Zofia Wojtkowska

Wartości arystokratyczne: szczęście nie jest najważniejsze

58 udostępnień
58
0
0

Zofia Wojtkowska, autorka Sagi rodu Czartoryskich, która arystokrację zna nie tylko z książek czy opowieści, gdyż także jej mama pochodziła z arystokratycznej rodziny, zgodziła się opowiedzieć, na czym zasadza się arystokratyczny system wartości, jak zmieniał się on na przestrzeni lat oraz jak wygląda dziś w zestawieniu z priorytetami współczesnego świata.

Beata Pawłowicz: Kiedy zaproponowałam Ci rozmowę o arystokratycznym systemie wartości, zastanawiając się, czym on się różni od wartości, którym dziś powszechnie hołdujemy, powiedziałaś, że różnica tkwi w słowie „muszę”, kluczowym dla tego wychowania.

Zofia Wojtkowska: Po namyśle powiedziałabym, że nawet nie tyle w „muszę”, co w „należy”/ „nie należy”. „Należy coś robić” lub „ nie należy czegoś robić”. „Nie należy zachowywać się w taki sposób, a w taki należy”. To są słowa kluczowe. „Muszę” jest już moją wewnętrzną ich konsekwencją, która determinuje postępowanie.

W jaki sposób determinuje?

Wychowani tak ludzie wiedzą, że muszą przede wszystkim panować nad emocjami. Jako dzieci w swoich domach słyszeli: „to panny od krów nie panują nad emocjami”, co było oczywiście narracją wyższościową, ale zamkniętą w ścisłych ramach. Z jednej strony nie mogli reagować jak „normalni ludzie”, z drugiej przekazano im, że należy odnosić się z szacunkiem do wszystkich, niezależnie od tego, w jakim miejscu hierarchii społecznej się znajdują. A więc, jeśli pomyślało się o tych pannach z wyższością, to zaraz trzeba było poczuć się gorszym, że się tak pomyślało. To nie jest wychowanie, które daje ci duże ego. Jak czujesz się lepsza, to zaraz czujesz się z tego powodu gorsza. Nie powinnaś o sobie myśleć w kategoriach lepszości, bo niby co ty takiego zrobiłaś? Hola, fajna to będziesz, jak ufundujesz szpital dla dzieci… Ale jak ufundujesz, to i tak zaraz pomyślisz, że jeden szpital to nic takiego, bo przecież prapradziadek ufundował ich kilkanaście. W tym systemie wartości rywalizacja, tak dziś powszechna, dotyczy przede wszystkim pokoleń, które były przed tobą.

Umiejętność panowania nad emocjami to musi być wielka zaleta. Zazdroszczę ludziom, którzy to potrafią. Sama pogrzebałam wiele szans zawodowych i towarzyskich przez brak tej umiejętności.

Im więcej takich ludzi poznajesz, tym bardziej widzisz, że to rzeczywiście ma wartość. Nie bez powodu ci, których postrzegano jako panujących nad emocjami, dokonywali w historii wielkich rzeczy. Pytanie, jakie koszty tego płacili? Często nie sposób na to odpowiedzieć, ponieważ ludzie ci nigdy o nich nie mówili. A to dlatego, że arystokratyczne wychowanie nie daje szansy na skarżenie się. Od małego uczy się dzieci, by nie pokazywały na zewnątrz, co czują i aby o tym nie mówiły. Jeśli spróbują, usłyszą: „To twój problem” albo – jak mówiła moja mama – „Sam pan chciałeś”. Tak się komentuje każdą próbę mówienia o swoich emocjach czy problemach nawet w najbliższej rodzinie. Moja babka ujmowała to w ten sposób: „mówienie o kłopotach to jak mówienie o rozstroju żołądka”. Takie wychowanie naprawdę determinuje życie i nie trzeba być nadwrażliwym, aby nie móc tego znieść. Często jedynym świadkiem kosztów emocjonalnych takiego wychowania były pamiętniki. Dziś praktycznie tylko z nich możemy się dowiedzieć o dramatach, jakie przeżywali ludzie uznani za niezłomnych.

Dobrze ten wpływ wychowania pod „należy” widać na przykładzie księżniczki Wandy Czartoryskiej. Była malarką, ale zostawiła sztalugi, aby zająć się edukacją chłopek z majątku swojej rodziny i kształceniem nauczycieli. Bo tak należało.

