uta przyboś

Uta Przyboś: Jestem w życiu po uszy

1 udostępnień
1
0
0

Imię Uta z japońskiego znaczy „poezja”, zaś poszczególne znaki tworzące to słowo oznaczają „świątynię” i „mowę”. Posiadając takie imię i wychowując się w domu, gdzie poezję wynosiło się do rangi świętości, trzeba odwagi, by zmierzyć się z tym etosem i zacząć samej pisać wiersze. Córka wybitnego polskiego poety Juliana Przybosia zaczęła tworzyć poezję dopiero 103 lata po tym, jak jej tata pojawił się na świecie.

Izabela Marczak: Talent ojca musiał stanowić dla pani potężną blokadę, skoro dopiero 103 lata od narodzin Juliana Przybosia pozwoliła sobie pani dotknąć czegoś, co stanowiło esencję życia pani ojca. Co się stało, że puściły bariery?

Uta Przyboś: Rzeczywiście fakt, że mój ojciec był poetą i to, że poezja w moim domu urastała do poziomu sacrum, skutecznie hamowało mnie przed tym, żeby w ogóle aspirować do zajęcia się nią. Ale pewnego razu, a było to w 2004 roku, mój przyjaciel wyznał mi, że pisze wiersze i dał mi je do przeczytania. Pomyślałam wtedy: „Skoro on może, dlaczego ja miałabym nie spróbować?”. Ośmieliło mnie to i… zaczęłam pisać. Otworzył się dla mnie nowy świat, a może raczej poczęłam istnieć jeszcze intensywniej.

Ja czuję się w poezji jak słoń w składzie porcelany.

Ja też na początku tak się czułam. Dla taty najważniejsze były dwie sprawy: poezja i moja mama. W dzieciństwie spotykałam wielu poetów, literatów i wydawało mi się, że to taki wyższy świat, świat dla mnie nieosiągalny. Gdzie ja do niego? Ale potem pojawił się ten przyjaciel ze swoimi wierszami i niejako zdjął ze mnie okowy poetyckiej niedostępności. No i widać przyszedł ten moment w życiu, kiedy pisanie stało się koniecznością.

Ale chyba już wcześniej trochę się pani przed tymi domowymi „świątyniami” buntowała. Bo jak rozumieć pani chęć studiowania matematyki?

Matematyka jest piękna. To dyscyplina myślenia, opisywania, ale też i tworzenia świata, i to tak przyjemnie, bo niezwiązana z żadną materią, prócz oczywiście materii własnego mózgu. Nie używa słów jak poezja, a jednak bada świat. Ale być może rzeczywiście była w tym moim wyborze studiów matematycznych jakaś próba znalezienia własnej ścieżki poznawania tego, co nazywamy rzeczywistością i opowiadania o niej. Tata był poetą, mama, ciotka, siostra cioteczna były malarkami, a mnie fascynowały matematyka i fizyka.

Czyli nauka. Jakby z potrzeby nadania temu co ulotne i duchowe jakiegoś konkretu, dowodu. A jednak summa summarum zrezygnowała pani z matematyki i zaczęła studiować malarstwo. Dlaczego?

Chyba dlatego, że lubię komunikować się z ludźmi, no i jednak nie byłam geniuszem matematycznym, a tylko wtedy jest to naprawdę warte zachodu. Malarstwo czy poezja dużo bardziej niż matematyka tę komunikację umożliwiają. Język poezji czy obrazu jest łatwiej dostępny wielu ludziom niż język matematyczny.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że wybrała matematykę z potrzeby poznania natury Wszechświata. Skąd ta ocierająca się o metafizykę ciekawość?

Nie wiem. Zapewne atmosfera pewnej duchowości domu, w którym się wychowałam miała tu znaczenie. Zachwytu i zdumienia światem. Wrażliwość na piękno. Mój ojciec w dzieciństwie przeżywał doświadczenia mistyczne. Mama miała dar widzenia cudu świata. I zachwytu nim. Z jednej więc strony rolę odegrało tu wychowanie, które w jakiś sposób ukierunkowuje nasze patrzenie na świat, a z drugiej potrzeba, która istnieje w każdym z nas, zrozumienia tego kim się jest, po co, szukanie sensu bytu.

Myśli pani o swoim ojcu jak o „wielkim poecie”?

Gdy urodziłam się, mój tata miał 55 lat, a umarł, gdy miałam lat 14. Wiedziałam, że tata pisze, że pisze wiersze, ale jako dziecko nieszczególnie byłam tym zainteresowana. Dla mnie, jak dla każdego dziecka pewnie, najważniejsze było to, że wiedziałam, iż tata mnie kocha. Miałam szczęście być wychowywana w domu, w którym rodzice się bardzo kochali. Teraz wiem, że tata odmienił polską poezję, myślę, że kiedy sama zaczęłam pisać lepiej zrozumiałam, jak doskonałe wiersze tworzył.

Nie pojawiała się duma, gdy ojciec wplatał pani postać w swoją twórczość?

