paweł tkaczyk hejt
Paweł Tkaczyk, fot. Krzysztof Zaleski

Ustawka z Pawłem Tkaczykiem – dlaczego hejt nie jest tak zły, jak się wydaje

1 udostępnień
1
0
0
Ale czy to etyczne manipulować innymi?

Pewna firma farmaceutyczna szukała sposobu, żeby przekonać dzieci, które chorowały na cukrzycę typu I, do codziennego badania poziomu cukru we krwi. Takie badanie wymaga częstego kłucia się. Dzieci boją się igieł, więc jak można by je przekonać, by to robiły i to jeszcze z własnej woli? Firma wpadła na pomysł, by stworzyć dla tych dzieci grę, w którą przez pewien czas będą mogły grać za darmo, ale po jakimś czasie, aby przejść dalej, będą musiały wrzucić żeton. A jak zdobyć żeton? Tylko w jeden sposób – za kroplę krwi. I tu pojawia się pani pytanie, czy to etyczne tak manipulować dziećmi? A jednak dzięki temu cel został osiągnięty, i to w słusznej sprawie. Bo przecież te dzieci dzięki temu nauczyły się żyć ze swoją cukrzycą.

Myślę, że podobną technikę można by zastosować do zwiększenia współczynnika osób zaszczepionych. Wierzę, że jakaś część ludzi, którzy nie chcą się szczepić, tuneluje swój irracjonalny lęk przed igłami. To nic nowego – jakiś czas temu w Brazylii powstała wirtualna gra dla dzieci, która pomagała im radzić sobie z tym lękiem. Tutaj można obejrzeć, jak to działa. Dorośli są pod tym względem nawet gorsi od dzieci – dziecko głośno mówi, że boi się igły i tyle. Dorosły wymyśla kłamstwo lub teorię spiskową, żeby inni dołączyli do niego w tym lęku (a przynajmniej zostawili go w spokoju). Czyli znowu styl „na mamuta”.

Wie pan, że tym, co mi tu pan opowiada, wywala pan do góry nogami wiele nie tylko moich tez, ale i tez innych osób, które karmione są nimi od dawien dawna. Przecież uczy się nas, by mówić prawdę, by być dobrym i miłym, a pan tutaj twierdzi, że jesteśmy leniwymi egoistami, zaprogramowanymi na kłamanie. Może gdybyśmy od małego uczyli się, jak skutecznie kłamać i kłamstwo rozpoznawać, okazałoby się, że w końcu dopiero wtedy wielu z nas zaczęłoby żyć w prawdzie?

Tyle że my nie chcemy żyć w prawdzie. Przy mózgu, który jako jeden z priorytetów ma: „oszczędzić sobie roboty, jeśli można”, a w drugim: „pokazać, że jesteśmy lepsi od innych”, w momencie, gdy będzie nam ktoś sprzedawać prawdę pt. „nie jesteś lepszy od innych, jesteś leniem i trutniem”, to ja od razu powiem: „O nie, takiej prawdy to ja nie chcę”. Jestem absolutnie pewien, że wielu czytelników tego wywiadu myśli w tej chwili: „Co za bzdury” (jeśli doczytali do tego miejsca, bo wielu odpadło przy pierwszych tezach, z którymi się nie zgadzali).

My się oszukujemy bardzo często, że np. jesteśmy ekologiczni, bo w Starbucksie nie wzięliśmy plastikowej słomki. Ale jak zachce się nam truskawek, a nie mamy przy sobie kobiałki, to przymkniemy oko na plastikową torebkę i po prostu z niej skorzystamy. A potem wytłumaczymy sobie, że tamto ze słomką to zrobiłem, bo mogłem, a w tym drugim wypadku zrobiłem, bo musiałem, bo nie miałem wyjścia lub jak już słyszałem u niektórych polityków „życie mnie postawiło w takiej sytuacji”.

Czyli podsumowując, język nie może łączyć zamiast dzielić?

Język może wszystko. Problem w tym, czego chce operator tego języka. A operator jest leniwą, egoistyczną bułą. Więc język może łączyć, ale większość ludzi nie chce się łączyć za pomocą języka. Nie chcemy też słuchać.

A można coś zrobić, żebyśmy chcieli?

Czasem okoliczności sprawiają, że nam się chce. Weźmy na przykład pierwszą randkę – to sytuacja, w której ja naprawdę chcę połączyć się z drugą osobą. Oznacza to, że po pierwsze jej słucham, po drugie za pomocą języka pokazuję, że słucham – taki proceder nazywamy mimikrą werbalną: powtarzam słowa, których używa druga osoba, żeby podkreślić, jak bardzo jesteśmy podobni, bo to buduje więź. Na pierwszej randce zatem dążymy do budowania więzi. Oczywiście… z egoistycznych pobudek. Język jest narzędziem – ma mnóstwo wspaniałych sposobów budowania więzi. Pod warunkiem, że operator chce te więzi budować.

Czyli jeżeli dwoje ludzi, dajmy na to małżonkowie, chce się ze sobą dogadać, to będą szukać tych pól wspólnych, tych rozmaitych sposobów, żeby dojść do porozumienia?

