Wiedza o właściwościach roślin była wykorzystywana przez zamieszkujące Ziemię ludy od tysięcy lat. Liście, bulwy, korzenie, pędy, kwiaty, łodygi, owoce różnych części roślin używano  nie tylko w leczeniu, ale także w magii miłosnej czy do poszerzania świadomości. W tym ostatnim przypadku rośliny miały pobudzać mózg do hiperaktywności, wywoływać trans, czasem sny wieszcze. Miały otwierać niedostępne portale, tworzyć drogę porozumienia zwłaszcza z przodkami, duchami.

Zacznijmy od najbliższego podwórka, czyli Słowian. Mówi się o nich jako o mykofilach, to znaczy lubiących, zbierających i znających się na grzybach. Bynajmniej nie o bladej, wyjałowionej uprawą i traktowanej niemalże jak warzywo pieczarce tu mowa, lecz o grzybach dzikich, na które w leśnych ostępach i dziś wielu z nas urządza bezkrwawe polowanie z koszykiem i nożem w ręku.

Anglicy grzyby leśne określają jako „toadstools” (muchomory), gdzie „toad” to ropucha, w sposób nierozłączny kojarząca się z czymś plugawym. Ale w Polsce grzybobranie stało się dla wielu ludzi odskocznią od codziennych zajęć, świętem wyjścia do lasu. Niektórzy określają stan skupienia podczas takiego spaceru jako emocjonalną jogę, gdyż do poszukiwania „leśnych skarbów” angażują wszystkie zmysły, a cisza lasu dodatkowo opiekuje się ich skołatanymi nerwami. Kuchnia słowiańska pełna jest przepisów, wykorzystujących dary lasu – tradycyjne wigilijne pierogi z grzybami, grzyby marynowane, kiszone, duszone z cebulą, warzywami, pod śmietanową kołderką. Cudzoziemców najczęściej zaskakuje takie traktowanie „dzikiego” jedzenia, ale najważniejsza w tym przypadku jest wiedza o przedmiocie. A tę my – Słowianie mamy niejako w genach.

Obcokrajowcy w Tajlandii wszak też uważają, że każdy wąż jest jadowity, a Tajowie rozpoznają te nieszkodliwe i nic sobie z nich nie robią, a nawet doprowadzili do perfekcji proces dojenia węży, czyli pozyskiwania jadu do produkcji preparatów z antytoksyną. U nas wiedza o grzybach przekazywana jest od pokoleń, choć kierowanie się zasadą „wyssania jej z mlekiem matki” niejednego zesłało na manowce. Z czasem bowiem wiedza pokoleń przekazywana bywa coraz mniej dokładnie. U części z nas została jedynie w formie: „nie tykać blaszkowych”, a i tak nie zawsze wystarcza, by uniknąć zatrucia grzybami.

Współcześnie grzybobranie traktujemy raczej hobbystycznie. Dawni Słowianie wiedzieli, że w grzybach jest moc i potrafili z niej korzystać.

Wiedźmy, czarownicy i szamani

Liście, bulwy, korzenie, pędy, kwiaty, łodygi, owoce – różne części roślin ludzkość wykorzystywała przez tysiące lat w leczeniu chorób czy magii miłosnej. Informacje o czasie zbioru, właściwościach i zastosowaniu różnych roślin dokładnie opisywano w herbariuszach (księgach, które niedoedukowane społeczeństwo traktowało jako dzieła czarnoksięskie).

szaman
© Adobe Stock

Część roślin wykorzystywano do poszerzania świadomości, ich działanie miało pobudzać do hiperaktywności mózg, wywoływać trans, czasem sny wieszcze, otwierać niedostępne portale, tworzyć drogę porozumienia zwłaszcza z przodkami, duchami. W wielu kulturach rośliny o silnym działaniu paraliżującym, trującym do dziś umiejętnie dawkuje się na polowaniach, w połowach ryb, ale także by otrzymać leki, afrodyzjaki czy środki halucynogenne.

Po co druidom jemioła?

Szamani odnajdywali wśród roślin halucynogeny – przewoźników na drugą stronę rzeczywistości. Największą różnorodnością takiej specyficznej flory może pochwalić się obszar równikowy i podzwrotnikowy kuli ziemskiej. Wśród ludów Mezoameryki wykorzystywano pozyskiwany z pąków pejotlu Mescalito (Lophophora williamsii), bieluń (Datura inoxia), grzyb nazywany czarcim zielem (Psilocibe mexicana) czy szałwię wieszczą (Salvia divinorum).

