antropomorfizacja
© Adobe Stock

W naturze nie istnieją misie

6 udostępnień
6
0
0

– Antropomorfizacja jest tak stara jak ludzie. Od początku byliśmy zainteresowani innymi niż nasz gatunkami zwierząt. Wiele z nich udomowiliśmy, one dostosowały się do życia z nami. Nie znaczy to jednak, że stały się takie jak my. Nie rozumiejąc zwierząt, patrząc na nie przez typowo ludzki pryzmat, nierzadko je krzywdzimy – twierdzi Radosław Ratajszczak, biolog i prezes wrocławskiego zoo.

Dlaczego antropomorfizujemy zwierzęta?

Jesteśmy ciekawi zwierząt, ale stosunkowo niewiele o nich wiemy, nie potrafimy wejrzeć w ich psychikę. Są już oczywiście dziedziny nauki, które zajmują się psychologią zwierząt, ale dają one pewne przybliżenie umysłowego i emocjonalnego życia zwierząt, nie możemy tego jednak traktować jako pewnik. Nie jesteśmy przecież tymi zwierzętami, one myślą inaczej, mają inne problemy, inaczej je rozwiązują. Jeśli na podstawie naszej mimiki, naszych zachowań oceniamy reakcje, zachowania zwierząt, to w wielu wypadkach najprawdopodobniej błądzimy.

Z natury rzeczy gatunek ludzki ma bardzo rozwinięty mózg i w związku z tym dużą świadomość własną, ale na zwierzęta patrzy przez swój pryzmat. I to jest błąd. Bo one są inne. Nie możemy bezpośrednio przenosić naszych uczuć na zwierzęta – one wyrażają to inaczej.

Jest taka bardzo stara i bardzo mądra przypowieść chińska, którą zawsze przytaczam. Dwóch mędrców chińskich stało wiosną nad rzeczką. Pięknie świeciło słońce, ptaki śpiewały. Jeden mówi do drugiego: „Jak pięknie! Kwiaty kwitną, cała przyroda się cieszy, nawet te rybki wyskakują z wody na znak radości!”. A drugi spojrzał na niego i pyta: „A skąd wiesz, że z radości? Przecież nie jesteś rybką”.

Ten drugi miał rację?

Owszem, ponieważ ryby najczęściej wyskakują z wody z trzech powodów: albo goni je drapieżnik, co oznacza, że taki skok to dla nich ostateczna ucieczka; albo skaczą, bo chcą się pozbyć pasożytów, uderzając o powierzchnię wody; albo też robią to, gdyż dokucza im niedobór tlenu. Bardzo rzadko zdarza się, że przyczyna wyskakiwania jest inna. Nawet jeśli ryby migrują, na przykład łososie, i bywa, że muszą przeskoczyć progi wodne, to też raczej jest to dla nich mało komfortowe, zważywszy, że w takich okolicznościach wiele osobników ginie. Jak zatem widać, żadnej z tych sytuacji nie można nazwać wyrażaniem radości, ale dla laika tym to właśnie jest. To przykład prosty, ale odzwierciedla, jak bardzo potrafimy wykrzywić zachowania zwierząt, patrząc na nie naszymi oczami.

Może dzięki takiemu patrzeniu udało nam się niektóre ze zwierząt udomowić?

Udomowienie niektórych zwierząt nie było celowym działaniem. Nie odbywało się to tak, że ktoś brał młodego tura i odchowywał go, przewidując, że za kilka tysięcy lat to będzie krowa mleczna, produkująca tysiące litrów mleka w roku. Nie. Zaczęło się od zwykłego zainteresowania, jakie wykazują również inne niż my zwierzęta innymi niż ich własny gatunkami.

U niektórych z tych zwierząt to zainteresowanie przeradza się nawet w życie we wspólnych stadach i wzajemne uzupełnianie np. pod względem troficznym czy unikania wrogów. Dajmy na to na sawannie, w takie międzygatunkowe komitywy wchodzą ze sobą wzrokowcy, słuchowcy i węchowcy, którzy działając razem, potrafią lepiej rozpoznać zagrożenie ze strony drapieżnika. Tak więc te międzygatunkowe kontakty istnieją. My również do nich dążyliśmy, co spowodowało udomowienie wielu zwierząt. Dopiero później to udomawianie stało się celowe – zwierzęta miały nam w jakiś sposób służyć, zaspokajać nasze potrzeby.

