paweł tkaczyk hejt
Paweł Tkaczyk, fot. Krzysztof Zaleski

Ustawka z Pawłem Tkaczykiem – dlaczego hejt nie jest tak zły, jak się wydaje

1 udostępnień
1
0
0
Wizerunek bohatera jest przyjemniejszy, choć niekoniecznie zgodny z prawdą, niż świadomość, że jest się życiowym niedorajdą?

Nawet nie chodzi o bycie niedorajdą, tylko o bycie przeciętnym. Krzywa Gaussa jest nieubłagana – rozkład cech w populacji mówi, że większość z nas ma większość cech na poziomie przeciętnym. I z tym ciężko nam się pogodzić. Dlatego mózg poszukuje tego naszego własnego bohaterstwa w każdej sytuacji. Oszukuje. Jak? Jeden z prostych sposobów: przypisujemy innym ludziom zupełnie inne motywacje niż sobie, kiedy wykonujemy dokładnie tę samą czynność. I to na przykład doskonale widać w języku: ja eksploruję swoją seksualność, ale ona to już się puszcza. Ja spieszę się na spotkanie (i dlatego jadę szybko), ale on jest wariatem drogowym. Dlatego to idylliczne podejście, że jeśli damy wszystkim po równo, ludzie będą zadowoleni, nie sprawdza się. Bo nie tylko trzeba dać po równo, trzeba także sprawić, żeby wszyscy uważali, że dostali to, co im się sprawiedliwie należało. A to o wiele trudniejsze.

Rozumiem, że moje myślenie życzeniowe i to, że ja chciałabym, żeby na świecie był pokój i ludzie byli dla siebie dobrzy i życzliwi, mogę między bajki włożyć? Bo po pierwsze, to że ja tego chcę, nie znaczy, że dla innych to też stanowi wartość. A po drugie, nawet gdyby był pokój i dobrobyt, zawsze znaleźlibyśmy coś, co nas będzie uwierać, zawsze trawa u sąsiada będzie bardziej zielona. Ale czy nie da się odejść od tych naszych biologicznych automatyzmów?

Da się. Możemy zdać sobie sprawę, że nasz mózg trochę nas robi w trąbę. Problem w tym, że branie tego pod uwagę jest ciągłą, nieustającą pracą. A zważywszy na priorytet 1, który mówi, że nasz mózg jest leniwą bułą, summa summarum i tak wyjdzie z nas człowiek, który reaguje na zasadzie: „należy mi się”. I po naszej równości.

Czyli nie da się ustalić pewnych uniwersalnych zasad dyskursu, które pozwoliłyby nam ze sobą rozmawiać?

Ależ takie zasady istnieją. W ujęciu naszego mózgu brzmią: „jak najmniejszym nakładem pracy przekonać ludzi, że jestem lepszy od nich”. Czyli bardzo blisko tego, co pani nazywa wojną na słowa.

Ale wojna to nie rozmowa.

Według mnie pełni jednak bardzo ważną funkcję. Wentyluje agresję, stanowiąc alternatywę dla czynu. Okładamy się słowami, zamiast okładać pałami. I jeśli podsumujemy wszystkie za i przeciw, to dochodzimy do wniosku, że agresja słowna wyrządza jednak znacznie mniej szkód niż przemoc fizyczna. Tak więc im więcej takich alternatywnych wentyli, tym lepiej.

Spójrzmy choćby na obecne przeżywanie przez ludzi rozgrywek piłkarskich w ramach Euro. Ile tam bojowych okrzyków się przewija. Są badania, które pokazują, że zmagania drużyn narodowych zawsze powodują większe emocje, niż obiektywnie bardziej interesujące zmagania drużyn ligowych – takich, które nie reprezentują narodów. Dlaczego? Bo jak się okazuje, sportu używamy jako wentyla. „Nasi dokopali IM!” – cieszymy się jak diabli. I wspaniale, bo gdyby nie ten wentyl, to szukalibyśmy innej formy zemsty za te wszystkie „nierówności”, które uważamy, że nas dotykają.

Więc jeśli ludzie dokopują sobie czy to na boisku, czy w dyskursie, czy w debacie publicznej, to według mnie bardzo dobrze. Niech sobie nawet ustawki urządzają.

Naprawdę?!

Jasne, jestem całkowitym zwolennikiem kibicowskich ustawek. Abstrahując od tego, że uważam taką formę wentylowania emocji za głupią, nie zabraniałbym jej. Jeśli ludzie z własnej, nieprzymuszonej woli chcą się między sobą naparzać (i obejmuje to tylko tych, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli chcą), to proszę bardzo. Jeśli to robią w „zamkniętych rezerwatach”, to nawet wyznaczmy im do tego specjalną polanę i sprzedawajmy bilety. Tym bardziej że oglądanie przemocy też jest formą wentylowania rozsadzającej nas energii.