Bynajmniej. Pamiętam dzień, kiedy ukazała się książka Wiersze i obrazki, w której tata zawarł moje rysunki i gdzie znalazły się także wiersze o mnie. Ojciec dostał tę świeżo wydaną książkę do ręki w dniu swojej śmierci. Zobaczył ją, pokazał nam jeszcze, a potem pojechał na zjazd tłumaczy, na którym umarł, co zresztą później opisał w swoich wspomnieniach m.in. Jarosław Iwaszkiewicz. Dla mnie, jako 14-latki ta książka wcale nie była przyjemnym przeżyciem. Nie cieszyłam się, że moje obrazki zostały przedstawione publicznie, głupiutko się wstydziłam. Właściwie potem, do momentu, kiedy nie wymyśliłam, że jednak zacznę studiować malarstwo na ASP, w zasadzie już nie rysowałam.

O tym, po co nam poezja opowiadają Agnieszka Herman i Beata Pawłowicz

Jak się pani czuła, gdy w 2004 roku zaczęła pani pisać wiersze? Bo to było trochę jak sięganie po zakazany owoc. Może na tym ciążyć odium grzechu bądź towarzyszyć temu poczucie wyzwolenia.

Zadebiutowałam w zupełnie innym świecie niż świat, w którym tworzył mój tata. W tym nowym świecie ludzie już często inaczej się wyrażali, innych słów do opisania rzeczywistości używali. Nie miałam więc poczucia, że naruszam świętość. Raczej, że odnajduję sposób na wyrażanie siebie. I że ten sposób przyszedł do mnie w odpowiedniej chwili. To była nowa wolność.

Sprawę dodatkowo ułatwiał fakt, że nie skończyłam studiów polonistycznych, więc nie czułam się zobowiązana wobec literatury, trendów. Bezczelnie poszłam więc na żywioł. Pozwoliłam sobie na wolność wyrażania siebie.

Malarstwo przestało pani wystarczać do wyrazu?

Malowanie i poezja to zupełnie coś innego. To pierwsze wymaga czasu. W malarstwie obcujesz z materią (pędzle, farba, płótno). Masz w głowie coś, co chcesz namalować, ale w trakcie tworzenia obraz ten ulega metamorfozom, modyfikacjom. W poezji chwytasz ułamki, chwile, mgnienia. Tu nie możesz nic zaplanować, bo nigdy nie wiesz, co i kiedy na ciebie spadnie: doznanie, wzruszenie, zadziwienie. Tworząc poezję, człowiek wchodzi w słowa. Te słowa zaczynają mieć smak, znaczenie, głębię, używając ich w wierszu dochodzi się do jądra języka. Próbuje się poprzez nie wyrazić to, co w zasadzie niewyrażalne. Mój ojciec powiedziałby, że dokonuje się poezją: „zamachu na wszystko”.

Nie ma pani poczucia ograniczoności słowa?

Oczywiście, że mam. Słowo próbuje opisać świat, ale jest ograniczone, więc te próby zawsze są w jakimś sensie skazane na porażkę. Mimo to człowiek je podejmuje.

Tata mówił, że poezja jest zamachem na Wszystkość. To próba ogarnięcia i zrozumienia, czym jest ta dziwność życia, siły życia, tego, kim/czym my w ogóle jesteśmy. Czasami rzeczy jakby wołały o wypowiedzenie. Próbujemy to objąć słowami, ale w zasadzie nie wiadomo czy słowa to najwłaściwszy sposób wyrazu. Może poezję lepiej piszą zwierzęta, np. machając ogonami. Niemniej my ludzie mamy umiejętność mówienia i poprzez słowo właśnie próbujemy zmierzyć się ze światem.

W powieściach słowa są pewniejsze. Można się na nich oprzeć, w poezji czuje się w słowach całą ulotność tego, co próbuje się uchwycić. Kawałeczki, prześwity.

Ze względu na tę ograniczoność w poezji istotne jest chyba najbardziej to, co można zamieścić „między słowami”, jak mówił mój tata. Słowa są zbyt ubogie, aby podołać nieskończoności przejawów rzeczywistości, ale poezja próbuje wyjść poza tę ubogość. Poprzez słowa możemy się spotkać, ale także to, co pomiędzy słowami jest pewną próbą spotkania z tym, co metafizyczne.

Często powtarza pani, że poeta pisze, kiedy musi, że to sposób na wyrażenie siebie. Ale tworzenie wierszy chyba nie służy jednak tylko wyrażeniu się, ważna jest też komunikacja. Wyrażasz z pragnieniem lub zamysłem, żeby ktoś usłyszał.

Rzeczywiście ten aspekt komunikacji jest istotny. Dlatego pisząc poeta jednak waży, dobiera słowa. Nie tylko, żeby najlepiej, najbardziej precyzyjnie opisać swoją obserwację, chwilę, wrażenie, ale też z myślą, że ktoś to później przeczyta. Że dojdzie do spotkania poety i odbiorcy.

