Z korporacji na drzewo. Arborysta w pracy.

8 udostępnień
8
0
0

– Pracowałem w dużej korporacji, w dziale obsługi klienta. Pewnego dnia wstałem zza biurka i powiedziałem „dość”. Zostałem chirurgiem… drzew – opowiada Michał Tumiński, 26-letni arborysta z Łodzi.

Niektórzy dziwią się, gdy słyszą, że istnieje taki zawód jak arborysta. Inni nazywają go „mordercą drzew”. O zawodzie arborysty, w którym łączą się troska o przyrodę, pasja, zamiłowanie do aktywności fizycznej oraz… dobre zarobki opowiada 26-letni Michał Tumiński, od trzech lat w zawodzie alpinisty drzewnego.

Katarzyna Wojtczak: Jak to się stało, że zostałeś arborystą?
Michał Tumiński: Pracowałem w dużej korporacji, w dziale obsługi klienta. Dobrze zarabiałem, miałem świetnych współpracowników. Zresztą do dziś z wieloma z nich utrzymuję kontakt. To jednak nie było to. Nie byłem szczęśliwy. Ukończyłem szkołę leśną. W biurze czułem się jak w klatce. Pewnego dnia wstałem zza biurka. Powiedziałem sobie „dość” i zostałem chirurgiem… drzew. To świetna praca. Na świeżym powietrzu, bisko natury. Trzeba jednak pamiętać, że najmniejszy błąd może kosztować życie, a największym zagrożeniem dla arborysty jest człowiek.

Da się z tego żyć?
W internecie roi się od ofert pracy dla arborystów, zarówno tych w Polsce, jak i za granicą. Zarobki wahają się między kilkaset a kilka tysięcy złotych dziennie. Mimo to zawód ten nie jest popularny. Może dlatego, że w tym fachu trzeba być jednocześnie handlowcem i ekologiem. Arborysta nie może znać się tylko na wycince. Musi mieć również wiedzę z zakresu diagnostyki drzew, botaniki i ornitologii.

Co robi arborysta i gdzie można go spotkać?
Najogólniej mówiąc pielęgnujemy i ścinamy drzewa, chore lub te, które zagrażają bezpieczeństwu, rosnąc w miejscach, gdzie nie można zrobić tego w tradycyjny sposób np. na cmentarzach, blisko linii energetycznych, w centrach miast, na osiedlach i przy domach jednorodzinnych. Wszędzie tam, gdzie spadające drzewo mogłoby coś uszkodzić lub sprowadzić niebezpieczeństwo na ludzi. Coraz częściej jesteśmy zatrudniani do opieki nad drzewami od fazy nasadzeń, aż do kresu ich życia. Widzę też, że ludzie i instytucje publiczne przywiązują coraz więcej uwagi do ekologii. Rośnie w nas szacunek do przyrody. Jeszcze kilka lat temu, jeśli gałęzie drzew wchodziły na budynek, niszcząc elewację, po prostu je ścinano. Dziś przycina się gałęzie, modeluje drzewo, tak by mogło żyć i nie przeszkadzało ludziom.

Zlecenie wycinki drzewa arboryście wcale nie oznacza, że zostanie ono wykonane?
Można powiedzieć, że sami sobie składamy taką przysięgę, wzorowaną na Hipokratesie, „Nie krzywdzić drzew”. Kilka dni przed przycinką jedziemy na miejsce zlecenia, by „poznać drzewo”. Sprawdzamy jego wypróchnienie, stan zdrowia i decydujemy, ile procent i które gałęzie można wyciąć, tak by nie zaszkodzić roślinie. Czasami lekkie przeżywiczenie świadczy o tym, co dzieje się w środku drzewa. Trzeba więc mieć wiedzę nie tylko o gatunkach drzew, ich fizjologii i chorobach, ale także o grzybach, które je porastają czy ptakach, które mają na nich swoje gniazda. Jeśli na drzewie do wycinki jest gniazdo, prace muszą zostać odłożone do momentu, w którym okres lęgowy tych ptaków się skończy. Całkiem niedawno miałem taki przypadek, gdzie ptaki, dokładnie modraszki, wygrały z 15 tys. zł zarobku. Na jednym z łódzkich cmentarzy mieliśmy do przycięcia osiem drzew. Kiedy zostało ostatnie, zauważyłem na nim dziuplę sikorek modrych, bardzo pożytecznych ptaków, które żywią się np. szkodnikami drzew i ćmami. Mimo że mieliśmy zezwolenie z biura ochrony środowiska, wstrzymaliśmy pracę. Pieniądze otrzymaliśmy dopiero po kilku tygodniach, po zakończeniu okresu lęgowego.

