Bartek Fetysz
Bartek Fetysz

Wkurzony – rozmowa z Bartkiem Fetyszem

230 udostępnień
230
0
0

„Mam alergię na głupotę i ciemnotę. W Polsce panuje tak wielki mrok, że nawet jak podasz komuś latarkę, to ona i tak w tej ciemności zgaśnie. Mrok ją pochłonie. Nie lubię Polski, bo po 10 latach mieszkania poza nią widzę, jakim jest odchyleniem od normy. Najdłuższa rzeka w tym kraju to nie Wisła, a Nienawistna” – mówi Bartek Fetysz, dziennikarz, felietonista, redaktor muzyczny i modowy.

Złapałam Cię w Polsce. Jesteś w Warszawie?

Nie, co ty? W Warszawie byłem w życiu może z pięć razy. Nigdy mnie do niej nie ciągnęło, nie lubię, nie moje klimaty. Zawsze uważałem Warszawę za brzydką, po prostu. Szare miasto, które przyjezdni nie wiedzieć czemu traktują z wielkim namaszczeniem. Największy sentyment mam do Poznania. Mieszkałem w nim osiem lat. On wyprzedza Warszawę o lata świetlne pod każdym względem. Ma niesamowitą energię. Według mnie to najlepsze miasto w kraju.

To po Poznaniu przeniosłeś się do Londynu?

Tak. I mieszkam tam już prawie 11 lat.

Dlaczego zagranica?

Wiesz, że ja nigdy nie chciałem mieszkać w Polsce. Zawsze chciałem mieszkać za granicą. No to czmychnąłem przy pierwszej lepszej okazji (śmiech). Może dlatego, że moja matka chrzestna, siostra mojej mamy, mieszka w Szwecji. Zostawiła biedny PRL i życie na kartki. Wybrała sterylne, niezależące od kartek państwo. Myśmy tam jako dzieci jeździli co wakacje. Zakochałem się w wolności tam panującej, w powietrzu, które nie wali smogiem, w przestrzeni, gdzie możesz być sobą, ubierać się jak chcesz, bawić się, czym chcesz i nie być przez to ocenianym. Miałem dość polskiej piwnicy. Bo Polska wali stęchlizną.

Wyjechałem w wieku 27 lat, będąc w pełni ukształtowanym człowiekiem i mając w zasadzie sporo sukcesów na koncie. Byłem redaktorem mody w „DJ Magazine”, publikowały mnie polskie magazyny jak „Glamour” i chyba wszystkie możliwe online z „Dilemmas” i „Ultra Żurnalem” na czele. Robiłem swój cykl imprez w Cafe Mięsna, a w Nowym Jorku tworzyłem jako Editor-at-Large „IDOLL Magazine”. Ludzie w środowiskach związanych z clubbingiem i modą mnie kojarzyli. Tylko że zaczęli o mnie opowiadać różne bajki. Teraz na przykład rozmawiasz z duchem, bo umarłem na AIDS.

Jak mi ktoś dzisiaj opowiada, że jest hejtowany, to żałuję, że nie zapisywałem tego, co do mnie i o mnie wtedy pisano. Tworzyłem sarkastyczne teksty, a ten kraj, z głową we własnej dupie, nigdy nie był, nie jest i nie będzie gotowy na krytykę. Szczególnie polski, zależny od siebie nawzajem show-biznes. W Polsce trzeba być jak ta małpa, taka z talerzami… Pamiętasz ją z naszego dzieciństwa?

Monchhichi?