Wielu Czartoryskich poświęciło się sprawom społecznym: zakładali pierwsze szkoły, biblioteki, galerie obrazów itd. Ale powiem też coś zaskakującego, ta ich postawa – mająca na uwadze dobro wspólne – bardzo często wiązała się z nieszczęśliwym życiem osobistym, jakie wiedli. A było ono konsekwencją zasadniczych wyborów życiowych między realizacją własnych pasji czy chęci a realizacją oczekiwań, jakie zostały przed nimi postawione przez wychowanie. Wanda porzuciła malarstwo zapewne z powodu zawodu miłosnego, ale także za sprawą wychowania łatwo uznała je za stratę czasu.

Może zainteresuje Cię: O szczęście trzeba zabiegać

Zakochała się w kuzynie, Władysławie Zamoyskim, spadkobiercy Kórnika, który powiedział jej, że nie ożeni się, póki Polska nie będzie wolna!

Co, jak wiemy z listów jego matki, było wymykiem z jego strony, bo w ogóle nie chciał się żenić. Ale Wanda uwierzyła w ten romantyczny mit i pracowała na rzecz wolnej Polski, czekając na nią równie mocno, jak czekała na swojego narzeczonego. No i w 1918 roku, już jako 55-letnia kobieta, zwróciła się do niego z nadzieją, ale i tym razem kuzyn jej nie chciał…

Wkrótce potem zmarła na zapalenie płuc…

Właśnie. Zrobiła wiele ważnych rzeczy, np. zakładała szkoły dla wiejskich dziewcząt (pomysł jak na tamte czasy rewolucyjny). A kiedy okazało się, że w tych szkołach nie ma kto nauczać, otworzyła pierwsze w Polsce Seminarium Gospodarcze w Snopkach, kształcące kobiety – nauczycielki. Ale czy to dało jej szczęście? Porzucając malarstwo, powiedziała bliskim, że ma zbyt wiele do zrobienia w sprawach społecznych, żeby ten czas marnować. W tej rodzinie wielu postąpiło podobnie do niej, stawiając służbę społeczną nad swoje talenty i upodobania. Choćby Adam Jerzy Czartoryski, przywódca Hotelu Lambert, wielki polityk – który całe swoje życie poświęcił przegranej sprawie, czyli próbom przywrócenia Polski na mapę Europy. Jego syn Władysław, wielki mecenas sztuki (przeprowadził do Krakowa Muzeum Czartoryskich), wziął na siebie polityczny spadek po ojcu, choć nienawidził polityki. Obu tym mężczyznom nawet nie przyszło do głowy, że mogliby zrezygnować z tego, co powinni robić.

Zniewoleni powinnością?

Powiedziałabym raczej: niosący gigantyczny bagaż oczekiwań, jakie w stosunku do nich wyrażała rodzina. Pamiętajmy jednak, że rodzina to nie ojciec, matka, brat i siostra. To kilkaset spokrewnionych osób, czyli wielka grupa ludzi. To też przeszłe pokolenia, u Czartoryskich liczone od XIV wieku. Oni wzajemnie od siebie oczekują pewnych zachowań i w bardzo brutalny sposób potrafią dać znać, że się ich nie spełnia, używając takich narzędzi presji, jak np. wykluczenie czy marginalizowanie. Dawniej znalezienie sobie świata poza rodziną było niezwykle trudne. Aczkolwiek zdarzały się wyjątki. Na przykład Jerzy Czartoryski ożenił się z Czeszką Marią Czermakówną, córką malarza. To była wielka miłość. Jemu jakoś udało się znaleźć balans między rodziną i światem żony. Świetnie radził sobie i w bohemie praskiej, i wśród europejskich arystokratów.

Z jakimi oczekiwaniami mierzą się arystokraci? Oczekiwano specjalnego wykształcenia?

Tak jak mówiłam, dotyczy to przede wszystkim zachowania. Tego, że twoje emocje, odczucia nie są ważne. Ważne są rzeczy publiczne, do których jesteś predysponowany przez to, że urodziłeś się w takiej rodzinie, że masz wykształcenie i pieniądze. Dostałeś więcej, więc masz też więcej dawać.

Co do wykształcenia, do drugiej wojny światowej obowiązywała zasada – bona francuska, a potem także angielska plus niemiecka nauczycielka, no a do tego wychowanie klasyczne, jak łacina i greka. To był wymóg, bo arystokraci podróżowali po Europie, rodziny były wielonarodowe. Moja babka, w połowie Węgierka, mówiła w ośmiu językach.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
uta przyboś

Uta Przyboś: Jestem w życiu po uszy

Imię Uta z japońskiego znaczy „poezja”, zaś poszczególne znaki tworzące to słowo oznaczają „świątynię” i „mowę”. Posiadając takie…