widok z okna
© Adobe Stock

Widok z okna

30 udostępnień
30
0
0

W związku z tym, że coraz wyraźniej ujawnia się w Polsce społeczny podział na dwa fronty – wolnościowy i konserwatywny – mój znajomy zaproponował rozwiązanie: „Podzielmy ten kraj jak w USA na dwa stany – na Teksas i Kalifornię. Wtedy każdy będzie mógł żyć jak chce we własnej bańce”.

Mój znajomy jest przekonany, że dialog wolnościowców z konserwatystami nie ma sensu. Ci pierwsi są nastawieni na rozwój, lubią zmiany, są otwarci na nowe, ci drudzy będą za wszelką cenę bronić status quo, pielęgnować przeszłość zamiast patrzeć w przyszłość i stopować wszelkie postępowe idee.

– Po co się z tym pierniczyć? – pyta. – Nie lepiej byłoby pozwolić każdej z tych grup żyć jak chce na swoim terenie, dać im kisić się we własnym sosie? Nieformalnie nasz kraj przecież i tak jest podzielony na dwie wyraźne formacje. Dlaczego więc nie zrobić tego formalnie? Patrz chociażby takie Podkarpacie. Jakby tam zrobić wybory czy ma być jak w Teksasie, czy jak w Kalifornii, to jak nic powstałby tam Teksas w czystej postaci. Polscy Teksańczycy mieliby swoje kościoły, Zenka Martyniuka, Radio Maryja, TVP, PiS, narodowców, miesięcznice, procesje, zaostrzone prawo aborcyjne, karę śmierci, myśliwych, a dajmy na to na Mazowszu byłaby Kalifornia z prawem do aborcji, tolerancją dla inności, Kultem, empikami, tęczowymi paradami, wolnościowymi mediami, WOŚP, lewakami, ekologami itd. Każdy by żył jak lubi, nie wciskał ryja do nie swojego koryta. Byłby spokój.

Według znajomego władzę i stanowienie prawa trzeba by było oddać w ręce samorządów, maksymalnie ją decentralizując. Ale – choć oczywiście wygląda to kusząco – miałam wątpliwości co do jego koncepcji.

– To by uruchomiło jakieś masowe migracje – dedukowałam. – Ktoś kto jest gejem czy lesbijką musiałby uciekać z takiego teksańskiego Podkarpacia, bo przecież tamtejsze prawo w żaden sposób by go nie chroniło. Nie mógłby żyć w tej części kraju, którą być może zna od dziecka, która jest mu bliska, byłby zmuszony niejako wynieść się na obczyznę. Obawiam się, że to spowodowałoby jeszcze większe podziały, wzmogło tendencje społeczne do segregacji i izolacji. Trochę tak, jakbyśmy sami sobie zrobili wewnętrzne zabory, okopując się w swoich światkach.

– A widzisz lepsze rozwiązanie? – zapytał.

– Edukować się, próbować rozmawiać, zrozumieć się nawzajem…

– Nie rozśmieszaj mnie – parsknął. – Gdyby mediacje np. pomiędzy opcją pro-choice i pro-life były możliwe, już dawno ten spór przestałby istnieć. Gdyby z fundamentalistą można było się dogadać, na akty terroryzmu nie odpowiadano by aktami terroryzmu. Nie takie mądrale jak my się nad tym zastanawiały i jak na razie wszelkie pokojowe pomysły nawiązania dialogu palą w tym względzie na panewce. Fundamentalista jest jak ćpun, idzie po trupach do celu. Jest opętany ideą, wyższą racją, do niego nic nie dociera: żadne argumenty, żadne dobro wspólne, żadna moralność. Jest gotowy zniszczyć wszystko, co stanie mu na drodze, żeby zdobyć tę swoją dawkę amfy vs. zbawienie czy co tam innego. Poza tym on nie myśli samodzielnie, za nim stoi grupa: czy to jakiś kościół, organizacja, sekta czy inna pralnia mózgu. Ty myślisz, że rozmawiasz z człowiekiem, a w gruncie rzeczy chcesz prowadzić dialog z cyborgiem. To nie może się udać.

