nie czuję, że Collin jest cudzoziemcem. On bardzo wtopił się w moją rodzinę. A to było dla mnie bardzo ważne, żeby miał z moimi rodzicami i bratem fajne relacje, nie tyle, żeby był  przez nich akceptowany, tylko żeby był we flow. Wiem, że dziś mój mąż swobodnie czuje się z moją rodziną, pomimo że oni nie mówią w języku angielskim.

Ale…

W takim związku zawsze pozostaje się jednak rozdartym między dwiema kulturami. Nasi rodzice żyją na pograniczu kultur, albo raczej zanurzeni są w dwóch kulturach. Teściowie raczej się ze sobą nie dogadają. Choć z drugiej strony, gdy rodzina i przyjaciele Colina zjechali z Los Angeles na nasz ślub w Boszkowie, wszyscy świetnie się zintegrowali i znakomicie wspólnie bawili na weselu i poprawinach. Więc może tak naprawdę wszystko zależy od człowieka. Taki truizm, wiem, ale jeśli jest dobra wola i przyjazne nastawienie, wiele problemów znika.

Myślę, że związek z obcokrajowcem wiele też może nauczyć. Tak jak się mówi, że podróże kształcą, bo stykasz się z inną kulturą, z innym sposobem bycia, z innymi poglądami, bo mierzysz się z wyzwaniami.

Mnie mój związek z Colinem nauczył… lekkości bytu. Poczucia, że wszystko jest możliwe. We mnie to chyba zawsze gdzieś było, ale jakby nie potrafiło się wykluć. Przy Colinie ten aspekt mojej natury rozkwitł. Przy nim poczułam, że mam skrzydła. Pamiętam nasze pierwsze spotkania, pierwszy rok randek. We wszystkim co chciałam robić, on był na tak. Chciałam jechać na wspinaczkę i się powspinać, jechaliśmy. Chciałam pograć w golfa, nie ma problemu. Zamarzył mi się snowboard w Alpach, proszę bardzo. Chodziliśmy na koncerty, na musicale, na sztuki teatralne, na mecze. Nie było rzeczy, której nie mogłam z nim zrobić.

Przy Colinie czuję, że mogę robić to, na co mam ochotę, w dodatku z nim, więc mam podwójną radość z wszystkiego. On jest piękną osobą. Móc spędzać przy jego boku dni, poznawać go, mieć do niego dostęp, być jego żoną jest cudownym doświadczeniem.

Mamy podobne natury, a różnice między nami tylko dodają smaku. Żeby nie było za mdło.

O tym, jak w Polsce żyje się Azjatkom przeczytaj TUTAJ

Polska – Hiszpania. Żywe emocje i radość chwili

Beti ma 40 lat. Osiem lat temu wyszła za mąż za Hiszpana, Nacho. Mają czteroletniego syna, Yeriego. Mieszkają w Tarifie, na południu kraju.

– Na początku związku kręcą cię różnice związane z odmienną kulturą – opowiada Beti. – To, że twój facet godzinami rozmawia przez telefon, jak to w zwyczaju mają Hiszpanie, wydaje ci się wprost urocze. Jednak z czasem te różnice mogą zacząć przeszkadzać, a nawet drażnić.

Podobnie jest też z innymi aspektami życia. Kilkanaście lat temu, kiedy przyjechałam do Hiszpanii, myślałam głównie o plaży, pracy, i o tym, żeby zostać tu na zawsze. Teraz, o kilkanaście lat starsza, coraz bardziej zdaję sobie sprawę jak bardzo tęsknię za rodziną w Polsce. Mimo że codziennie rozmawiamy przez wideo, tęsknota nie maleje.

Dużym wyzwaniem okazał się także język. Kiedy poznałam męża, mieszkałam już w Hiszpanii cztery lata i wydawało mi się, że mówię płynnie po hiszpańsku, tymczasem przy Nacho codziennie uczyłam się nowych słówek, co zresztą bardzo mu się podobało. Kiedy źle wymawiałam nowo poznane słowo, pękał ze śmiechu. Zrobił nawet listę w telefonie z tymi słówkami. Ma ją już tyle lat i jak mu się nudzi, to od czasu do czasu czyta, żeby się pośmiać.

W drugą stronę, kiedy Nacho próbuje nauczyć się słówek po polsku, te wydają mu się niemożliwe do wymówienia. Upraszcza je więc. Zamiast „kochanie” mówi „chanie”. Krócej i prościej, i tak zostaje.

Ale już na przykład dla naszego dziecka fakt wychowywania się w rodzinie, gdzie ja rozmawiam z nim po polsku, tata po angielsku, a w szkole porozumiewa się po hiszpańsku, jest ewidentnie zaletą.

Dwujęzyczne dzieci łatwiej uczą się nowych języków, a znajomość języków daje ogólnie lepszy start w dorosłym życiu.

