© SHVETS production/Pexels

Uzależnieni od biedy

1 udostępnień
1
0
0

Ciułanie, chomikowanie, magazynowanie. Kupowanie za dużo i na zapas. Lub odwrotnie: tzw. podcieranie tyłka szkłem, skąpienie każdego grosza, niewydawanie na żadne fanaberie, oszczędzanie aż do przesady, a i tak z poczuciem ciągłego braku bezpieczeństwa. Dorastanie w ubóstwie ma swoją cenę.

Gdy tydzień temu popełniłam felieton „Mniej”, traktujący o rozpierającej mnie potrzebie oczyszczania przestrzeni fizycznej i umysłowej ze śmieci, zaczęłam się zastanawiać, czy pod tą moją potrzebą nie kryje się coś więcej. Czy pod dążeniem do minimalizmu nie drzemie coś innego, niż tylko poczucie przesytu wielością i wszechobecnym śmietnikiem wokół? Czy za kupowaniem rzeczy z odzysku stoi wyłącznie potrzeba dbania o środowisko lub oszczędna natura? Skąd się bierze moja nieufność do dóbr luksusowych? Dlaczego nigdy nie pozwalam sobie na rzeczy z górnej półki, nawet jeśli byłoby mnie na nie stać?

Tymi moimi rozterkami podzieliłam się w gronie znajomych i okazało się, że nie tylko ja je mam.

– Od miesięcy myślę nad zakupem narożnika – opowiada Agnieszka. – Potrzebuję takiego na niestandardowy wymiar, więc nie dostanę go w sieciówce. Muszę zrobić na zamówienie, a to duży wydatek. Borykam się z tą decyzją, jakby od niej zależało co najmniej moje życie. Bo czy ja naprawdę potrzebuję takiego drogiego narożnika, czy rzeczywiście nie mogę się bez niego obejść? Poza tym przecież są inne wydatki. Czy nie lepiej kupić coś dziecku? Odłożyć pieniądze na wypadek jakiejś nieprzewidzianej awarii w domu? Czy jak kupię ten narożnik okażę się nierozsądna, niegospodarna, złą matką? Czy w ogóle zasługuję na to, by mieć taką drogą rzecz? Co by o tym pomyśleli rodzice, którzy całe życie ciułali każdy grosz, by jakoś żyć? Niby jestem dorosła, zarabiam na wszystko sama, a wciąż z tyłu głowy mam myśl, że gdyby się dowiedzieli, potępiliby ten mój zakup. Uznaliby go w jakiś sposób za niemoralny.

– Ja wiecznie żyję z poczuciem, że nie mam kasy – mówi Mariusz. – Mam na koncie 200 tys. zł oszczędności, ale nie mam kasy. Kupuję w sklepie tylko najtańsze produkty i tylko te w promocji, bo ciągle żyję w przekonaniu, że zaraz zabraknie mi na chleb, że stracę pracę i co wtedy? Niektórym pewnie 200 tys. zł zapasu dawałoby jakieś poczucie bezpieczeństwa, ale nie mnie. Podejrzewam, że nie ma sumy, która by mnie zadowoliła, dała wytchnienie od strachu przed biedą. Ta bieda jest we mnie jakoś głęboko wdrukowana.

– Pamiętam z dzieciństwa opowieści mojej mamy o jej dorastaniu na wsi – wspomina Iwona. – Spali na klepiskach lub na słomie, kilka osób żyło w jednej izbie. Do kościoła szli kilka kilometrów boso, a buty wkładali dopiero w kaplicy. Mama marzyła jako dziecko, żeby mieć druciany pierścionek z błyszczącym oczkiem, taki, jaki sprzedawano na odpustach, ale jej rodzice nigdy jej takiego nie kupili, bo nie było ich stać na zaspokajanie tego typu dziecięcych potrzeb. Plotła więc sobie pierścionki z traw i marzyła o tym prawdziwym. Gdy dorosła, uciekła ze wsi do miasta. Chciała zostawić tę biedę za sobą. Jej życiowym priorytetem stało się mieć. Kupowała hurtowe ilości wszystkiego. Potrzebne, niepotrzebne, zmarnuje się czy nie, ważne, by było, by nie zabrakło. Gdy po jej śmierci przyszło mi „odgruzować” jej mieszkanie, nie mogłam uwierzyć, że można uzbierać tyle rzeczy. Większości z nich nawet nigdy nie użyła. Co zadziwiające, te rzeczy były ważniejsze niż jej zdrowie. Nie miała pieniędzy na leki, na rehabilitację, ale na rzeczy tak, na nie szła praktycznie cała jej emerytura.