Ciekawe, że inne gatunki zwierząt nie pomyślały o udomowieniu człowieka…

Ależ pomyślały. Tylko znacznie sprytniej od nas. Bo spójrzmy choćby na takiego kota. Czy można powiedzieć, że my go udomowiliśmy. Owszem on z nami mieszka, bo mu tak wygodnie, ale tak naprawdę nie poddaje się człowiekowi. W gruncie rzeczy pozostaje dzikim zwierzęciem, które korzysta z oferowanego mu przez człowieka ciepłego lokum i pełnej miski. Jest przymilny, bo wie, że z tego będzie korzyść. Ponieważ lubi się pielęgnować, to toleruje głaskanie, bo to taka dodatkowa pielęgnacja – ale wtedy, gdy chce. Bo gdy nie chce, idzie w swoją stronę.

W tej chwili obserwujemy też bardzo ciekawe zjawisko samoudomowienia się lisów. Nauczyły się tego, że w miastach nikt na nie nie poluje, nikt ich nie przepędza, więc zaczęły żyć wśród ludzi. Zajęło im sporo lat, ale w końcu się tego nauczyły i na przykład w Anglii, gdy zostawia się drzwi do domu otwarte, to bardzo często dochodzi do sytuacji, że człowiek zastaje na kanapie lisa. Jest mu wygodnie, miękko, ciepło, spokojnie, więc korzysta. Przypuszczalnie za kolejne dziesięciolecia lis będzie takim zwierzęciem półdomowym. Trochę jak pies, choć ze względu na to, że preferuje raczej samotniczy tryb życia i nie ma, jak psy, zachowań socjalnych, to raczej nie stanie się oddanym towarzyszem człowieka.

Warto przeczytać: Jak żyć w mieście w zgodzie z dzikimi zwierzętami?

No właśnie – pies i kot. Nie śmieszą pana te spory pomiędzy właścicielami kotów i właścicielami psów o to, które zwierzęta są mądrzejsze, które szlachetniejsze? „Kociarze” wskazują na wyższość kotów nad psami twierdząc, że psy są głupie, bo dają się człowiekowi wytresować, słuchają się go i są mu wierne. „Psiarze” z kolei uważają, że koty to psychopatyczne świry, z którymi nie da się tworzyć żadnych relacji.

Przenosimy interpretację naszych przemyśleń, uczuć i działań na zwierzęta. A w przypadku psów i kotów prawda jest taka, że tu nie ma nic do rzeczy rozum, inteligencja, tylko ewolucyjnie wytworzone potrzeby socjalne.

Psy to zwierzęta socjalne, ale koty już nie, więc repertuar zachowań u każdego z nich będzie inny. Psy są pojętne, potrafią się uczyć, bo tak mają wszystkie zwierzęta, które są socjalne. Psy podobnie jak ludzie żyją w stadach, a zatem muszą opanować pewne reguły funkcjonowania w grupie, poznać pewne rytuały, przystosować się, odczytywać intencje innych itd., żeby w tym stadzie przetrwać. Koty natomiast to samotniki, nie mają zachowań stadnych. Trwają przy ludziach, bo ci są dla nich dobrym źródłem pokarmu, ale poza tym w zasadzie nie mają innych ważnych powodów do wchodzenia z człowiekiem w komitywę.

Dziś jest megatrend na zwierzęta egzotyczne. Ludzie patrzą na wielkookiego lemura, puchatą lotopałankę, małą małpkę i już myślą, jak by to fajnie było mieć takie zwierzątko w domu. Bo przecież tak mu sympatycznie z oczu patrzy…

To straszny trend. Ludzie nie mają zielonego pojęcia, jak zapewnić tym zwierzętom dobrostan. W internecie jest pełno zdjęć małpek kapucynek i makaków, które chodzą w pieluszkach i to jest propagowane. Ludzie! Żadna małpa nie ma takiego zwyczaju w naturze. Owszem, są takie gatunki zwierząt, które kał i mocz deponują w określonych miejscach, bo tak oznaczają terytorium, ale nie małpa! Poza tym małpy to zwierzęta wysoko socjalne, muszą żyć z innymi przedstawicielami swojego gatunku, a nie z ludźmi. Małpa musi się uczyć, 60–80 proc. jej zachowań to zachowania wyuczone. Jeśli ją tego pozbawiamy, jeśli zabieramy ją od jej mamy, od stada, by karmić ją smoczkiem i kazać nosić pieluchę, to czynimy z jej życia piekło. A z czasem fundujemy to piekło również sobie.