Lophophora williamsii
Lophophora williamsii © Adobe Stock

À propos szałwii wieszczej, w 1961 roku spróbował jej amerykański bankier, podróżnik, etnobotanik Robert Gordon Wasson i opisał swe wrażenia jako pląsający pod powiekami korowód wielobarwnych ornamentów. Późniejszy ślub w Londynie z Rosjanką Wierą Guercken, miesiąc miodowy w Wielkiej Brytanii i pierwsze skosztowanie tam dania z grzybami (z początku oponował) na pewno pomogły Wassonowi w otwarciu się na nowe doznania. Nie dziwne więc, że za sprawą Wassonów do literatury naukowej trafiły takie pojęcia jak: mykofob i mykofil.

Czytaj także: Szaman – człowiek budujący mosty

Inne psychoaktywne „specjały” znane w królestwie roślin i grzybów to: muszkatołowiec korzenny (gałkę muszkatołową jako odtrutkę z toksyn wymienia nawet autorytet kuchenny św. Hildegarda, chociaż o odczuciu lewitacji po zaaplikowaniu około 6 g mirystycyny zawartej w przyprawie nie wspomina), Viscum album (jemioła pospolita), Ledum palustre (dziki rozmaryn) oraz Amanita muscaria (znany nam muchomor czerwony).

Włócznia Odyna lub piorun Indry

Według niektórych wierzeń, by wyrosły rośliny halucynogenne, potrzebna jest boska interwencja. Ludy indoeuropejskie w folklorze łączy wizja bóstwa – skandynawskiego Odyna, czy indyjskiego Indry, które swoją mocą sprawia, że wyrastają grzyby magiczne. Za takie uważano muchomory. Wierzono, że te do wzrostu potrzebują nocy – pory duchów i magii. Fakt faktem moc muchomorów jest niezwykła. Sok z nich może uśmiercać muchy (i w tym celu po dziś dzień jest wykorzystywany), ale zmieszany w odpowiednich proporcjach z eterycznym olejkiem z dzikiego rozmarynu miał po spożyciu powodować efekt upojenia, a nawet doprowadzać do wściekłych napadów szału. Wiedząc o tym dziś, nietrudno wytłumaczyć sobie zjawisko odnotowywane w kronikach europejskich – wojowników w szale bitewnym, berserków, mających się za krwiożercze wilki czy niedźwiedzie. Pijąc przed walką taką miksturę popadali w psychodelię. Gdy działanie narkotyku ustawało, wojowie, walczący jak bestie w odzieniu ze skór zwierzęcych, zapadali w długotrwały (nawet do kilku dób) sen.

Psi grzyb, pogany

Wykorzystanie muchomorów w medycynie ludowej było konsekwencją obserwacji sił natury – chciano wykorzenić ból, trując go, paraliżując, a doświadczenie podpowiadało, że muchy w kontakcie z muchomorem stają się otępiałe, lecz nie zdychają. Stąd też moczenie grzybów w mleku i przykładanie do trudno gojących się ran czy nacieranie się nalewką alkoholowo-muchomorową w celu wyeliminowania bólów reumatycznych. Ale ludy Syberii używały muchomorów jako świętych grzybów i spożywały bezpośrednio (po usunięciu czerwonej, najbardziej toksycznej warstwy) w celu wywołania leczącej ciało gorączki, a potem ozdrowieńczego snu. Dla stworzenia mieszanki, dającej efekt euforii, ludy Czukczów czy Kamczatki do muchomorowego soku dodawały wierzbówki wąskolistnej (Epilobium angustifolium) i śniły na jawie. Ogólnie poważaną osobistością w społeczeństwach osiadłych był zazwyczaj szaman, zielarz, któremu przypadał zaszczyt kosztowania magicznego koktajlu. Ekstatyczny trans po wypiciu mieszanki lub spożyciu kilkunastu owocników trwał kilka godzin, po czym szaman opowiadał swe majaki. Praktykowano również picie moczu osoby, która już zjadła wcześniej muchomory, przekonano się bowiem, iż uryna zawiera silniejsze stężenie bufoteniny i psylocybiny, gdyż organizm ludzki nie metabolizuje toksyn, lecz je wydala. Użycie muchomorów jako elementu różnego rodzaju obrzędów szamańskich czy terapii znane jest od tysiącleci, ślady tych praktyk odnaleźć możemy w pieśniach hinduskiego plemienia Arjan, w buddyjskich mitach i rysunkach wewnątrz rzymskich katakumb.