Dla mnie poezja pełni jeszcze jedną funkcję – wyzwolenia. Wyzwolenia z tego, co emocjonalnie się we mnie gromadzi. Gdy półtora roku temu zmarła moja mama, poczułam potrzebę napisania o tym. Było to trochę ekshibicjonistyczne, ale musiałam to z siebie wyjąć na zewnątrz. Poczułam ulgę.

Zastanawiam się, dlaczego mając świadomość własnej ograniczoności postrzegania, ograniczoności narzędzi na wyrażanie siebie (jak słowo), wciąż podejmujemy te próby uporządkowania rzeczywistości, ogarnięcia jej?

To nie porządkowanie rzeczywistości, raczej odnalezienie się w tej rzeczywistości. Choć czym w zasadzie jest ta rzeczywistość: ułomki, spostrzeżenia, doznania, głębokie, a ulotne chwile zrozumień, a może zadziwień raczej, np. patrzysz na drewniany stół i pojmujesz, że kiedyś był drzewem, które szumiało, w którego cieniu ktoś zasiadał, a wnikając dalej dochodzisz, że zbudowane jest z atomów, tych samych, które tworzą i nas. Chwytasz ten przebłysk zrozumienia, że w zasadzie w tym kawałku drewna zawiera się jakaś opowieść o całym świecie. I zaraz chcesz się tym podzielić z innymi, więc próbujesz to zrozumienie, to zadziwienie opisać za pomocą słów, choć wiesz, że na ogrom świata tych słów jest za mało, że tego ogromu nie zdołają one opisać, oddać, przedstawić, tym bardziej że pisze się „po kolei”, a myśli przestrzennie.

Człowiek chyba z natury jest ciekawy sensu swojego istnienia. Zastanawia się, czy jest w życiu po coś, a jeśli tak to po co? Chce się tego dowiedzieć, a poezja ułatwia to wgłębianie się w naturę świata, poszukiwanie sensu, znaczeń.

Po tym, co pani opowiada, jestem w stanie zrozumieć wartość tworzenia poezji przez piszącego, ale jaka wartość może płynąć z czytania jej?

Na to pytanie trudno mi odpowiedzieć, bo należę do tych „piszących” i uważam, że poeta pisze głównie dla siebie. Zresztą sama też aż tak dużo poezji nie czytam, raczej wyrywkowo, czasami tylko jak coś mnie bardziej zainteresuje, czytam, ile tylko jest dostępne. Jest jednak podobno sporo ludzi, którzy poezję czytać lubią. I myślę, że chodzi tu o tę wspomnianą już możliwość spotkania się poprzez nią na jakimś poziomie wrażliwości. Na Ziemi żyją miliardy ludzi, którzy zadają podobne pytania, zastanawiają się nad podobnymi sprawami, bądź przeciwnie, myślą o czymś zupełnie innym i inaczej niż my. W obu tych przypadkach ciekawie jest ich poznać, nawiązać z nimi jakąś relację. Żyje się w relacji, życie jest poszukiwaniem relacji, chęcią spotkania się czy to z drugim człowiekiem, czy ze sobą, czy z Bogiem. Poezja może dawać ku temu odpowiednią przestrzeń.

Do poezji często zniechęcała mnie jej napuszoność. Chyba ze szkoły wyniosłam błędne przekonanie, że ona musi być ciężka, trudna i zawsze opowiadać o rzeczach ostatecznych, i to w wyjątkowo mało przystępny, a mocno patetyczny sposób. No i że poeci to ludzie zanurzeni po uszy w depresji.

(śmiech) Ja jestem po uszy zanurzona w życiu. Mój tata był człowiekiem, który afirmował życie. Poezja z pewnością może mówić o rzeczach ostatecznych, ale nie musi być przy tym śmiertelnie poważna. Wspaniałe w poezji jest to, że o ważnych sprawach może opowiadać poprzez chwytanie tego, co zwyczajne, banalne czy śmieszne.

Tej autorki: Krzyk ma moc


Uta Przyboś-Christiaens – poetka i malarka; ukończyła Królewską Akademię Sztuk Pięknych w Brukseli i ASP w Warszawie (malarstwo, rzeźba). Od 2004 roku pisze wiersze. Od tego czasu wydała sześć poetyckich tomików: Nad wyraz, A tu tak (2008 r.), Stopień (2012 r.), Prosta (2015 r.; nominacja do Nagrody Literackej Nike” i nagrody Orfeusza, laureatka Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida), Odłamki. Wiersze wybrane (2017 r., przetłumaczone na język bułgarski), Tykanie (2018 r.), Wielostronna (2020 r.).

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Kobieta z misją, Królowa we flow

Wszechświat jest studnią obfitości, możemy z niej czerpać garściami. Pytanie czy jesteśmy na to gotowe. O tej gotowości…
Anna Bilinska-Bohdanowiczowa 1887 autoportret

Anna Bilińska: portret w drodze

Wybiła się w zdominowanym przez mężczyzn artystycznym świecie, a jej talent zamykał usta mizoginom. Portrety u niej zamawiał…