fot. archiwum prywatne

Warsztaty dla dobrego złodzieja, czyli o mocy bajania

44 udostępnień
44
0
0
Podsłuchując rodziców w piaskownicy, wyłapuję, jakie stosują obejścia, niedomówienia, by nie podjąć trudnego tematu i pozornie ochronić dziecko przed przykrą rzeczywistością. Zastanawiam się wtedy, z jaką informacją, z jakim przekazem ich dziecko wejdzie w dorosłość. A przecież z pomocą może tu przyjść baśń. Poprzez nią można opowiedzieć o rzeczach ważnych, np. o śmierci – mówi Krystian Truchalski, opowiadacz baśni, terapeuta.

Marta Włodarczyk: Jak zaczęła się Twoja przygoda z baśniami?
Krystian Truchalski: Od warsztatów bębniarskich. Znajomi poprosili mnie, żebym w ramach warsztatów terapii zajęciowej zrealizował warsztaty z dwoma bębnami dla osób o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Odzew był bardzo pozytywny, więc zaproponowali, żebym przygotował coś na większą skalę, z większą liczbą bębnów, z instrumentem dla każdego, aby móc wspólnie grać. Jest taka metoda TaKeTiNa – zaczyna się od bicia serca, każdy na swoim biciu serca buduje rytm. Nie zawsze to było możliwe wśród osób z różnego rodzaju trudnościami, niepełnosprawnościami, mówię o niepełnosprawnościach fizycznych. Natomiast ważny był kontakt z muzyką, a tak naprawdę z rytmem, czymś powtarzalnym. Na początku to było dosłownie kilka bębnów, jakieś przeszkadzajki i to wszystko w ramach zajęć okołomuzykoterapeutycznych, które prowadziłem. Bębny świetnie się sprawdzały. Dostałem propozycję, żebym z bębnami przyszedł do przedszkola, gdzie moje zajęcia także się spodobały. I tam właśnie do bębnów dołączyła baśń. Cały czas ze świadomością tego, że jest to potrzebne, wychodziłem naprzeciw kolejnym propozycjom. Byłem w coraz nowych miejscach, ludzie polecali moje zajęcia. Nie ukrywam, że pomagało mi w tym wykształcenie oligofrenopedagoga, czyli przygotowanie do pracy z osobami o specjalnych potrzebach. Wiadomo, że na studiach dostałem zarys technik, a szczegóły… Cóż, całe życie się dokształcam – szkolenia, kursy, studia podyplomowe.

Jesteś profesjonalnym muzykiem?
Muzykantem. Kiedyś usłyszałem o podziale na: muzykantów, muzyków i muzykologów. Muzykolog opowiada o muzyce, zjada krówkę przez papierek, muzyk odpakowuje krówkę i ją zjada, a muzykant otwiera krówkę i patrzy, co jest w środku. W żaden sposób nie umniejszając roli tych trzech typów osób, raczej jestem muzykantem, ponieważ nie mam wykształcenia muzycznego, nie jestem po szkole muzycznej, ale uczę się we własnym zakresie. Instrumenty, które mam w ręku, pomagają mi stworzyć ścieżkę porozumienia, ale raczej wynika to z obserwacji człowieka. Nie ukrywam, że chciałbym mieć podbudowę muzyczną, by otworzyć nuty lub partyturę i móc grać, oddawać się muzyce w pełni. Zacząłem interesować się pracami Oskara Kolberga*, a tam jest ogrom zapisów nutowych i słów, które w połączeniu tworzą pieśni. Kolberg spisywał muzykę ludową ze słuchu, dzięki niemu mamy zapis nutowy pieśni z różnych stron Polski. Przedtem muzykanci musieli po prostu grać i zgrać się z wokalem pieśniarza.