Tej autorki: Wojna? – SiedemÓsmych

Postanowiłam na chwilę przyjąć za realny pomysł znajomego. Wyobraziłam sobie Polskę podzieloną sztywnymi granicami na pół – na Teksas i Kalifornię. Gdzie żyłoby się lepiej? W którym stanie gospodarka by kwitła? Który miałby ważniejsze współprace międzynarodowe? W sumie perspektywa mieszkania w „Kalifornii” była całkiem przyjemna. Tylko co z tymi, którym ani parady równości, ani procesje nie w smak? Którzy stoją w rozkroku między jednym a drugim stanem. W jednych sprawach konserwatywni, w innych wyzwoleni. A ilu jest właśnie takich Polaków?

– No, wszystkim nie dogodzisz – odburknął mój znajomy, gdy skonfrontowałam go ze swoimi pytaniami.

– Przyjmijmy jednak, że taki podział nastąpił – kontynuowałam swoje rozważania. – Jak myślisz, ile czasu zajęłoby Teksasowi dojście do wniosku, że jednak ich prawo i ich racje powinny obowiązywać w całym kraju, bo dlaczego mają niby żyć na jakimś jego wycinku? Ile by potrwało, nim ruszyliby zbrojnie na wolnościowców? Sam powiedziałeś, że tam, gdzie są jakieś zadatki fundamentalistyczne, nie ma opcji równego podziału. Oni chcą wszystkiego wedle własnych reguł, na swoją modłę. Swoje reguły uznają za jedynie słuszne, czego następstwem jest również przekonanie, że narzucanie innym własnej woli, nawet siłą, jest OK. Jak myślisz, jakie szanse w tym starciu mieliby wolnościowcy ze swoim: „Peace and love”?

– A czy ty sądzisz, że wolnościowcy nie mają jaj czy macic, że nie stanęliby w obronie wolności?! – oburzył się mój znajomy.

– Może i by stanęli, ale to oznacza wojnę, a ta raczej oddala nas od rozwiązania problemu podziałów, od którego wyszliśmy, tylko zmierza do zaostrzenia konfliktu.

– Więc może czas zweryfikować to, od czego wyszliśmy – oświadczył mój znajomy. – Może zamiast zastanawiać się jak się dogadać, trzeba już dziś zmierzyć się z problemem. Może trzeba zawalczyć o Polską Kalifornię, a nie czekać, aż fundamentaliści cały kraj uczynią Teksasem. Tak, wiem, zaraz mi zarzucisz, że uznaję wyższość Kalifornii nad Teksasem, ale prawda jest taka, że w Kalifornii mogłabyś chodzić do kościoła, mogłabyś spokojnie sobie żyć z poglądami pro-life, mogłabyś wyznawać dowolną religię, mieć dowolną orientację seksualną, wybierać opcje edukacji swoich dzieci, być imigrantem, feministką, weganką, w Teksasie natomiast prawa byłyby tylko dla wybranych. Jeśli odstawałabyś od normy, miałabyś przesrane. Dlatego jestem zdania: „Zero tolerancji dla Teksańczyków”. Im szybciej otrząśniemy się z gadania o tolerancji i prób dialogu z tymi, z którymi dialogu nie da się prowadzić, tym większą szansę mamy na Polskę dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych.

– Na tę chwilę wynik w Polsce 1:0 dla Teksasu – skonstatowałam. – Może już za późno na wygraną Kalifornii?