Monchhichi chyba ssała kciuk, a ta o której mówię waliła w te talerze. Może była tańszą wersją tego kciukociąga. Whatever. Tak właśnie wyobrażam sobie naród polski. Klaszczący jak ta małpka. Tacy klakierzy. Cokolwiek ten rząd zrobi, to oni klaszczą, a jak nie klaszczą, to gazem łzawiącym po oczach. Oczywiście Polska budzi się z letargu i wychodzi na ulice. Nigdy w życiu nie byłem tak dumny z tego, że jestem Polakiem, jak w ubiegłym roku, kiedy wszyscy wyszli na ulice i krzyczeli: „Wypierdalać”. O ile wcześniejsze strajki uważam co najwyżej za petting, macanko, to to, co wydarzyło się w ubiegłym roku, z tego powinniśmy być dumni. To była właściwa reakcja na zachęty rządu, który przez tyle lat jebie nas w dupę. Jak zobaczyłem zdjęcia i zobaczyłem relacje, to naprawdę się wzruszyłem, pomyślałem: „Wreszcie, kurwa, ten kraj mówi moim językiem! Wypierdalać!”.

A dlaczego wybrałeś właśnie Londyn?

Spodobał mi się, kiedy w 2010 roku pojechałem tam na tydzień. Wsiąkłem w to miasto. Wszystko było dla mnie OK – jego wielkość, parki, styl. Kiedy potem pojechałem tam znowu, bardzo szybko odnalazłem się na jego mapie. Szczególnie klubowej. Ciągnie wilka do lasu. Tak serio to pojechałem do Londynu odbyć staż w biurze prasowym Vivienne Westwood. Tylko że do stażu nie doszło (śmiech).

Bo?

Bo rekrutująca była Polką. W skrócie: dyrektor kreatywny jednej z linii załatwił mi „wejście”. To nie jest tak, że przyjmują każdego i trzeba wbrew pozorom wiele umieć. Na emigracji zaczynasz od zera. Nikogo nie interesuje, że pracowałaś w jakimś polskim magazynie. Ten znajomy kazał wysłać mi do niej maila, żeby dowiedzieć się co przygotować, jak się ubrać, kiedy zaczynam. I wysłałem. A ta do niego z pretensjami, że ją nagabuję na prywatnym mailu… I jak dowiedziała się, że jestem na liście stażystów, to mnie z niej wypieprzyła. Więc przyjechałem do Londynu i dowiedziałem się, że stażu nie mam. Mam za to wynajęte mieszkanie (śmiech).

Nie wróciłeś jednak do Polski. Mimo wszystko postanowiłeś tam zostać?

Pierwsze trzy miesiące były bardzo ciężkie. Jak przyjeżdżasz do Anglii z dwoma tysiącami funtów na trzy miesiące, to trochę walka o ogień. O przetrwanie. Ale ja lubię przygody. Po tym jak na dzień dobry dostałem po ryju od rodaczki, trzymałem się z dala od „naszych”. Moją pierwszą pracą był Top Shop. CV wysyłałem osiem razy. Potem bardzo tego żałowałem. Najgorsza praca ever. Bo tam tylko donosisz te szmaty na wieszaki. W tę i we w tę. Po dwóch tygodniach powiedziałem: „To nie dla mnie, do widzenia”. Wtedy myślałem sobie, że zaraz znajdę jakąś inną robotę, ale Londyn boleśnie nauczył mnie pokory.

Po dwóch miesiącach, w styczniu 2011 roku, trafiłem do Parveen Sheikh, projektantki sukni ślubnych i haute couture. Zaprzyjaźniliśmy się. Pracowałem dla niej półtora roku, a potem zaczęła się wycieczka po luksusach większych i mniejszych. Bawi mnie, jak bardzo dzisiaj w Polsce chce się mnie umniejszyć. Ciągle ktoś wypomina mi: „Krytykujesz, bo żadna redakcja Cię nie chce”. Od kiedy redakcja jest wyznacznikiem umiejętności i talentu? Wszyscy przenoszą się do internetu. Tam się kreuje nowe media, niezależność i wolność słowa. Media w kraju to sedes ubrudzony sraczką zależności. Zależne od kumoterstwa i reklamodawcy. Kiedy ja w tych mediach pisałem, a znasz moje teksty sprzed ponad dziesięciu lat, to ci, którzy dzisiaj chcą mi niby dopiec mówili na gówno „papu”. I dzwonili po porady jak zacząć. A dzisiaj wielkie pany. Pany uzależnione od łapówek i darmowych dresów. Rzeczywiście „sukces”. Na pełen etat lizać komuś dupę.