Jakich instrumentów poza bębnami używasz?
Pracuję z misami terapeutycznymi oraz korzystam z didgeridoo – instrumentu w kształcie rury. Bazą jest czysta wibracja i dźwięk. Misy pojawiły się na przeciwnym biegunie wobec powtarzalnego rytmu bębnów. Na bębnach można zagrać tak, że mamy wrażenie, że ktoś śpiewa, łatwo zbudować pewne opowiadanie. Ale wraz ze zwiększaniem się liczby spotkań, warsztatów, zauważyłem, że wśród uczestników jest potrzeba bardziej długich dźwięków, zmieniających się falowo. Wykorzystywałem to ostatnio na spotkaniu konsultacyjnym, na które przyjeżdżają z całego kraju dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA). Tam mogłem patrzeć, jak dzieci reagują na przygotowaną przeze mnie formę terapii. Oczywiście muszę brać pod uwagę, na ile druga osoba jest otwarta na terapię, trudno pomóc komuś, kto jest zamknięty na taką formę działania. Terapia musi być dostosowana, gdyż niedowrażliwość lub nadwrażliwość na dźwięki zmieni odbiór, terapia ma stymulować, a nie przeszkadzać. Zakresy dźwięków bębnów, mis czy didgeridoo naprawdę mają znaczenie, ponieważ jeśli wysokie tony będą nieakceptowalne dla ucha, to odbiorcy momentalnie zablokują się i wycofają.

Wspomniałeś, że na pomysł połączenia muzyki z opowiadaniem baśni wpadłeś podczas warsztatów dla przedszkolaków…
Tak, pojawił się on przy okazji warsztatów bębniarskich z dziećmi. Coś opowiadałem i używałem trochę technik aktorskich. Widziałem, że dzieci są bardzo zasłuchane. A kiedy spotkaliśmy się kolejny raz, a były to warsztaty cykliczne, usłyszałem prośbę o opowieść. Na początku opowiadałem o zwyczajach, które są w wioskach afrykańskich i stwierdziłem, że spróbuję opowiedzieć im baśń afrykańską o miłości. To rzecz o chłopcu, który wchodzi w dorosłość i zakochuje się w kobiecie, mającej skrzydła. Kobieta przychodzi kąpać się do jeziora, obok którego chłopiec wypasa krowy. Przed kąpielą zdejmuje skrzydła i… gdy chłopiec ją dostrzega, od razu czuje, że pragnie, by z nim zamieszkała. Ona jednak nie chce się na to zgodzić, woli wrócić do rodziców. Odfruwa więc, a chłopiec, nim ta na dobre znika mu z oczu, już zaczyna tęsknić. Postanawia wyruszyć w drogę, by odnaleźć ukochaną. Ma w tej podróży pomocników: Żuka, Pająka i Muchę, którzy go wspierają w poszukiwaniach. Gdy wreszcie docierają do celu, okazuje się, że trafili do wioski, w której wszystkie kobiety są piękne, nie tylko ta jedna – skrzydlata. Ale jest i ona. Rodzice pięknej kobiety zgodzili się oddać córkę za mąż, pod warunkiem że wybierze tę właściwą spośród wszystkich kobiet w wiosce, które wyglądały identycznie. Pomogła mu w tym… Mucha, która usiadła tej jednej jedynej na ramieniu. Zmierzając do puenty: baśń miłosna kończy się weselem. Gdy ją opowiadałem, widziałem, jak dzieci słuchają, jak reagują na słowo mówione, byłem nimi oczarowany. Mogłem obserwować reakcje małej widowni, to, jakich słów użyłem, okazało się drogą, budowaniem obrazu, który stał się mostem między mną a dziećmi. Funkcja opowiadacza zachwyciła mnie. Taką baśnią można zająć dzieci nawet przez 60 minut, bo tyle trwa moja opowieść ilustrowana muzyką. Później zwykle jeszcze rozmawiam z maluchami o treściach w niej zawartych. Niekiedy opowieść przeplatają zadania do wykonania. Niektóre wymagają nie lada sprytu – jak na warsztatach z bycia dobrym złodziejem, który potrafi przenieść piłeczkę na łyżce, nie upuszczając jej.

Skąd bierzesz tematy?
Z życia, a potem z biblioteki. Kocham książki, kocham otwierać je, wąchać, musnąć lekko palcem strona po stronie. Nawet moje dzieci, udając mnie czasem, otwierają książkę i przerzucają strony w ten sposób. Zacząłem od czytania baśni afrykańskich, które nie są łatwe, bo surowe, ale jest tam zawarta pewna prawda życiowa. Potem po rozmowie w sprawie warsztatów muzycznych z Jackiem Dargiewiczem (właścicielem Cafe Nowa Księgarnia w Krakowie, w której organizowane są różne wydarzenia kulturalne) zaproponowałem, że mogę przyjść tam właśnie z baśnią afrykańską i wpleść w swój występ bębny. Jacek zasugerował baśnie z różnych stron świata, a nałożyło się to z Międzynarodowym Festiwalem Sztuki Opowiadania, który odbywał się w Warszawie. Przyjechali tam opowiadacze z całej Europy, była możliwość wysłuchania baśni z różnych stron, zwłaszcza baśni irańskich, francuskich, angielskich. To było wspaniałe przeżycie. Od tamtego momentu zacząłem sięgać do baśni z innych krajów. Przechodzi to u mnie falowo, bo oczywiście zachwycam się też naszymi polskimi baśniami, i to z różnych regionów. Podróżując po miastach w Polsce, staram się sięgać po opowiadania lub baśnie z tych miejsc. Ale sięgam po starsze wydawnictwa, które mam wrażenie, są pełniejsze.

