paweł tkaczyk hejt
Paweł Tkaczyk, fot. Krzysztof Zaleski

Ustawka z Pawłem Tkaczykiem – dlaczego hejt nie jest tak zły, jak się wydaje

1 udostępnień
1
0
0
Więc pana zdaniem język nie generuje agresji? Jakiś czas temu mieliśmy w SiedemÓsmych wywiad z Sylwią Spurek, europosłanką, która promuje sprawy ochrony klimatu, w tym również konieczność roślinnienia społeczeństw, przechodzenia na weganizm itd. Wydawało mi się, że fala hejtu, jaka wylała się na naszą rozmówczynię była w dużej mierze spowodowana językiem, jakiego ona używała do przedstawienia swoich tez. Mówiła m.in., że czas na rewolucję, że dość już kompromisów, że musimy walczyć…

Gwarantuję pani, że jakimkolwiek językiem nie mówiłaby pani o weganizmie, znajdzie się grupa tych, którzy powiedzą: „pierdolę weganizm”. Bo, jak już powiedziałem, tu nie chodzi o język, lecz o ideę. To ona stanowi przedmiot sporu, język natomiast jest tylko środkiem do przeforsowania swoich racji. Co agresywnego jest w obrazie tęczy czy w słowie „tęcza”? Nic. Ale dla ludzi, którzy mają potrzebę sobie powojować, tęczowe symbole będą równie dobre jak inne, by o nie zahaczyć i rozpętać wojenkę.

Wygląda to tak, jakby w rozmawianiu ludziom wcale nie chodziło o to, żeby się dogadać?

Problem w tym, że „dogadać się” dla każdej ze stron znaczy tyle, by z rozmowy wyszło, iż będzie po mojemu. Przykład. Gdzie w dyskusji między zwolennikami pro-choice i pro-life jest miejsce na dogadanie się? Gdzie mogliby się zejść w tej rozmowie? Język nie służy ludziom do porozumiewania się, lecz do forsowania swojego poglądu.

Przykład sporu pro-choice i pro-life doskonale to pokazuje. Po obu stronach jesteśmy pro. Prawie można by pomyśleć, że dojdziemy do porozumienia, bo przecież obie strony są za czymś, tyle że poza językowym przedrostkiem w niepodważalnych założeniach obu stron nie ma stycznych.

Jedna strona twierdzi, że zarodek, zygota jest człowiekiem i po jej stronie jest imperatyw moralny, który mówi: „masz wolność, póki ta wolność nie krzywdzi drugiego człowieka”. Co ciekawe, druga strona wykorzystuje dokładnie ten sam imperatyw moralny. Tyle że zakłada, iż człowiek zaczyna się od narodzin, a nie wcześniej. I za diabła nie dojdą do zgody. Jedna strona musiałaby przekonać drugą do własnej koncepcji na temat tego, gdzie zaczyna się człowiek. A koncepcja ta nie jest sprawą języka, tylko sprawą wiary, pewnego postrzegania świata, nad którą filozofowie zastanawiają się od lat i od lat nie uzyskali w tej kwestii spójności. W zależności więc od tego jaką filozofię przyjęliśmy, ona kształtuje nasz pogląd i podejście do fundamentalnych sporów, w których rozbijamy się o nasze różne spojrzenia na życie i śmierć.

No dobrze, być może w sprawach fundamentalnych porozumienie nie jest możliwe, ale ja mam wrażenie, że my toczymy spory o wszystko. Każda pierdoła staje się okazją do rozpętania gównoburzy. W dodatku, jeśli nie stawiamy sobie hamulców, nie mówimy: Stop! mowie nienawiści, nie promujemy konieczności posługiwania się językiem bez przemocy, zezwalamy na rozprzestrzenianie się toksyny. Tymczasem ta toksyna nas zatruwa. Hejt niszczy ludziom życie. Mam tolerować czyjeś burackie i szkodliwe zachowanie tylko dlatego, że ten ktoś nie umie w sposób cywilizowany sobie upuścić pary?

Czy według pani świat byłby lepszy, gdyby hejterzy w ogóle przestali się odzywać? Bo według mnie byłby o niebo lepszy. A zatem teza, że język służy dobru, nijak nie trzyma się kupy. Tutaj do tego samego wora można by było wrzucić kłamstwo. Zwierzęta generalnie nie kłamią, oszustwo w świecie zwierząt jest bardzo rzadkim zjawiskiem, natomiast w świecie ludzi jest powszechne. Nie jesteśmy w stanie funkcjonować w społeczeństwie, nie kłamiąc.