Oczywiście zalety takiego związku nie kończą się na dzieciach (śmiech). Przede wszystkim dzięki takiemu związkowi otwierasz się. Co ciekawe, nie tylko na kulturę innego kraju, ale też na swoją możesz spojrzeć w inny sposób. To, że ja jestem zakochana w Hiszpanii, to może wcale nie dziwi z perspektywy Polaka, ale to że Hiszpan jest zakochany w Polsce, może być zaskakujące. Nacho uwielbia przyjeżdżać do Polski na wakacje. Cieszy się każdym momentem tutaj, każdym krajobrazem, i każdą chwilą z moją rodziną. Dzięki niemu to ja poznaje Polskę na nowo. Kiedy poszliśmy do mojego wuja na działkę i ten postawił na stole samodzielnie zrobioną malinówkę z owoców ze swojego sadu, Nacho oszalał z podziwu. Widząc jego zachwyt nad Polską i specyfiką mojego kraju, sama zaczynam doceniać to, czego wcześniej nawet nie zauważałam.

Sama zaś z kultury Nacho też czerpię wiele korzyści. Jedną z nich jest ta, że Hiszpanie mówią dużo komplementów. Po ośmiu latach małżeństwa, nadal przynajmniej raz w tygodniu słyszę od męża: „Jak ładnie dzisiaj wyglądasz” albo „W tych spiętych włosach masz piękną szyję”.

W Hiszpanii feministki mają bardzo silną pozycję. Mężczyźni już to zaakceptowali i się do tego przyzwyczaili. Jeżeli dwoje małżonków pracuje, to obowiązki domowe dzielone są po połowie. Ja gotuję, on sprząta po obiedzie. Ja odkurzam, on myje łazienkę.

Moja mama, kiedy przyjeżdża do nas na wakacje, jest zszokowana, że na spacerze na ulicy widzi o wiele więcej mężczyzn z dziećmi niż kobiet, a na plaży to tatusiowie bawią się w piasku z dziećmi, karmią je, mamy zaś w tym czasie odpoczywają. W Polsce byłoby na odwrót.

Hiszpańscy mężczyźni potrzebują być niezależni. Dadzą ci całą swoją miłość, ale spotkania lub kilkudniowe wyjazdy z kolegami są święte. Nacho uważa, że każdy ma swoje życie, swoich przyjaciół, swoje hobby i musi mieć czas dla siebie. I ma rację. Ja też uwielbiam weekendowe wypady z moimi przyjaciółkami, tzw. ladies nights. To jest zdrowe dla utrzymania związku. W momencie kiedy to zrozumiesz, przestajesz być zazdrosna.

Hiszpanie bardzo głośno mówią i zawsze też mówią, co myślą. Jak jakiś samochód zastawi drogę, od razu komentują. Lubią się kłócić i lubią mieć rację. Nasze kłótnie z Nacho to wybuchy wulkanu. Ale szybko mijają i potem się śmiejemy.

Ta specyfika hiszpańskiej kultury sporo we mnie zmieniła. I chyba na lepsze. Przede wszystkim nauczyła mnie spokojnego podejścia do życia i luzu. Kiedy wiem, że spóźnię się na spotkanie, nie robię z tego dramatu. Tu 15–30 minut spóźnienia to normalka, a nie koniec świata. Między 14 a 17 wszystko staje w miejscu, zamykają się sklepy i wszyscy idą spać. Dziś zastanawiam się w ogóle, jak można żyć bez sjesty (śmiech).

W Hiszpanii, od Nacho nauczyłam się życia chwilą. Bo Hiszpanie pracują, żeby żyć, a Polacy żyją, żeby pracować. I to jest najlepsza lekcja, jaką w tym związku dostałam.

Hiszpan uważa, że pracuje, żeby potem wydać pieniądze na przyjemności – na jedzenie w restauracjach czy wyjazdy. Może całe życie mieszkać na wynajmie z żoną i dziećmi, ale przyjemności muszą być. Polak wyrabia nadgodziny, żeby zapłacić kredyt za mieszkanie i odmawia sobie corocznych wakacji, bo musi oszczędzać. Tu zaś możesz być biedny i szczęśliwy. Gdy mnie włącza się polski „rozsądek”, mój mąż pyta: „A jeśli jutro już mnie nie będzie na tym świecie?”.

Trzeba żyć każdą chwilą, dużo czasu spędzać na świeżym powietrzu. Jak to mówią, carpe diem. Nie tak jak w Polsce, gdzie często słyszę: „Na emeryturze zacznę żyć”. Tylko że połowa ludzi nie doczeka emerytury, a jeśli nawet doczeka, to zaczną się choroby i na wiele spraw już nie będzie sił. Więc z Nacho żyjemy i czerpiemy z tego życia tu i teraz.

Polska – UK. Relacje nie mają granic

Karina ma 41 lat. 10 lat temu wyszła za mąż za Brytyjczyka, Davida. Mieszkają w Londynie i mają dwójkę dzieci – ośmioletniego Sebastiana i pięcioletnią Chloe.