Dlaczego sobie?

Bo pewne naturalne zachowania tych zwierząt nie będą pasować do naszych wyobrażeń. Zwierzęta, zwłaszcza naczelne muszą walczyć o pozycję w stadzie. U małp czy lwów, gdy nowy samiec przejmuje grupę, dochodzi nawet do zabijania młodych. Kiedy zwierzę z takiego gatunku dorasta, zawsze będzie próbowało wybić się na pierwszą pozycję w stadzie. Tak więc, gdy tym stadem są ludzie, będzie dominowało nad nimi. Dla małpy dominacja w stadzie oznacza dostęp do pokarmu. Jeżeli więc istnieje małpa głupia – taka jak człowiek – która sama oddaje pokarm, to trzeba ją zdominować, żeby czasem nie przyszło jej do głowy pozbawić mnie jedzenia.

To samo zresztą dzieje się w przypadku dużych papug. Ludzie kupują je, ale najchętniej odchowane samotnie, bo takie właśnie akceptują człowieka – tracą strach przed człowiekiem i są przez pewien czas łagodne. Niestety, później stają się agresywne lub zaczynają człowieka traktować jako partnera seksualnego, np. usiłują kopulować z jego fryzurą.

Nie ma pan wrażenia, że to nasze uczłowieczanie zwierząt często ma mocno infantylny charakter? Wiele zwierząt postrzegamy jako milusińskie maskotki.

Dlatego właśnie jestem przeciwny antropomorfizującemu obrazowi zwierząt w popkulturze. Uważam, że to szkodzi. Dziś wiele filmów rysunkowych przedstawia właśnie taki zupełnie wykrzywiony ich obraz, który potem trudno wykrzewić.

Spójrzmy choćby na misia – w książeczkach dla najmłodszych pokazywany jest jako przemiłe zwierzę, tymczasem w naturze niedźwiedzie to zwierzęta bardzo agresywne. Na bajce miś się uśmiecha, w naturze nie ma mimiki pyska, nie można poznać czy jest zły, spokojny czy poddenerwowany. W filmach rzucając się na ofiarę, niedźwiedź wydaje ryk, w rzeczywistości podchodzi do ofiary po cichu i atakuje ją w ciągu sekundy. To bardzo niebezpieczne zwierzę. W Indiach niedźwiedź wargacz zabija więcej ofiar ludzkich niż tygrysy czy słonie.

W takim razie jak uczyć dzieci empatii do zwierząt, jeśli nie będzie się im ich przedstawiać w taki miły sposób?

Empatii najlepiej uczyć, mówiąc o zwierzętach prawdę. Że są mądre, że natura jest mądra, że ewolucja wytworzyła niesamowite przystosowania. Dzieci muszą to wiedzieć, a nie żyć w naiwnym przekonaniu, że miś jest takim miłym zwierzęciem, jak w wierszyku: „Miś jest bardzo grzeczny dziś, zaraz państwu łapkę poda. Nie chce podać? A to szkoda!”. W naturze nie istnieją misie, w naturze istnieją niedźwiedzie.

Z jakimi przykładami takiego negatywnego wpływu antropomorfizacji spotyka się pan we wrocławskim zoo?

Mógłbym wyliczać w nieskończoność. Ale dobrym przykładem mogą tu być chociażby lemury wari. Piękne zwierzęta, bardzo łagodne, spokojne, ale mają potwornie przykry głos. Gdy zaczynają się odzywać, brzmi to jak wrzask i wówczas wszyscy zwiedzający myślą, że one właśnie się kłócą. Tymczasem to jest głos terytorialny. W dżungli dźwięk niesie się słabo, zatem taki głos musi być donośny i lemury wari w taki właśnie sposób oznaczają granice swojego terytorium. Każda rodzina krzyczy razem – nie do siebie, tylko do sąsiadów. W ten sposób mówią: „My tu mieszkamy, tutaj nie wchodźcie, to jest nasz teren”. To pozwala lemurom unikać wielu konfliktów bezpośrednich, czyli walk.

Warto przeczytać: Lemur w marketingu

To chyba mechanizm występujący u wielu zwierząt?

Owszem. Na przykład słowik śpiewa po to, aby przywołać samicę, dać jej znać, że jest silny, że potrafi o nią zadbać, ale też po to, by obwieścić innym samcom, że to jego terytorium i mają się do niego nie zbliżać. Taki śpiew to nie jest nic radosnego, ani przyjemnego. To duży wysiłek, ogromny wydatek energetyczny.