muchomor czerwony
Muchomor czerwony © Adobe Stock

Muchomorowe zatrucia w polskich szpitalach

Muchomor czerwony jest rozpoznawany nawet przez małe dzieci jako nieodłączny element  ilustracji lasu w kolorowych książeczkach. Muchomor czerwony nie wyróżnia się charakterystycznym smakiem czy zapachem. W Polsce występuje od lipca do listopada zarówno w lasach iglastych, jak i liściastych. Zatrucia tym popularnym grzybem są w zestawieniu z innymi reprezentantami tego gatunku, na przykład sromotnikowym (Amanita phalloides) z bardzo wysokim wskaźnikiem zatruć śmiertelnych (w niektórych krajach nawet do 95 proc.), są rzadkie. Incydentalne celowe spożycia muchomora czerwonego odnotowywane są najczęściej przez lekarzy, którzy spotykają się z pacjentami, eksperymentującymi z dopalaczami czy alkoholem. Stąd też większe prawdopodobieństwo wypadków ze względu na inne ryzykowne zachowania, niż skutków bezpośrednich spożycia muchomora. Oczywiście występują takie objawy, jak rozszerzenie źrenic, zaburzenie widzenia, suchość jamy ustnej, drgawki, napięcie mięśni, a nawet śpiączka. Jednak zejścia śmiertelne dotyczą w rzeczywistości muchomora plamistego, który ma nieco bardziej brunatny kapelusz niż czerwony, ale w kwestii stężenia toksycznych substancji jest o kilka etapów bardziej zjadliwy od swego krewniaka.

Muchomor w służbie medycyny i… reklamy

W literaturze diarystycznej odnajdujemy ślady wspomnień ludzi obcujących z ludami Syberii, Kamczatki, tradycyjnie używającymi muchomorów w celach okołoobrzędowych czy leczniczych. Jeden z zesłańców insurekcji kościuszkowskiej Józef Kopeć wspomina swój proces leczenia wśród Kamczadałów: szaman podsunął mu w procesie muchomory, które żołnierz spożył i zapadł w sen. Po przebudzeniu z wizji (był to według słów brygadiera ogród rajski w miłym towarzystwie pięknych kobiet) Kopeć spowiada się, zjada jeszcze porcję (taką praktykę obrzędu narzucają mu miejscowe zwyczaje) i zasypia na całą dobę. Budzi się zdrowy, co wprowadza go w zdumienie i powoduje wysnucie wniosków, iż należałoby kurację zbadać przez „oświeceńsze narody” w celu ratowania ludzi.

Postmodernistyczna literatura rosyjska prezentuje jeszcze jeden aspekt wykorzystania muchomorów – Wiktor Pielewin w swej powieści Generation P (książka sprzedana w 3,5 mln egzemplarzy) wprowadza swego bohatera Wawilena Tatarskiego w świat kreatorów reklamy. Tworzenie nowych chwytliwych haseł, wypracowywanie strategii marketingowych, tempo pracy i wymagania zamawiających powodują, że wypalony zawodowo były poeta (obecnie copywriter) sięga po muchomory, by otworzyć swoje inne stany świadomości. Wizje narkotyczne sprawiają, że powieściowy bohater łamie wszelkie granice w kreacji prymitywnych reklam i, by sprzedać dowolny niskiej jakości produkt, nakręcić galopujący konsumpcjonizm klientów galerii handlowych, nie zawaha się parafrazować cytatów z najwartościowszych tekstów Antona Czechowa czy Aleksandra Puszkina.

I chociaż to tylko fikcja literacka, czasem może warto się zastanowić, jakimi ścieżkami podążają myśli twórcy ogłupiającej reklamy. Ale też warto odróżnić fikcję i wierzenia od rzeczywistości.

A współczesna rzeczywistość w wymiarze „pop” ma niewielką wiedzę o roślinach i ukrytych w nich mocach. I być może dla niektórych to nawet lepiej.

Co na to ludzki organizm?

Używki wprowadzają zmianę oglądu rzeczywistości, pobudzenie, brak kontroli nad odruchami i działaniami organizmu. Nie przeprowadzano dokładnych badań nad reakcją ludzi na konkretne składniki aktywne substancji psychoaktywnych zawartych w roślinach, jednak polscy lekarze na konferencjach rocznika „Etnobiologia Polska” poruszają problem intoksynacji muchomorem czerwonym. Badania spożycia muchomora czerwonego na zwierzętach (które najczęściej znacznie lepiej detoksynują własne organizmy) sugerują możliwość trwałego, głębokiego i wielopłaszczyznowego uszkodzenia układu nerwowego, w tym mózgu. Pierwsze objawy zatrucia dla człowieka to: zaburzenia percepcji słuchowej i wzrokowej, orientacji w przestrzeni, poczucia czasu, zmęczenie i zawroty głowy. Jednak najniebezpieczniejsze są późniejsze efekty: lęk oraz omamy wzrokowe i słuchowe, psychoza, potęgowana nawracającymi falami pobudzenia i senności. W ciężkich przypadkach odnotowano drgawki toniczno-kloniczne z następowym snem. Nierzadka była także forma przedłużonej psychozy paranoidalnej. Eksperymenty z substancjami psychoaktywnymi bywają przyczynkiem do prób samobójczych, aktów agresji, prowadzą do tachykardii, katatonii, zgonów. I już dzieci należy uczulać, iż Atropa belladonna (wilcza jagoda) czy Taxus baccata (cis pospolity) w ilości dwóch jagód to na niedużą masę ciała dawka śmiertelna.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj imię