– Odkąd pamiętam, zawsze kręcili mnie chłopcy „z zagranicy” – opowiada Karina. – Nie oglądałam się za Polakami, „nasze” było dla mnie nudne. Wiem, strasznie to brzmi, ale mówię prawdę. Pociągały mnie różnice kulturowe, ciekawiła inność. Zabawne jest to, że po latach bycia z Davidem wydaje mi się, że niczego z tego, co kiedyś było tak pociągające, nie ma. Stworzyliśmy za to nową wartość, „nową kulturę”. Być może przez dzieci udało nam się różnice i to, co inne zamienić na to, co wspólne. Znaleźć złoty środek. A to fascynujące.

Fakt, że przełamanie barier językowych, mentalnościowych – nie tylko własnych, ale też tych między rodzinami, zrozumienie innego od naszego, w którym się wychowaliśmy, sposobu życia – to wszystko trudne, często męczące. Ale gdy się to udaje, jest ogromna satysfakcja. Żeby się to jednak stało, trzeba też trochę poprzestawiać sobie w głowie. Na przykład nie skupiać się na różnicach, na tym, co mi się w danej kulturze nie podoba, tylko większą uwagę zwracać na zalety, na dobre strony tej kultury. Przy takim nastawieniu uczysz się, że tak naprawdę w relacjach międzyludzkich nie ma granic. Jeśli obie strony wykazują wolę dogadania się, porozumienia, to ono jest możliwe.

Mój związek z Davidem nauczył mnie akceptacji, cierpliwości, wyrozumiałości, a co najważniejsze otwartości. Zapewne w każdej relacji z drugim człowiekiem, który przecież jest inny od nas można się tego uczyć, ale w związku z obcokrajowcem bez tego zestawu trudno cokolwiek razem zbudować.

***

Słucham Kaśki, Beti i Kariny i je podziwiam. Związek z obcokrajowcem to jednak wyższy level i trzeba wiele przepracować w sobie, żeby się udało. Dla mnie z pewnością najtrudniejsza byłaby w nim tęsknota za rodziną. Trochę w życiu mieszkałam w różnych miejscach za granicą i choć za każdym razem stanowiło to absolutnie niezwykłe doświadczenie – tęsknota za rodziną i przyjaciółmi, z którymi jestem bardzo zżyta, sprawiała, że średnio raz w miesiącu musiałam być w Polsce.

Dziś zastanawiam się właściwie, dlaczego przez tak długi czas marzyłam o związku z obcokrajowcem. Może dlatego, że w polsko-polskich relacjach z mężczyznami zawsze musiałam mieć ostatnie zdanie. Obfitowały one w długie „debaty”, których cel był jeden – miało wyjść na moje. Musiałam mieć rację, nawet jak jej nie miałam. Kiedyś ktoś powiedział mi w końcu: „Dla ciebie idealny byłby związek z obcokrajowcem. Nie dałabyś rady tyle gadać, tłumaczyć i drążyć tematu, bo nie miałabyś już tej lekkości wypowiedzi, którą daje komunikacja w języku ojczystym”.

Pomyślałam, że może rzeczywiście. Może przestałabym tyle spraw rozkminiać, tak się zapierać przy swoim. I może z tego powodu taki związek byłby dla mnie łatwiejszy.

Dziś jednak cieszę się, że jestem z chłopakiem z Wybrzeża. I jak wspomniałam na początku, nie zamieniłabym go na innego. Nie czuję, że coś straciłam, że coś mnie ominęło, że brakuje mi wyzwań.

Jak mówi Karina, każda relacja z drugim człowiekiem jest w pewnym sensie wyzwaniem. Jeśli jesteśmy jednak tego człowieka ciekawi, jesteśmy otwarci na poznawanie go, spotkanie z nim – niezależnie od tego skąd pochodzi – może okazać się fascynującą przygodą. Podróżą, która kształci.

Tej autorki: Arkadius: Fajniej jest mieć wolność niż sławę

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
starość

O doświadczeniu starości

Prawdopodobnie jestem stara. Pierwszy raz pomyślałam o tym kilkanaście lat temu. Dziś jednak muszę przełknąć tę żabę. W…

Nie moja sprawa

Moją sprawą jest nowy samochód sąsiada, z kim sypia Grażyna z pracy, kto jest winny kryzysu w związku…

Krzyk ma moc

Stoję na łące i krzyczę. Drę się tak, jakby ten krzyk miał rozpłatać niebo. Zdarte gardło rzęzi, pulsuje…

Uzależnieni od biedy

Ciułanie, chomikowanie, magazynowanie. Kupowanie za dużo i na zapas. Lub odwrotnie: tzw. podcieranie tyłka szkłem, skąpienie każdego grosza,…
mniej

Mniej

Mniej słów, mniej myśli, mniej dźwięków, mniej bodźców, mniej rzeczy, mniej ludzi, mniej wrażeń, mniej uczuć… mniej problemów,…