Inny przykład – małpy saki. Wiele zachowań małp można by interpretować podobnie do naszych, ale patrząc na saki i oceniając, że są one smutne, mylimy się. Tymczasem ludzie powszechnie tak je postrzegają, ponieważ małpy te mają kąciki ust skierowane ku dołowi. Dla nas to jest oznaka smutku, a u tych małp po prostu cecha anatomiczna. Mają ogromne, silnie umięśnione żuchwy, dzięki którym mogą rozgryzać orzechy brazylijskie, ale te wielkie zwieracze żuchwy nigdy nie pozwolą ich ustom ułożyć się w uśmiech. U mangab z kolei, które mają kolorowe powieki – wyraźnie białe lub niebieskie i czasem je przymykają, interpretujemy te ich zachowania jako zalotne, bo dla nas pomalowane oczy to ozdoba. Tymczasem u tych małp to nie oznaka zalotów, lecz grożenie. Jeśli samiec przymyka powieki w obecności innego samca, to tamten albo ucieka, albo dochodzi między nimi do walki.

Wygląda na to, że mnóstwo naszych interpretacji jest ułomnych.

To prawda. I trzeba zęby zjeść, żeby prawidłowo rozpoznawać zachowania różnych zwierząt.

My zaś patrzymy na zwierzęta w bardzo schematyczny sposób. Ukuliśmy pewne schematy i na nich lecimy. Mówimy na przykład, że świnia jest brudna, kiedy w rzeczywistości świnia jest bardzo czysta, w dodatku niezwykle inteligentna. O orłach mówimy, że są dzielne. A tymczasem jako drapieżniki orły muszą po prostu brutalnie walczyć o pokarm, a dzielne są jedynie wobec słabszych, zaś kiedy pojawi się silniejsze zwierzę, uciekają. Albo twierdzimy, że leniwiec jest leniwy. Nic bardziej mylnego. To niezwykle pracowite zwierzę, tylko na swój sposób. Leniwiec przystosował się do życia w miejscu, w którym nie musi biegać, tak jak na przykład naczelne, tukany czy ptaki dżungli. Te muszą szukać pożywienia, a leniwiec ma jedzenie zawsze pod nosem i nie ma powodu, żeby się gdzieś spieszyć, bo po co? Je liście, musi je trawić powoli. To zwierzę niskoenergetyczne. Każdy wysiłek to dla niego problem, więc znowu musi jeść. Niektórzy twierdzą, że leniwce z tego powodu, że żyją sobie tak – według naszych interpretacji  – leniwie i beztrosko, ciągle się uśmiechają. A one po prostu mają tak zbudowany pysk. Idąc tym tokiem myślenia, trzeba by stwierdzić, że jak puma zjada leniwca, to on w tej chwili też się uśmiecha – bo tak to wygląda na zdjęciach czy nagraniach.

Mówimy o antropomorfizacji jako o problemie, ale może problemem jest po prostu nasza niewiarygodna ignorancja wobec natury? My w zasadzie nie chcemy jej zobaczyć taką, jaką ona jest naprawdę.

Infantylizacja i antropomorfizacja z pewnością nie pomogą zwierzętom, nie sprawią, że ludzie zaczną je lepiej rozumieć. Przeciwnie, tworzy to wielką fikcję o nas i o świecie natury. My, antropomorfizując chcemy przerobić świat natury na naszą modłę, a nie pojąć, jakim on jest naprawdę. Chcemy się do niego zbliżyć, ale na naszych zasadach, nie rozumiejąc i nie przyjmując zasad, jakie w świecie przyrody obowiązują. Tym samym uzyskujemy efekt odwrotny, coraz bardziej od natury się oddalamy, separujemy i na szeroką skalę wyniszczamy.

Rozmowę z Radosławem Ratajszczakiem o tym, jak niszczymy bioróżnorodność znajdziesz TUTAJ

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Sztuka lekarstwem na traumy

„Sztuka potrafi zmienić rzeczywistość, zarówno tę w nas, jak i tę na zewnątrz. Ja dzięki niej odzyskuję kobietę…
Agata Ośmiałowska-Brzostowska

Stacja Czułość

Gdy kogoś z naszych bliskich dopada rak, po pierwszym szoku i załamaniu, następuje mobilizacja sił do walki. Czasami…