HSG Hortensja żardiniera ze smokami, fot. Marta Włodarczyk

Zapomniany kryształ z babcinego kredensu

111 udostępnień
111
0
0

 

„Szkło kocha się tak, że można się za nim rzucić do pieca”

Zbigniew Horbowy

Kredensy w starych mieszkaniach zdają się być zapchane do ostatniego skrawka szkiełkami. Nigdy nieużywane patery, żardiniery, bombonierki i etażerki, rżnięte kieliszki, karafki ze szklanym korkiem, cały ten zgiełk bez najmniejszej szansy na utylitarne potraktowanie. Żyjemy szybko, jemy na naczyniach, z których po umyciu w zmywarce nie spłynie złota malatura. Ale nie wszyscy. Na szczęście jest jeszcze grupa ludzi, którzy chcą żyć piękniej.

Pić herbatę jaśminową z cieniutkiej jak muszla filiżanki, a truskawki podać w kryształowych pucharkach. Coraz częściej poszukiwana jest do takich hedonistycznych celów polska produkcja, a dorobek i jakość miejscowych hut szkła w tym zakresie nie odbiega od standardów skandynawskich czy włoskich.

Licytacje, szperanie, polowanie, czyli biegnij na strych po skarby

Szkło ma to do siebie, że bardzo łatwo się tłucze. Im go mniej, tym nieprodukowane egzemplarze są rzadsze. A na szkło wróciła moda. To, co pani domu wyrzuciła w 1990 roku, kupując supermodne duraleksowe szklanki, kosztuje teraz majątek. Produkty hut z Zawiercia, Ząbkowic, Piotrkowa Trybunalskiego, Tarnowa na nowo zawojowały umysły zbieraczy, łaskawym okiem patrzy się nie tylko na meble z epoki PRL-u (fotel chierowski, krzesło skoczek), ale i na bardziej kruche elementy wyposażenia.

Ale hut nie ma, gdzie więc zdobyć modne szkło? Szczęściarze opróżniają strychy babci i piwnice, nawiedzają sąsiadki i żebrzą o kolorową starą cukiernicę. Szperanie i poszukiwanie na portalach ogłoszeniowych przypomina łowy na grubego zwierza, bo może ktoś sprzedaje „graty taty”, a nie ma pojęcia, co tak naprawdę znajduje się w pudłach.

Śmietniki nigdy nie były tak wnikliwie badane pod kątem nie złomu, jak dotychczas, a właśnie w nadziei na design PRL-u. Ceny naprawdę potrafią zaskoczyć laika – niewysoki szklany świecznik (ząbkowicka Karolinka) w pięknym błękicie za 800 zł, stara cukiernica (nawet nie kryształowa) za 150 zł, im rzadszy kolor, tym gorętsza walka. A jak się to wszystko zaczęło?

Młodzi, gniewni, pod nadzorem

Biuro Nadzoru Estetyki Produkcji – brzmi fatalnie, ale ta właśnie instytucja przy Ministerstwie Kultury i Sztuki od 1947 roku zajęła się dyktowaniem zasad produkcji. Głównym założeniem było podkreślenie wyłącznej kompetencji artysty w zakresie estetyki produkcji.

Szkolenia i warsztaty pozwoliły młodym projektantom nie tylko przyjrzeć się procesowi produkcji szkła, ale również własnoręcznie przekonać się, jak podporządkować dekorację tektonice szkła (warsztat grawerski w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu).

Talerz Fala proj. J.S. Drost, HSG Ząbkowice, fot. Marta Włodarczyk

Dyplomanci w szkle otrzymywali nakaz pracy w utworzonych z inicjatywy Instytutu Wzornictwa Przemysłowego komórkach wzorcowych w wielkich hutach: „Ząbkowicach” w Ząbkowicach Będzińskich, „Hortensji” w Piotrkowie Trybunalskim, „Laurze” w Tarnowie, „Sudetach” w Szczytnej, „Irenie” w Inowrocławiu, „Józefinie”-„Julii” w Piechowicach, Krakowskim Instytucie Szkła (huta eksperymentalna), Bogucicach, „Barbarze” w Polanicy-Zdroju.

Słowo klucz: eksperyment

Zaczęło się od burzy pomysłów, młodzi projektanci, wychodząc z puryzmu wrocławskiej szkoły, poszukiwali formy przy ograniczonej palecie kolorystycznej. Ametyst, kobalt, bursztyn i zieleń przeplatały się ze szkłem bezbarwnym, symetryczne wazony z obrotowych form zachwycały płynnym modelunkiem, wyszukanymi proporcjami.

Ale przyszło nowe – magia fermentu zaczęła działać, zaczęły się doświadczenia ze szkłem wolnoformowanym, pękały w masie nieregularne pęcherzyki powietrza, tworząc za każdym razem mikrodzieło sztuki, naklejano nakładki, formowano guzy, do szkła dodawane było kruszywo kreolitowe, dające iluzję zawiesiny dymnego popiołu.