– Ja skąpię na wszystko, co wydaje mi się zbytkiem – opowiada Adam. – Skąpię sobie, dzieciom, żonie. Z powodu tego skąpstwa prawie straciłem rodzinę. Bo dostawałem napadów szału, gdy odkrywałem, że żona kupiła sobie jakiś nowy ciuch lub zabawkę dla dziecka. Dopiero na terapii odkryłem, że jako dzieciak wychowany w biedzie, w PRL-u, gdzie niczego nie było, noszę w sobie paniczny lęk przed biedą właśnie. W ramach terapii zacząłem dzielić domowy budżet, po równo przeznaczając sumy na różne rzeczy np.: na rachunki, na jedzenie, na oszczędności i na zabawę/przyjemności. Każdego miesiąca bez poczucia winy mam wydać kasę w ramach tych wyznaczonych budżetów. Bez kombinowania i zastanawiania się, że może jednak więcej odłożyć, a przyjemności odstawić w kąt. Nie, wydaję i uczę się nie biczować z tego powodu. I widzę, że to jest dobre. Przynosi skutek. Ja mam mniej lęku, przestałem terroryzować rodzinę, w domu jest mniej spięcia, więcej radości i swobody. Wychodzi nam to wszystkim na dobre.

Ludzie naznaczeni biedą bądź popadają w nadmierny konsumpcjonizm, bądź każdą decyzję zakupową przypłacają poczuciem winy, bądź popadają w skrajne skąpstwo. Choć są i tacy, którym mimo wychowania w biedzie udaje się złapać zdrowy stosunek do posiadania.

– Wychowałam się w biednym domu, więc potrafię docenić wartość „mieć” – mówi Emilia. – Mam szacunek do pieniądza, ale jednocześnie wiem, że nie pieniądze są najważniejsze. Raczej ostrożnie dokonuję wyborów zakupowych, a to dlatego, że nie lubię marnotrawstwa ani zapełniania przestrzeni zbędnymi przedmiotami. Wolę poczekać, odłożyć trochę pieniędzy i kupić jedną dobrej jakości rzecz. Cieszę się z takiej rzeczy, bo wiem, że dobrze mi ona posłuży, że posłuży na długo. Nie mam też problemu z wydawaniem pieniędzy na przyjemności. Kocham podróżować, czytać książki i gotować. Czerpię radość z tego, że mnie na to stać. Ale jeśli mnie na coś nie stać, to nie zadłużam się, nie biorę kredytów. Godzę się z tym, że pewne rzeczy nie są dla mnie w danej chwili dostępne. Nie mam schizy z tego powodu że nie mam, ani też z tego, że mam.

Dlaczego jednym udaje się osiągnąć takie zdrowe podejście, a innym nie? Wydaje się, że aby bieda stała się pewną traumą potrzebne są też inne czynniki, z którymi ta się łączy, tworząc w następstwie niezdrowy schemat.

Ja choć nie wychowywałam się w skrajnej biedzie, wyrosłam w domu, w którym raczej się nie przelewało, zaś rodzinne historie moich rodziców i dziadków były biedą mocno przesiąknięte. Może dlatego dziś z nieufnością odnoszę się do każdego nadmiaru. Budzi on we mnie wstyd. Bo jak mogę mieć więcej niż moi przodkowie? W jakiś więc sposób podświadomie realizuję ich program – życia w ubóstwie lub z cieniem ubóstwa na plecach. Noszę w sobie przekonanie, że na różne rzeczy nie zasługuję, że nie wypada ich mieć.

Racjonalizuję to sobie moją ekologicznością, rozsądkiem (czyż bycie oszczędnym nie jest cnotą?), wyższym morale (być nad mieć), ale w gruncie rzeczy kieruje mną w dużej mierze lęk przed biedą i lojalność wobec przeszłych pokoleń.

Gdy puszczam zbyt duży strumień wody w kranie podczas zmywania naczyń, czuję wyrzut sumienia i myślę o ludziach, którzy gdzieś na świecie muszą codziennie iść dziesiątki kilometrów, żeby tę wodę zdobyć. Ale czy myślałabym o nich, gdybym nie widziała w dzieciństwie, jak moja powykręcana reumatyzmem babcia nosi tę wodę do chaty na wsi w wiadrze, czerpiąc ją z oddalonej o kilkaset metrów wiejskiej studni z żurawiem? Gdybym nie nasłuchała się opowieści o biedzie powojennych pokoleń. Gdybym sama nie doświadczyła życia w czasach na kartki, wystawania w kolejkach po papier toaletowy i zapisów na meble? Jak dziś bez wyrzutów sumienia czerpać z dóbr cywilizacji, nosząc w sobie takie obrazy, takie doświadczenia?

Owszem, na poziomie świadomym człowiek przyzwyczaja się do dobrobytu. Żyje i korzysta z materialnych udogodnień, bo te sprawiają, że jest łatwiej, a po co sobie utrudniać egzystencję. Ale na poziomie podświadomym non stop zachodzą zgrzyty.

