© Adobe Stock

Widzę ciemność, ciemność widzę

0 udostępnień
25
0
0

 

Żeby widzieć, trzeba wiedzieć – powtarzał na moich studiach jeden z profesorów. „Tia” – powątpiewałam wespół z innymi podobnymi mi mądralami po maturze. Teoretycznie kumaliśmy idée fixe profesora, ale w praktyce byliśmy ślepi jak krety.

A powinnam dostrzec głębię tego profesorskiego przekazu. Bo w latach 90. ubiegłego wieku, będąc jeszcze w liceum, doświadczyłam tego, o czym parę lat później usłyszałam na studiach – „żeby widzieć, trzeba wiedzieć”. W telewizji leciała wtedy wyprodukowana przez BBC seria filmów dokumentalnych z siostrą Wendy Beckett, w których fascynująco przedstawiała ona historię sztuki. To dzięki niej zakochałam się w obrazach Marka Rothko i dzięki niej nauczyłam się „widzieć” malarstwo abstrakcyjne.

A jednak nie ustrzegłam się ślepoty. Parę lat po studiach wybrałam się na wycieczkę do Muzeum Kairskiego, największego muzeum sztuki egipskiej na świecie i to, co z niego najbardziej zapamiętałam, to paskudne płytki PCV na podłogach. No i oczywiście jakieś mumie. W sumie jednak: „Nic szczególnego, nie ma się czym podniecać” – myślałam.

Może zainteresuje Cię: Pożytki z wątpliwości

Byłam jak moja znajoma, która zwierzyła mi się pewnego dnia, jak to bardzo nie lubi, gdy w telewizji leci relacja z meczów tenisowych, a jej mąż siedzi wpatrzony w ekran jak sroka w gnat i nie może wzroku oderwać, gdy tymczasem ją aż od tego skręca.

– I tylko słyszę z głośników najpierw to: „Y…! Y…!”, kiedy przygotowują się do uderzenia rakietą, a potem to ciągłe „Pam, pam, pam, pam”, gdy odbijają piłeczkę. Cholery można dostać! – narzekała, nie mogąc zrozumieć, jak można fascynować się czymś tak „bezbrzeżnie nudnym”.

Ale pewnego dnia życie moje i mojej znajomej się odmieniło. Ja na kolejnych studiach miałam w pakiecie przedmiot historia sztuki, a moja znajoma odbyła wieczór z mężem, w ramach którego ten skrupulatnie wyłuszczył jej reguły gry w tenisa. I tak oto, ja dostrzegłam wagę i wspaniałość eksponatów w Muzeum Egipskim w Kairze, znajoma zaś stała się fanką meczów tenisowych.

Te małe doświadczenia nauczyły mnie podchodzenia do różnych kwestii w życiu z pokorą. Kiedy coś wydaje mi się nudne, budzi mój opór lub niesmak, zaczynam się zastanawiać, czy aby nie dopadła mnie kolejna ślepota. Czy aby nie jest czasami tak, że znów lecę ciemnogrodem, że brakuje mi jakiejś wiedzy, która nie pozwala mi czegoś dostrzec, coś zrozumieć.

Zwykle okazuje się, że właśnie tak jest.

Żeby widzieć, trzeba wiedzieć, żeby zrozumieć, trzeba sięgnąć po wiedzę. Ale na co dzień często nie chce mi się po tę wiedzę sięgać. Zamiast zrozumienia, wybieram więc to, co łatwiejsze. Odrzucam to, czego nie rozumiem, co nie mieści mi się w głowie, czyli nie pasuje do zgromadzonej w tej głowie zawartości szufladek.

I chociaż takie odrzucanie jest czymś naturalnym, bo w ten sposób chociażby oddzielamy informacje przydatne od tych nieprzydatnych, to z drugiej strony, potrafimy przy takiej segregacji wyrzucić naprawdę wiele cennych rzeczy do śmieci.

Jak jednak dostrzec to, co cenne? Chyba nie uda się to bez uważności i bez… ciekawości.

Bo na przykład czy jeśli bylibyśmy ciekawi innych ludzi, tak szybko byśmy ich oceniali, ferowali wyroki na ich temat? Gdybyśmy byli zainteresowani naszym rozmówcą, czy po wymianie zaledwie paru zdań z nim, opluwalibyśmy go mową nienawiści? Czy gdybyśmy byli ciekawi odkrywania duchowości, poprzestawalibyśmy na kulcie jednej religii? Czy gdybyśmy byli ciekawi naszych lęków, ulegalibyśmy im? Czy gdybyśmy byli ciekawi natury, niszczylibyśmy ją? Czy gdybyśmy byli ciekawi uchodźców, chorych psychicznie, osób LGBT, kobiet, mężczyzn, dzieci, siebie nawzajem, odrzucalibyśmy, pomijali, lekceważyli, ignorowali?

Jeśli ja nie jestem czegoś ciekawa, to nie znaczy, że coś nie jest interesujące, wartościowe, cenne, ważne. To oznacza tylko tyle, że ja nie jestem ciekawa. Że nie chcę bądź nie jestem gotowa na to, by otworzyć oczy. To nie eksponaty w kairskim muzeum były bezwartościowe, to nie Rothko był beznadziejny, to ja nie potrafiłam dostrzec ich wartości.

Ale czy dostrzec musiałam? Nie. Dało się bez tego żyć. Daje się żyć bez wielu rzeczy.

Jednak… kiedy otwierasz oczy, gdy dostrzegasz wartość tego, na co patrzysz życie nabiera innej jakości.

Zrozumienie jest jak wschód słońca. Być może to słońce przyniesie później skwar, być może później znów przyjdzie ciemność, ale… wschód słońca zawsze zwiastuje przebudzenie. Niesie nadzieję. Dobrze jest widzieć.

Tej autorki: Co uratuje świat: ewolucja czy rewolucja?


może Ci się spodobać
wątpliwości

Pożytki z wątpliwości

Często zastanawiam się, jak to jest być czegoś pewnym. Być pewnym tak, że nie jest to w żaden…

Uratuje nas śmiech

W nowy rok wchodzę, konając ze śmiechu. Boli mnie przepona, bolą mięśnie twarzy i narządy wewnętrzne. Przez cały…

Dobre intencje

Podobno w piekle posadzki i ulice wyłożone są szlachetnymi pobudkami ludzi. Czyżby nasze dobre chęci wcale nie zbliżały…

Co je dusza?

Tak jak nie da się odżywić ciała śmieciowym jedzeniem, tak nie da się nakarmić duszy papką słów, obrazów,…