Dokładnie tak. Ale tu też trochę wywrócę stolik – język wcale nie jest jedynym narzędziem budowania porozumienia. Ci sami małżonkowie mogą wyłączyć werbalną komunikację właśnie po to, żeby się ze sobą „dogadać” (biorę to w cudzysłów, bo tu języka nie będziemy używać). Przytulą się, prześpią ze sobą, obudzą rano i będą „dogadani”. Czasami zamilknięcie, omijanie rozmowy na dany temat może jeszcze bardziej służyć „dogadaniu się” niż roztrząsanie swoich problemów. Sami nieraz proponujemy: „OK, nie rozmawiajmy już o tym, bo w tym temacie się nie spotkamy, mamy tutaj różnice nie do przejścia, więc dajmy spokój i porozmawiajmy o czymś innym”.

To działa też w drugą stronę: możemy starać się drążyć, jątrzyć, rozdrapywać temat, który jest nie do pogodzenia, używać języka nienawiści, bo w gruncie rzeczy właśnie nie chcemy się dogadać. Zależy nam jedynie na przeforsowaniu swoich racji lub zwyczajnie poobijaniu się nawzajem. Czyli wracamy do okładania się pałami.

I naprawdę nic pana nie razi w debacie publicznej, nic nie chciałby pan w niej zmienić?

Nie, no wszystko bym chciał zmienić! Rzecz w tym, że zmiana zaczyna się od zmiany słuchającego i operatora. Nie języka, lecz intencji, które oni mają. Jeśli ktoś ma swędzący kij, to nie trzeba wiele, wystarczy go lekko popchnąć, nakierować na cel, a on będzie szedł i walił. Język tuneluje agresję, ale tylko tę, która już w kimś jest. Powiedziałbym, że język może ukierunkować agresję – bo odczłowieczanie jakiejś grupy społecznej w warstwie językowej to właśnie przyzwolenie na agresję wobec tej grupy. Ale ta agresja w nas siedzi.

Ale przecież ta agresja nie bierze się znikąd, coś ją musi produkować?

Ta agresja bierze się z tarcia społecznego. Mówiliśmy o tym w przykładzie z dwoma ludźmi na linii produkcyjnej. Każdy z nich daje z siebie wszystko, ale jednocześnie – zupełnie nieświadomie – buduje się w nich przekonanie, że bardziej zasługują na awans. I nawet jeśli nie odzywali się do siebie w żaden sposób, tworzy się jakieś poczucie krzywdy, będą na siebie patrzeć wilkiem. A ta nagromadzona w nich negatywna energia musi znaleźć ujście: albo w języku, albo w czynach. Czy jak panią coś złości, to nie szuka pani ujścia dla tej złości?

Przeklinam.

No właśnie. I to jest ta dobra funkcja języka. Możemy sobie poprzeklinać, popsioczyć, ale nie idziemy nikogo bić. Tak więc, gdybyśmy zakazali hejtu jako takiego, prawdopodobnie wylałby się on w postaci zamieszek na ulicach. Widzimy to czasem w wiadomościach. Zresztą, nie da się zakazać ludziom przeklinania pod nosem, prawda?

Ale jak ja sobie poprzeklinam pod nosem, wyzwę kogoś pod tym nosem od debili, to robię to pod nosem, a nie publicznie, nie po to, by kogoś zranić czy go skrzywdzić?

Na pewno dlatego?

Sądzi pan, że wcale nie robię tego z troski o kogoś, tylko ze strachu przed konsekwencjami, jakie by mnie czekały, gdybym zrobiła to publicznie, czy gdybym temu komuś powiedziała to w twarz?

Dokładnie. W wielu przypadkach tak właśnie jest.

Słowem, gdyby nie konsekwencje, to też bym mu pojechała?

Owszem. Co oznacza, że to nie mowa nienawiści jest tu problemem, lecz okoliczności.

Ale jeszcze się nie poddam, jeszcze ostatnie podejście. Celem hejtu jest nie tylko rozładowanie emocji, ale też chęć dokopania komuś, podsycenia swojego ego kosztem upokorzenia tego drugiego. Trzeba czuć przyjemność z tego, że innym dzieje się krzywda, inni mają gorzej, a to już chore. Kto czuje z tego powodu przyjemność?

Każdy.

Ja nie czuję.

(Tu Paweł Tkaczyk unosi brew).

Czuję?

Gdyby pani nie czuła, to by pani pod nosem go nie wyzywała. A jednak robi to pani. I nie da się tego zwalić na presję społeczną – czasem wiązanka „wychodzi z pani”, kiedy jest pani sama w samochodzie, prawda? Dla naszego egoistycznego mózgu to w jakiś sposób przyjemne, potwierdzają to badania neurologiczne. A przed powiedzeniem tego publicznie powstrzymuje nas wyłącznie świadomość konsekwencji.

No dobra, poddaję się. Tkaczyk : Marczak – 1:0. Życie jest straszne! Piekło to my! Masakra!

To, czego właśnie pani użyła, to metafora walki, prawda? (śmiech).

Tej autorki: A gdyby tak mówić, co się myśli?

może Ci się spodobać

Lawendowe pole – slow life na Warmii

Ziołowa alchemia Dziś plantatorka o lawendzie wie niemal wszystko. Wiedzę tę zdobywała metodą prób i błędów, przeprowadzała doświadczenia.…