Twarze nowej ery

Wielkie debiuty absolwentów PWSSP we Wrocławiu: Jerzego Słuczan-Orkusza, Jana Sylwestra Drosta, Ludwika Fiedorowicza, Zbigniewa Horbowego, Aleksandra Puchały, Wszechwłada Sarneckiego, Eryki Trzewik-Drost, Reginy Włodarczyk-Puchały i Wiesława Sawczuka dały początek nowej epoce. Projekty zestawów pięknych w prostocie wykonania z zachowaniem walorów funkcjonalności pozwalały tworzyć gotowe garnitury szkła seryjnego.

Szaleństwo kształtów

Głowy kolekcjonerów zaprzątnęło poszukiwanie niebanalnych kształtów: Z. Horbowego wazony z grzybowym kapeluszem fungi, spłaszczone butla „Kama” i „Alicja”, wazony izolator, seria ufo, kule Cynthia, kolekcja „Antico” z pęcherzykami powietrza, czy patera „Bałtyk”. J. Słuczan-Orkusza seria wazonów z pępuszkiem, amfory z ozdobnymi uchami w kształcie ślimacznic, motyli, szczypanek szkła, napoleon w czarno-białej tonacji z wlewem formowanym na kształt cesarskiego nakrycia głowy, wazon osiołek C. Zubra, małżeństwa Drostów bogactwo form: świeczniki Karolinka i Meksykanka, kultowy zestaw radiant z pierścieniowym wzorem, ząbkowickie kury-bombonierki, czy żardiniery ze smokami z HSG „Hortensja”.

Faktura – migdały, wachlarze, guziczki

Szkło prasowane w swoich tradycyjnych formach znudziło się przede wszystkim młodym projektantom, klasyczne, powielane po wielokroć, wzory nie odbiegały od motywów dziewiętnastowiecznych. Młodzi i zaangażowani artyści postanowili porzucić brylantowe szlify, zaczęli bawić się z jednej strony motywami zgeometryzowanymi (Spirelli, Conti, Rotor), z drugiej sięgając po modelunki wzorowane na przyrodzie z wykorzystaniem motywu makroodbicia kwiatów, kłosów, owoców (garnitur Krople rosy, Sahara, Asteroid, Skamieliny, Fala).

Projekt Cora Eryki Trzewik-Drost to… wyszydełkowana i w gipsie zafiksowana serweta z frędzlami. Bombonierki, patery, tace i cukiernice fascynują odciskiem guziczków, modelowanych róż, wachlarzy i rombów. Wzory zyskały nawet wiernych naśladowców, więc można spotkać się z francuskim plagiatem form polskich.

I wchodzi on, cały na wściekle kolorowo

Projekt rozszerzenia gamy barw szkła zaprzątał głowy młodych twórców na tyle mocno, iż rozpoczęto eksperymenty najpierw w komórkach wzorcowych, następnie już w halach produkcyjnych. W Ząbkowicach małżeństwo projektantów Drostów – Jan Sylwester i Eryka – wprowadziło innowację w zakresie barwienia, uzyskując z kobaltu i żółci intensywną zieleń. Nowe technologie pozwoliły artystom rozwinąć skrzydła, stąd w transparentnym świecie szkła prasowanego pojawia się kolor miodu, róży, lawendy, kobaltu, turkusu i pomarańczy.

Talerz igloo proj. J.S. Drost, HSG Ząbkowice, fot. Marta Włodarczyk

Poszukiwania projektantów doprowadziły również do wdrożenia produkcji w wersji mlecznej Lattimo całych garniturów, poszerzenia kolorystyki rubinu. Pokuszono się również o stworzenie przedmiotów użytecznych ze szkła hialitowego (do tej pory używanego raczej jako szkło apteczne) w wersji głębokiej czerni oraz z ciemnofioletowym prześwitem.

Szkło lane ma się w kolorze świetnie, przejścia od makowej czerwieni do ognistej pomarańczy w „Płomieniu” Horbowego, czy w również tego artysty kolor świnkowy – pudrowy róż wyzwala nowe możliwości. Oliwkowe tonacje wazonów Wiesława Kupczyka, seledyny z Tarnowca Jerzego Słuczan-Orkusza, pstrokate taśmy pomarańczy w produktach huty „Laura” – bogactwo zadziwia i tylko kolekcjonerzy mają problem. Zebrać wszystkie odcienie tęczy Asteroida, Karolinek czy owocarek z wzorem w medaliony.