Dlaczego od pół roku właściwie nie korzystam z iPada, którego po stoczeniu wielkich wewnętrznych bojów w końcu sobie kupiłam (i to nie nowy, bo zbyt drogi, lecz refurbish), by móc rysować w digitalu? Bo gdy tylko na niego spojrzę, odzywa się we mnie głos: „Jak mogłaś? Tyle kasy na fanaberię?!”. Dlaczego nie mogę znieść tych wszystkich rzeczy, które mnie otaczają, a które zakupiłam, choć zdaniem moich znajomych wcale nie mam ich tak wiele? Bo one dowodzą, że pozwoliłam sobie na „zbytek”, na coś więcej niż zaspokajanie podstawowych, niezbędnych do przeżycia potrzeb. A to nielojalne i niemoralne, skoro na świecie jest tylu ludzi, którzy tych podstawowych potrzeb nie mają zaspokojonych, ale przede wszystkim wobec przeszłych bliskich, którzy na zbytek nie mogli sobie pozwolić. Tkwię uwięziona w świadomości zbiorowej przeszłych pokoleń. Myślę, że jestem wolnym człowiekiem i dokonuję wolnych wyborów, a tymczasem wciąż daję się trzymać na sznurku ukręconym przez innych.

Dziś, gdy świat daje tak wiele możliwości wyboru, ja borykam się z „uzależnieniem od biedy”. Uzależnienie to nie pozwala rozwinąć skrzydeł – zbyt wielka ostrożność i niechęć do ryzyka. Ciągnie się za nim przekonanie, że aby coś mieć, trzeba tyrać jak wół, a i tak nigdy nie będzie dobrze, i tak nigdy nie będzie na nic wystarczało. Obarczone jest pasmem lęków – nawet gdy jest dobrze, gdy masz co do garnka włożyć, i tak raczej nie umiesz się tym cieszyć, tylko zamartwiasz, co będzie jutro.

Dodatkowy error pojawia się wtedy, gdy zewsząd słyszysz z ust mainstreamowych guru od rozwoju: „bądź wdzięczny, zaufaj światu, bądź tu i teraz”. I czujesz się jak zużyty kapeć, bo choć bardzo byś chciał być, zaufać i czuć radość z posiadania, odkrywasz w sobie nieufność względem przyszłości, koncentrację na mieć, a zamiast radości obawę, wstyd czy poczucie winy.

Pewnie właśnie dlatego jestem orędowniczką antykonsumpcyjnego modelu życia.

Jednak „bieda” z wyboru, jak można by postrzegać minimalizm czy zrównoważoną konsumpcję, jest jednak inną biedą niż ta faktyczna, w której nadrzędnymi wartościami są sprawy związane z przetrwaniem, a nie kwestie komfortu czy zaspokojenie wyższych potrzeb. Może więc znów odezwać się wątpliwość, czy mam prawo do „biedowania”, gdy biedować nie muszę? Czy nie jest czymś nieprzyzwoitym wybierać „brak”, gdy jednak mogę mieć?

Na szczęście dziś rezygnacja z konsumpcji i nieżycie ponad stan stają się koniecznością, bo przez nadmierną konsumpcję zaczęliśmy pożerać własny ogon. Przeszłe pokolenia były skazane na biedę, a my paradoksalnie powinniśmy zdecydować się na nią dobrowolnie, by nie zginąć od nadmiaru. Bo jeśli dziś świadomie nie dokonamy wyboru, jutro będziemy na nią skazani. Na tę prawdziwą, a nie zrównoważoną.

Tym „uzależnionym od biedy” dokonanie odwrotu od konsumpcji może przyjść łatwiej. Być może nawet doznają z tego powodu ulgi. A gdy kryzys klimatyczny zacznie zbierać żniwa (niedostatek bądź brak dostępu do różnych dóbr), doznają mniejszego szoku niż ci, którzy biedy nigdy nie zaznali. W końcu z biedą na ramieniu żyją od pokoleń.

Tej autorki: Widzę ciemność, ciemność widzę

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
cnoty niewieście kobieta patrząca w telefon na tle wybuchu

Niewiasta bez cnót niewieścich

Kimże jest niewiasta bez cnót niewieścich? Babonem, niedopchniętą feministką, lesbą, babochłopem, kurwiszonem? Jak sobie wyobrażają cnotliwą niewiastę mizogini…

Dzień nieodległości

Dzień Niepodległości powinien skłaniać do refleksji o wolności. Niestety, od kilku lat jest okazją do walki ludzi o różnych poglądach. Nadzieja w ludziach młodych i dzieciach, którzy chcą łączyć, nie dzielić.

Wojna?

Na ulicach, w mediach, w sieci wybrzmiewają obecnie hasła: „To jest wojna!”, „To rewolucja!”, a my w SiedemÓsmych…
pincher miniaturka

O psie, który śmierci gra na nerwach

Nawet jak na miniaturowego pinchera urodziło się toto małe i cherlawe. Delikatne i drżące. Kilkanaście tygodni później diagnoza…

Nie moja sprawa

Moją sprawą jest nowy samochód sąsiada, z kim sypia Grażyna z pracy, kto jest winny kryzysu w związku…