Zresztą czy nie robimy tego od wieków? Igrzyska gladiatorów, turnieje rycerskie, obwarowane jeszcze pewnymi kodeksami honorowymi, regułami gry – to wszystko od dawna służyło właśnie wentylowaniu emocji. Natomiast wprowadzenie do tego zbiorowego okładania się zasad ma służyć głównie nadaniu chaosowi pewnej przewidywalności, mówiąc najprościej – temu, by przy okazji tejże mało jednak cywilizowanej wentylacji uczestnikom udało się nie pozabijać.

Idąc tym tokiem myślenia, zaraz dojdziemy do tego, że w zasadzie powinniśmy się cieszyć ze zjawiska hejtu?

Nie, nie powinniśmy się cieszyć. Tak samo jak nie powinniśmy się cieszyć z tych ustawek – istnieje różnica między akceptacją rzeczywistości a gloryfikowaniem tego stanu. Ja naprawdę bym wolał, żeby ludzie żyli w zgodzie i harmonii. Ale jeśli się nie da (a wystarczy rozejrzeć się wokół, żeby stwierdzić, że na razie daleko nam do tego), to wolałbym, żeby się okładali słowami niż kijami. Wolałbym, żeby przemoc oglądali w kinie, niż szerzyli ją na ulicy.

W tym kontekście hejt jest formą wentylowania pewnych silnych emocji. I oczywiście, powinniśmy próbować uczyć ludzi radzić sobie z tymi emocjami w bardziej konstruktywny i mniej szkodliwy dla otoczenia sposób, ale musimy sobie uświadomić, że niektórych reakcji się nie pozbędziemy. To jak w reakcji chemicznej, w której obowiązuje prawo zachowania energii. Na końcu reakcji dostajesz tyle energii, ile weszło do niej na początku. Dokładnie tak samo jest z człowiekiem, on też ma pewną energię emocjonalną, którą ma. I kropka. I której musi dać ujście. Może je dać na kilka sposobów, zaczynając od tego najgorszego, czyli mordować bliźniego swego i walić go pałą. Dalej – może psioczyć na bliźniego swego, używając wulgaryzmów albo może też iść do lasu i się wykrzyczeć. Z tych trzech form ta ostatnia wydaje się najmniej szkodliwa dla otoczenia i jej powinniśmy ludzi uczyć, niemniej ta druga również nie jest w tym zestawieniu najgorsza. Dlatego, choć hejt nie jest powodem do radości, raczej byłbym ostrożny w działaniach zmierzających do jego zakazania.

Warto przeczytać: Krzyk ma moc

A czy my przez hejt rzeczywiście się wentylujemy czy może raczej jeszcze bardziej nakręcamy? Mówi się przecież, że agresja napędza agresję? Mowa nienawiści wydaje się rozkręcać i zachęcać nas do nienawiści. Przypomina mi się pewne badanie psychologów społecznych, w których graczy podzielono na dwie grupy i kazano im grać w tę samą grę, tyle że jednym powiedziano, że grają w grę o nazwie „Wspólnota”, a drugim – w grę o nazwie „Wall Street”, co spowodowało wyraźnie inne nastawienie graczy do gry oraz inne ich zachowania w jej trakcie.

To kolejny doskonały przykład na to, że słowa zmieniają percepcję rzeczywistości. Mówi o tym chociażby eksperyment Elizabeth Loftus z 1978 roku. Badaczka pokazywała swoim studentom materiał wideo ukazujący kolizję dwóch aut, po czym prosiła ich o ocenę prędkości, z jaką ich zdaniem poruszały się pojazdy. Do jednej grupy studentów formułowała prośbę: „Oceń z jaką prędkością jechały te samochody, zanim się stuknęły”, do drugich „Oceń z jaką prędkością jechały te samochody, zanim się zmiażdżyły”. Różnica w ocenie prędkości między tymi grupami wynosiła 30 km/h. Oczywiście wyższe noty prędkości podawali ci, którzy w pytaniu usłyszeli słowo „zmiażdżyć”, mimo że przecież wszyscy badani oglądali ten sam materiał. Więc jasne, że słowa wpływają na nasz odbiór rzeczywistości, ale myślę, że o wiele bardziej niż język na naszą percepcję działają poglądy, postawy, idee, które w sobie mamy.

Jeśli jakaś firma zrobi sobie tęczowe logo, to niezależnie od tego, jaką będzie miała nazwę, jakiego słowa w tej nazwie użyje, to i tak może liczyć na to, że zostanie zhejtowana. Dlatego według mnie apele o to, by „nie hejtowano” są głosem wołającego na puszczy. Nic nie zmienią. Bo ludzie po prostu zrobią wszystko, aby przeforsować swoją rację. Namawianie ich zatem do tego, żeby forsowali swoje racje za pomocą przyjaznego języka jest pozbawione sensu.

może Ci się spodobać
Katarzyna de Lazari Radek

O szczęście trzeba zabiegać

Większość z nas jest hedonistami, tylko nie zawsze sobie to uświadamiamy i nie zawsze mamy przestrzeń, aby ten…
antropomorfizacja

W naturze nie istnieją misie

– Antropomorfizacja jest tak stara jak ludzie. Od początku byliśmy zainteresowani innymi niż nasz gatunkami zwierząt. Wiele z…