Opowiadasz baśnie dorosłym?
To było moje marzenie, które zaczęło się realizować przy okazji wcześniejszych projektów. Choć rodzicom łatwiej jest przyjść na spotkanie z dzieckiem, kiedy to dziecko ma być docelowym słuchaczem. Zawsze jestem wdzięczny rodzicom za mądrość i odwagę, że przychodzą z dziećmi, a przy okazji również słuchają. Tak więc przy bajaniu dla dorosłych, gdy na sali są dzieci oczywiście opowiadam baśnie ogołocone. Bo czy cztero- lub sześciolatkowi mogę opowiedzieć o śmierci, o obcinaniu głowy? Zacząłem jednak wprowadzać do swoich baśni słowa: „śmierć”, „zło”, „diabeł”, motyw grzechu, tak częsty w baśniach polskich, gdzie widać już ślady chrześcijaństwa wdzierające się do słowiańskich opowieści. Wtedy oczywiście patrzę na reakcję dzieci. U niektórych pojawia się strach, a wtedy widzę też jak niepewność zasnuwa oblicza rodziców: co ten człowiek opowiada, jak z tego wybrnie? Baśń może być wytrychem, słowo jest rzeczą naturalną, a mówić można o rzeczach ważnych. Podsłuchując rodziców w piaskownicy, wyłapuję, jakie stosują obejścia, niedomówienia, by nie podjąć trudnego tematu i pozornie ochronić dziecko przed przykrą rzeczywistością. Zastanawiam się wtedy, z jaką informacją, z jakim przekazem ich dziecko wejdzie w dorosłość.Przecież temat śmierci tak silnie i nierozerwalnie jest wpisany w nasze życie. Jak to dziecko w wieku dorosłym skonfrontuje się z rzeczywistością? Baśń pomaga przejść przez temat śmierci, która oprócz fizycznego faktu jest też rozłąką, dzięki baśni rozumie się, że ta osoba, która jest mi bliska, przestaje być fizycznie obok. Przecież najpopularniejszy „Kopciuszek” zaczyna się od śmierci matki i ponownego ślubu ojca. W literaturze dziecięcej jest więc miejsce na emocje – rozstanie, smutek, żal, żałobę, tęsknotę, wspomnienie. Bruno Bettelheim (pedagog, psychoanalityk) poruszał temat roli baśni jako czynnika wspierającego rozwój dziecka. Natomiast mitoznawca Joseph Campbell szuka wspólnego klucza, który w baśni, jak i w mitologii ukazuje drogę bohatera jako wędrówkę człowieka. Baśń podaje temat inności, np. ta o helskich dzwonach opowiada o głuchej dziewczynce, która słyszy dzwony, wibrację. Mitologia opowiada o potrzebie zrozumienia otoczenia, świata w wymiarze symbolicznym.