Nie tylko kolor

Zapoczątkowane przez Romana Rosyka pod koniec lat 50. XX wieku próby łączeń materiałów doprowadziły do niezwykle ekscytującego eksperymentu. Pierwotnie domieszka kruszywa do masy szklanej i uzyskany efekt zawieszonych cząstek wyzwoliło nowe marzenia o łączeniu szkła i metalu. Lecz nie w tradycyjnej formie szkoły japońskiej Kintsugi, a poprzez pokrycie szkła warstwą tlenków metali. Naturalnie iryzacja: minerałów, macicy perłowej, plam benzyny oraz baniek mydlanych to nic innego jak interferencja światła białego na wielowarstwowej tkance. Technologicznie nic nie stanęło na przeszkodzie, by wazon z HSG „Hortensja” zamienił się w opalizującą jak skrzydła motyla amforę.

Biuro detektywów, czyli o prawach autorskich w PRL-u

Spółdzielnia, współpraca, molochy przedsiębiorstw to nie miejsce na indywidualizm, stąd czasem problem z rozpoznaniem projektów czy wyszczególnieniem miejsca przygotowania konkretnego modelu. Fanatycy z lupą w ręku liczą ząbki na żardinierach z różą (jeśli 8 – to z Ząbkowic, 11 – z Piotrkowa Trybunalskiego), niektóre projekty jednak produkowano masowo i nie zaprzątano sobie głowy podpisywaniem umowy o tantiemy.

Huta Szkła Gospodarczego „Rozalia” z Radomska posiłkowała się katalogiem „Hortensji” przy wypuszczaniu wielkich zamówień. Przeprowadzki artystów na terenie Polski też nie ułatwiają atrybucji: że tworzył Jerzy Słuczan-Orkusz widać, ale gdzie ta konkretna rzecz została odlana? Projektant pracował początkowo w „Józefinie” w Piechowicach, a następnie we Wrocławiu, Pieńsku, Poznaniu, Krakowie i Sosnowcu.

Jak ma na imię ta dziewczyna

O ile atrybucja projektów jest trudna, to o prawo do nazwy należało w przypadku huty „Józefina” powalczyć w sądzie, gdyż spółka powstała w połowie XIX wieku jako „Josephine” w Szklarskiej Porębie i działała pod tym szyldem do 1958 roku. Wówczas niemieccy inwestorzy przemianowali zakupioną przez siebie w Schwäbisch Gmünd hutę „Cecylia” na „Josephine” i, chcąc skorzystać z dobrej opinii wyrobów sprzed wojny huty ze Szklarskiej Poręby, wytoczyli sprawę o bezprawne użycie starej nazwy. Właśnie dlatego w literaturze będziemy mieli do czynienia z ową zagadkową damą Józefiną-Julią.

I tylko szklany pył pozostał

„Ząbkowice” upadły w 2002 roku, „Hortensja” w 2004 roku, „Tarnowiec” i „Laura” w 2012 roku, a „Sudety” dwa lata później, w hucie „Irena” 75 procent udziałów posiada inwestor z Iranu, prawie cała produkcja jest eksportowana.

I tylko wyjątki działają: „Józefina”-„Julia” z Piechowic otrzymała Nagrodę Liczyrzepy jako najlepszy produkt turystyczny regionu, Krakowskie Centrum Szkła i Ceramiki organizuje pokazy dmuchania szkła oraz otwarte warsztaty.

Inwestycja w szkło

Kolekcjonerzy są różni – jedni kochają konkretny wzór (ząbkowicki Kaszmir robi furorę na salonach), inni celują w kolorystykę i zbierają jedną barwę szkła albo gromadzą tęczową kolekcję (z mlecznym Lattimo i hialitową czernią na dokładkę). Są i tacy, którzy patrzą w przyszłość, liczą na kurczącą się pulę okazów kolekcjonerskich i… kupują nazwiska projektantów.

Wielkie wystawy, rozpoznawalne autorskie realizacje artystów pozwalają naprawdę solidnie przygotować się do lokaty kapitału, a na razie produkty polskich upadłych hut nie są zbyt drogie. I chociaż już teraz od nazwiska Pijaczewska, Horbowy czy Puchała podnosi się tętno licytującym, to na stronie Encyklopedia Szkła XX wieku, gdzie oddzielne zakładki dokumentują działalność hut włoskiego Murano, Skandynawii, Czech, Niemiec, Malty, Wielkiej Brytanii, całość naszej produkcji wrzucona została do kategorii „inne”. Ale, być może, to tylko kwestia czasu.


może Ci się spodobać
potwór

Potwór

Dzieci potrafią nas, dorosłych, przenieść do innego świata. Oderwać od logicznej, poważnej, rządzącej się określonymi regułami rzeczywistości. W…
muchomor

Zanim odlecisz – rzecz o muchomorach

Wiedza o właściwościach roślin była wykorzystywana przez zamieszkujące Ziemię ludy od tysięcy lat. Liście, bulwy, korzenie, pędy, kwiaty,…

Choroba psychiczna czy dar?

Depresja, choroba dwubiegunowa, psychoza i schizofrenia nie są przekleństwem, lecz przejawem nadzwyczajnej transformacji świadomości. Według afrykańskiego autora i…