Jak z perspektywy tych lat spędzonych za granicą patrzysz na Polskę?

Z wiekiem z coraz mniejszym współczuciem. Bo mnie się wydaje, że Polacy lubią rozbiory. A te, które trwają są na to dowodem. Polacy lubią sado-maso. Im bardziej dostają w ryj, tym chętniej się rozmnażają. Ja patrząc z daleka wylewam wodospady łez, a rząd wodospady pińcet plus.

Uważam, że każdy powinien popracować za granicą, żeby zrozumieć to, o czym dzisiaj w Polsce nie ma się pojęcia – inność. Inne rasy, inne kultury, inne seksualności. W Polsce podciągane są pod zboczenie, dewiację i wykolejenie. Mieszkając w biało-czerwonym kraju, jesteśmy biali i krwawimy na czerwono, czyli martyrologicznie. I nie wiemy o świecie nic.

Gdy piszę dziś o rasizmie i blackface, moje posty są zgłaszane jako obrażające uczucia religijne albo jako mowa nienawiści. Dostaję groźby śmierci i inne groźby karalne, rady, by skoczyć z 10. piętra, informacje, że mój ojciec jest pijakiem (WTF?), albo że żebrzę, żeby zarobić w internecie, bo jestem bezrobotny. Ten naród jest chodzącą strzykawką z trucizną. Kroplówką z zazdrością. Podtruwa każdego, kto ma odwagę spełniać swoje marzenia i walczyć o siebie, kto chce się wyrwać z tego klaustrofobicznego cmentarza pogrzebanych nadziei. Zauważ, że nawet na cmentarzu, jak ktoś ma lepszy, większy czy bardziej prestiżowy pomnik, to od razu jad: „Patrz, jaki ta se pomnik pierdolnęła po śmierci”. Nawet nagrobek to powód do zazdrości! Dlatego nie lubię Polski. Po 10 latach mieszkania poza nią widzę, jakim jest pampersem. Pełnym i przeciekającym.

O Polaku, który realizuje się zawodowo i życiowo w Szwajcarii przeczytasz TUTAJ

Ale wciąż o niej piszesz, wciąż się nią wkurzasz?
Bo mimo wszystko czuję się ze swoim krajem związany. To musi być jakiś syndrom sztokholmski, że jestem zakochany w swoim oprawcy, bo Polska oprawiała mnie przez 27 lat. Jestem ofiarą systemów patriarchalnych, myślenia o ludziach. Od dziecka nie pasowałem do foremki polskiej męskości. Do dziś nie pasuję.

Mam 37 lat, jestem bezdzietny, nie mam żony, no to może mam męża? Jak nie mam ani tego, ani tego, to już w ogóle jestem dziwny do potęgi, psychiczny, a może i bezpłodny? Przypisuje mi się choroby, dewiacje, zboczenia. I nikt nie dostrzega, że właśnie tego typu ocenianie jest chore. W cywilizowanym świecie nikt nie pyta już czy jesteś gejem, hetero itd., a u nas ciągle zagląda się w majtki. W kraju płynącym disco polo i „Bogurodzicą Dziewicą” zainteresowanie cudzą dupą jest monstrualne i wręcz karykaturalne. Rozmawia się o seksualności przy zerowej edukacji seksualnej, więc za edukowanie w tej materii muszą brać się modelki. Wstyd!

reklama
reklama
może Ci się spodobać

Ciało jest najważniejsze

Dramatyczne sytuacje zapisują się w ciele. Ciało wszystko pamięta. Trauma zapisana w ciele musi zostać uwolniona, abyśmy mogli…
Tomek Gruba cel egzystencji

Jesteśmy tu po to, aby doświadczać

Kim właściwie jesteśmy i jaki jest cel naszej egzystencji? – warsztat zabierający uczestników na poszukiwanie odpowiedzi właśnie na…

Sztuka lekarstwem na traumy

„Sztuka potrafi zmienić rzeczywistość, zarówno tę w nas, jak i tę na zewnątrz. Ja dzięki niej odzyskuję kobietę…