Na dźwięk słowa „arborysta” ludzie robią często wielkie oczy. Nie wiedzą, na czym ta praca polega.
Ludzie, widząc arborystę na drzewie, nie rozumieją, co się dzieje. Przycinka, korygowanie drzew często ogranicza się do minimum. Zgodnie ze znowelizowaną ustawą o ochronie przyrody z 17 czerwca 2017 r. podczas pielęgnacji starszych drzew można usunąć jedynie do 30 proc. korony, która rozwinęła się w całym okresie rozwoju rośliny. Usunięcie większej ilości z korony uznawane jest za uszkodzenie drzewa, a ponad 50 proc. stanowi zniszczenie drzewa, za co grożą kary finansowe. Mimo to często jesteśmy atakowani. Tu mogę nawet sklasyfikować stopnie agresji (śmieje się). Pierwszy to wyzwiska: „szkodnik”, „morderca drzew” lub inne, bardziej dosadne. Drugi to rzucanie w nas owocami i warzywami. Tak, zdarzyło mi się oberwać jabłkiem albo bananami. Trzeci stopień niesie poważne niebezpieczeństwo. Mojemu koledze pewna kobieta zaczęła przecinać liny. Na szczęście miał drugą żyłę zabezpieczającą i w porę zauważył to „dołowy” – naziemny współpracownik arborysty, który dba o bezpieczeństwo nasze i np. przechodniów. Podaje nam coś do picia czy jedzenia i odbiera drzewo, niekiedy spuszczane na linach. Stanowczo dużo bardziej groźny od pszczół czy szerszeni jest dla arborysty człowiek.

Jak wygląda twój dzień w pracy?
Na drzewie spędzamy nawet osiem godzin. Wdrapanie się na drzewo zajmuje nawet kilkadziesiąt minut. Zejście z niego, a raczej zjazd, znacznie krócej, bo tylko kilka sekund. Nie ma mowy o przerwie obiadowej czy toalecie na ziemi. Najwyższe drzewo, na jakim pracowałem to była topola włoska. Miała jakieś 35–38 metrów, to mniej więcej wysokość dziesiątego piętra. Widoki z takiego miejsca są bezcenne. Korony drzew wyglądają jak ukwiecona łąka, tyle że nad ziemią.

To jednak zawód wysokiego ryzyka. Boisz się, gdy idziesz do pracy?
Aby zostać „chirurgiem drzew”, nie można bać się wysokości, choć i u doświadczonych arborystów zdarzają sią ataki paniki. Nie boję się, kiedy idę do pracy. Zaczynam się bać, kiedy jestem już na górze i np. zrywa się silny wiatr, albo usłyszę dźwięk podobny do tego, który wydaje karabińczyk z moich szelek. Wtedy nie ryzykuję, zjeżdżam w dół. To praca, w której trzeba mieć oczy dookoła, być maksymalnie skupionym. I tu znowu pojawia się czynnik ludzki. Każdy mój błąd może kosztować zdrowie lub życie moje lub dołowego. A zdarzyć się może bardzo wiele. Odcinając kawałek drzewa mogę nadciąć żyłę (linę), na której wiszę. Spuszczając czasami 200–300-kilowy kloc drzewa mogę źle zawiązać węzeł lub lina utrzymująca ten kloc może zaczepić się np. o moją nogę. W dziedzinie węzłów trzeba być naprawdę arcyekspertem. Drobny błąd, rozkojarzenie to rzeczy, na które nie można sobie w tej pracy pozwolić.

Zdarzają się czasami jakieś zabawne sytuacje?
Rzeczywiście strasznie jest tylko czasami. W większości przypadków jest świetnie, bywa też śmiesznie. Ostatnio, wisząc na drzewie, czekałem, aż skończy się pogrzeb. Dołowy poszedł do toalety. Ja jadłem kanapkę. Nagle na dole słyszę rozmowę pewnej pary: „Patrz, plecak, ktoś zostawił, bierzemy”. Wtedy pogrubionym głosem, poważnym tonem powiedziałem głośno. „Oj nieładnie, nie można kraść”. Miny tych osób były bezcenne! Sądzę, że taka myśl już nigdy nie przyjdzie im do głowy.

może Ci się spodobać
Stoik Piotr Stankiewicz

Być jak stoik

Czy warto być stoikiem? Czy każdy może nim zostać? Czym jest współcześnie rozumiany stoicyzm? Czy stoicyzm może nam…

Ciało jest najważniejsze

Dramatyczne sytuacje zapisują się w ciele. Ciało wszystko pamięta. Trauma zapisana w ciele musi zostać uwolniona, abyśmy mogli…