– To kwestia taktyki i jakości gry zespołowej – pomędrkował kolega. – To, co według mnie osłabia wolnościowców to… niepewność i zwątpienie, charakterystyczne dla ludzi, którzy mają sprawny mechanizm refleksji. To tak jak w branży naukowej. Naukowiec nigdy nie powie, że wie coś na pewno. Może powiedzieć, że w oparciu o aktualną wiedzę, coś wygląda tak a tak, bo ma świadomość, że kolejne odkrycia naukowe mogą tę dzisiejszą wiedzę zupełnie zdezaktualizować. Ludzie – a nie cyborgi – zwykle też mają tego typu wątpliwości. Unikają radykalnych założeń, że coś jest prawdą bezwzględną, jedynie słuszną racją. Niestety, to osłabia motywację do działania. Popatrz na tych, którzy głęboko w coś wierzą. Mogą nie mieć na to żadnych racjonalnych argumentów, ale ta wiara daje im pewność, a pewność daje im siłę. Wolnościowcy czują wstręt do radykalizacji, niemniej sądzę, że czasami trzeba po prostu powiedzieć „dość” własnemu rozmemłaniu, by móc obronić te prawdy, które nawet jeśli niedoskonałe, dają lepszą jakość dla ogółu w perspektywie danej chwili i najbliższej przyszłości.

Przeczytaj także: Referendum o rozwiązaniu Sejmu?

– A nie sądzisz, że ludziom się po prostu nie chce? Że są zmęczeni. Mamy pandemię, Polska w ruinie, na horyzoncie polexit, inflacja najwyższa w UE, gospodarka ledwo zipie, władza nieudolna i chora na umyśle. Mamy tu swoisty dom wariatów, żadne reguły nie obowiązują. Jak więc tu działać racjonalnie, jak zyskać pewność czegokolwiek, gdy dziś nic już pewne nie jest? Ja sama mam wrażenie powszechności nie tylko narastających podziałów, ale i bylejakości. Jakbyśmy masowo stracili nadzieję, że jeszcze coś można, że warto się o coś starać.

Znajomy się zamyślił.

– Nie ma wyjścia, trzeba w coś wierzyć – wyparował zdeklarowany ateista. – Że obrona takich wartości, jak: wolność, równość, sprawiedliwość ma sens. Trzeba to przyjąć a priori. Tego nie można podawać w wątpliwość. Inaczej już po nas.

– Wolnościowa radykalizacja?

– Cóż, możesz być mistrzem karate, ale całe twoje mistrzostwo wobec gościa z kałachem nie na wiele się zda. Smutne to, bo człowiek cywilizowany raczej unika przemocy, ale gdy liczy się przetrwanie… prymitywne instynkty biorą górę. Więc chyba tak – wolnościowa radykalizacja: koniec kompromisów, koniec bycia miłym, koniec wyrozumiałości, koniec półśrodków, dialogu z cyborgami. To jest wojna!

Może zainteresuje Cię: Słowo roku 2020 – wściekłość na barykadach

***

Gdy skroluję Facebook widzę, że toczą się dyskusje podobne do tej, którą prowadziłam z moim kolegą. Kiedy klikam w interesujące mnie posty, algorytmy ustawiają mi obraz świata tak, jak sobie tego życzę. Za oknami mojego domu mam las i skaczące po drzewach, nieświadome ludzkich konfliktów wiewiórki. W okienku telefonu świat w stanie wojny. Który z tych widoków jest prawdziwy? Któremu wierzyć? Nigdy się nie dowiem, jeśli będę patrzeć tylko przez okno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać
czas

Czas – przyjaciel czy wróg?

Nadano mu wymiar magiczny, spersonifikowano w mitologii, zmierzono w fizyce. Można go komuś zabrać, można go zająć, wykorzystać,…
równowaga

Równowaga

„Równowaga”, jak każde słowo, stanowi jedynie szkielet, na którym umysł nadbudowuje mięsiwo, materię złożoną z własnych chciejstw, wyobrażeń…

Przebodźcowani

Słyszeliście kiedyś o przyznaniu prestiżowej nagrody literackiej za twórczość niekoncentrującą się na jakiejś ludzkiej, zwierzęcej, lokalnej lub globalnej…

Świąteczny matrix

„Tradycja wyprała nam mózgi” – stwierdziła moja znajoma, gdy opowiadałam jej o swojej niechęci do świąt. I trudno…

Kosmos

Ziemia jest maleńkim punktem we Wszechświecie. Warto spojrzeć na nasze pragnienia i problemy z tej perspektywy.