Nurt mówiący o radykalnej szczerości jest ewenementem w ludzkim świecie, a i tak do końca nie wierzę, by totalna szczerość była w nim możliwa, choćby dlatego, że szczerość zaczyna się od szczerości z samym sobą, a tu na przeszkodzie stoi mózg, który nas samych okłamuje.

Ewolucyjnie ludzie nauczyli się kłamać, by skłaniać innych do podjęcia konkretnego działania – to było dużo łatwiejsze, jeśli inni podzielali także nasz punkt widzenia. Weźmy prosty przykład: jestem sobie prapraczłowiekiem, żyję w jakiejś wspólnocie i pewnego dnia mamut wchodzi mi w szkodę, depcze mi moje hodowane z pietyzmem marchewki. Potrzebuję się tego mamuta pozbyć. Problem w tym, że sam sobie nie dam rady, ale w siódemkę byśmy drania ubili. Idę zatem do mojej wspólnoty i wykładam im temat szczerze: „Droga wspólnoto, mamut wchodzi w moje marchewki, bardzo mi zależy, żeby się go pozbyć, czy moglibyście wziąć dzidy i z narażeniem życia pomóc mi ubić bestię?”. Większość w takiej sytuacji odpowiada – równie szczerze – „Chyba cię, kurde, pogięło!”. Co zatem robię? Następnym razem, gdy zwierz mi wejdzie w szkodę, rezygnuję ze szczerości, udaję się do wspólnoty i rzucam „Wy widzieliście, jak ten mamut łapczywie patrzy na wasze córki!?”. Członkowie mojej wspólnoty, w imię (fałszywej) ochrony siebie pomagają mi sprzątnąć mamuta, ja zacieram ręce, bo dostałem to, na czym mi zależało. Kłamstwo? Oj tam, oj tam.

Wygrywają nie ci, którzy mówią prawdę, ale ci, którzy sprawnie kłamią? Nic, tylko szkolić się w sprytnym używaniu języka do tego, by przekonywać innych do własnych racji.

I odwrotnie. Bo to jest szermierka. Musimy też umieć rozpoznawać i rozumieć techniki manipulacji, gdy ktoś wykłada je na nas. Jestem wielkim fanem podejścia, że technik manipulacji werbalnej, a tak naprawdę erystyki sztuki dyskusji powinniśmy się uczyć w szkołach. I są oczywiście kraje, gdzie to jest praktykowane. Gdyby u nas taki przedmiot nazwać np.: „Lekcją obrony przed czarną magią”, myślę, że nie brakowałoby chętnych do nauki. A w życiu dorosłym z pewnością by się to nam przydało.

Ale czy z tego wszystkiego nie wynika jednak, że moglibyśmy uczynić świat lepszym, gdybyśmy używali języka do tworzenia fajnych historii?

Tylko dlaczego mamy to robić?

Po to, żeby żyło się nam przyjemniej?

Rzecz w tym, że jeśli ja mam wybrać między przyjemniej „nam”, a przyjemniej „mnie”, to w większości przypadków wygra ten drugi wariant.

Trudno się dziwić, że ekologia nie ma dobrego PR-u… Bo jak tu forsować idee wspólne?

Badania pokazują, że motywacja do podjęcia jakiegoś działania nie jest skorelowana z rozumieniem. W powyższym przykładzie z mamutem pełne zrozumienie sytuacji działało odwrotnie – zmniejszało motywację do działania. Jeśli więc chcemy, żeby ludzie podjęli jakieś działanie, tłumaczenie idei wspólnej wcale nie jest najlepszą drogą. Tak samo jak tłumaczenie osobie, która chce rzucić palenie, że palenie szkodzi. Oni to naprawdę wiedzieli, zanim sięgnęli po pierwszą paczkę. I nijak się to ma do motywacji do rzucania. O tym jest między innymi książka Grywalizacja, którą napisałem – mówi o metodach modyfikowania zachowań za pomocą mechanizmów znanych z gier. Mówi o „wstrzykiwaniu frajdy” jako motywacji zamiast tłumaczenia motywów. A przykład z mamutem pokazuje, że ukrywanie prawdziwej motywacji może przynieść lepsze rezultaty. Wszystko sprowadza się do manipulacji.

może Ci się spodobać
psychologia pozytywna dominika harasim

Gra w pozytywność

Kto oglądał film „Poradnik pozytywnego myślenia”, zapewne doświadczył bijącej z niego mocy wywoływania na twarzy uśmiechu i kierowania…
Bartek Fetysz

Wkurzony – rozmowa z Bartkiem Fetyszem

Masz jakieś autorytety? Moim autorytetem pisarskim jest Gretkowska. Na niej się uczyłem. Pamiętam Namiętnik – pierwszą jej książkę,…