Czy łatwo być taką Szeherezadą? Twój strój mówi, że nie jesteś z tego świata…
Nie jestem aktorem, chociaż oczywiście w działaniach opowiadacza umiejętności aktorskie przydają się, na przykład pantomima. Strój również jest ważny. Na początku był pomysł, żebym występował w stroju średniowiecznego chłopa, jak wielu opowiadaczy, ale stwierdziłem, że to do mnie nie pasuje. Bardzo lubię koszule, muchy, więc ten strój ma znaczenie, bo gdy czytam baśń i próbuję ją sobie wyobrazić, robię to w sposób sensoryczny, zwracam uwagę na różne wątki, które tam się pojawiają, te związane z kolorami, smakami potraw. I to jest klucz dla mnie do znalezienia sposobu opowiadania. Przy baśniach z konkretnego kraju staram się wpleść do stroju chociaż troszkę elementów z tej strony świata, bo przecież nie mam garderoby teatralnej. Gdy sięgam po stare polskie opowieści, wraca pomysł ze strojem chłopa. Mój kolega prowadzi osadę słowiańską i mówi, że przydałby mi się taki strój, byłbym bardziej autentyczny, ale ja jestem szczupły, nie mam brody, postury, więc trudno byłoby mi się w takim stroju odnaleźć. Ostateczniew autokreacji pomogła mi postać Jaskra z Wiedźmina, wysublimowanego, eleganckiego, erudyty. Stroje są z mojej szafy, komponuję je z tego, co mam, bo uczę się wykorzystywać rzeczy, które są pod ręką. Od znajomych, z ich szaf dostaję kolorowe koszule, kamizelki. Dzięki baśniom i mitom inaczej odbieram rzeczywistość, bo wydawała mi się do tej pory troszeczkę szarawa, a potrzebny jest jej kolor, tym bardziej w stroju, bo żyjemy troszkę w kulturze obrazkowej.

Zacząłeś opowiadać baśnie również w internecie.
Uważam, że rola opowiadacza jest pewną niszą i wychodząc z tego założenia nigdy nie planowałem, że kanał, na którym będę opowiadał, będzie czymś popularnym, gdzie będę mógł osiągać ileś tysięcy odbiorców. Zresztą subskrypcje nie są najważniejsze, tylko komentarze. Opowieść w internecie to był pomysł mojej żony Karoliny. Spróbowałem, potem spytałem żony, jak jej się to podoba, testowałem na dzieciach, słuchały z zainteresowaniem. Baśnie z chaty (realizowane podczas lockdownu) chyba były najtrudniejsze, może dlatego, że pierwsze. Potem przyszły baśnie z lasu i baśnie znad morza. Teraz pragnę wyjechać jeszcze raz nad morze i dopowiedzieć jeszcze dwie baśnie, mam nadzieję, że nie będzie za mocno wiało. Baśnie z lasu nagrywałem po oficjalnym „otwarciu lasów”. Miałem taką możliwość, bo mieszkałem 100 metrów od niego. Mam troje dzieci i obserwowałem, jak bardzo przeżywają zamknięcie bez możliwości spotkania z rówieśnikami. Ale jednocześnie dostrzegłem, że nasze relacje domowe zaczęły się zacieśniać dzięki temu, że byliśmy razem w czterech ścianach. To był świetny moment, żeby wykorzystać ten czas jako spotkanie. Bardzo lubię gry fabularne, możliwość wcielania się w postacie, budowanie krainy, bohatera. Bycie z boku tego wszystkiego, co się wtedy działo, ratowało nas. Baśnie również przyszły z pomocą. Zawarłem w nich te motywy, które są powtarzalne – droga, próba, sen wieszczy, liczby 3, 7, 12, czy 40. Bo w świecie baśni 40 też ma w sobie symbol wystarczalności. 40 rozbójników, czy 40 beczek wina, by upić słonie przy wodopoju i z ich kłów zbudować tron z kości słoniowej dla króla.

Kanał internetowy był więc przedłużeniem spotkań, których potrzebę silnie odczuwałem, gdy zabrakło warsztatów. Po debiucie na YouTube dostałem kilka telefonów, żeby nagrać opowieści z akompaniamentem instrumentalnym do kamery. Widać potrzeba baśni w ludziach jest. Chęć słuchania i konfrontowania z rzeczywistością również. Bardzo mnie to cieszy, bo to ważna, ponadczasowa sprawa.


Koniecznie odwiedź oficjalną stronę Krystiana Truchalskiego

*Oskar Kolberg – etnograf i etnolog, wydał drukiem spisane przez siebie „Pieśni ludu polskiego” oraz cykl monografii regionalnych „Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce”.

może Ci się spodobać

Banksy – anonimowy geniusz

Trudno chyba znaleźć osobę, która nie słyszała o Banksym – Brytyjczyku niezwykle trafnie interpretującym otaczającą nas rzeczywistość, komentującym…
żałoba

Jak poradzić sobie z żałobą?

„Jedynym sposobem na odnalezienie spokoju jest pozwolenie przeszłości na bycie przeszłością” – mawiała dr Elisabeth Kübler-Ross, autorka książki…