paweł tkaczyk hejt
Paweł Tkaczyk, fot. Krzysztof Zaleski

Ustawka z Pawłem Tkaczykiem – dlaczego hejt nie jest tak zły, jak się wydaje

1 udostępnień
1
0
0

To miała być rozmowa o dobrym języku. Takim bez agresji i bez przemocy. Założyłam, że zmiana języka mogłaby pomóc nam się porozumieć, dogadać. Gdybyśmy tylko zrezygnowali z mowy nienawiści, gdybyśmy zamiast się spierać spróbowali się nawzajem zrozumieć… „To nierealne” – usłyszałam od swojego rozmówcy. Weszłam na ring ze storytellerem i… nokaut.

Izabela Marczak: Już od jakiegoś czasu zastanawiam się nad jakością debaty publicznej w naszym kraju i nad oporem, jaki w niektórych grupach społecznych budzą takie tematy, jak np.: ochrona klimatu, weganizm czy w ogóle szeroko pojęta ekologia. Pomyślałam, że może ten opór wynika z języka, jakim się posługujemy. Może gdyby zmienić język, mówić o tych sprawach inaczej, opór byłby mniejszy, ludzie chcieliby słuchać, zaczęliby ze sobą rozmawiać, a nie tylko toczyć między sobą przepychanki słowne? Można tu dokonać jakichś zmian?

Paweł Tkaczyk: Można, ale po spełnieniu pewnych warunków. Po pierwsze, musiałoby nam się chcieć. Po drugie, by słuchać i na dany temat rozmawiać, musielibyśmy uznać dany temat za ważny. Tymczasem różni ludzie różne rzeczy uważają za ważne. Według mnie jakość debaty publicznej w Polsce nie jest przesadnie zła w porównaniu z tym, co obserwujemy globalnie.

Natomiast jeśli ktoś wyzwałby mnie na debatę w temacie, który nie jest dla mnie ważny, to przecież nie będę specjalnie się starał, żeby używać języka do podkreślenia ważności tematu, który mnie od początku do końca nie obchodzi.

Problemem, przed jakim według mnie znacznie częściej stajemy, jest przypisywanie wszystkim ludziom tych samych motywacji. I praca z językiem to praca z motywacjami właśnie. Ochrona klimatu jest świetnym przykładem. Proszę zauważyć, jak my o tej ochronie zazwyczaj mówimy. Najczęściej mówimy jako o ochronie Ziemi. Tymczasem warto zdać sobie sprawę z dwóch rzeczy: wszyscy jesteśmy w jakiejś części egoistami. Dlatego ochrona Ziemi nas specjalnie nie obchodzi. Po drugie: Ziemia doskonale sobie bez nas poradzi, w tym komunikacie chodzi o ochronę ludzi na Ziemi. Wszystkie działania, które podejmujemy mają na celu ochronę nas.

I o czym to świadczy? Że ekolodzy to hipokryci?

Świadczy to o tym, że w ekologicznych przekazach często odnosimy się do wartości, które uznajemy za wspólne nam wszystkim, nie przyjmując do wiadomości, że inni wcale tych wartości nie muszą podzielać. I kiedy do nich mówimy, to zamiast górnolotnego „Ratujmy Ziemię”, powiedzmy: „Ratujmy siebie”. Taki przekaz do niektórych trafia lepiej  niż powoływanie się na „dobro wspólne”. Trzeba znaleźć podatny grunt, żeby zasiać ziarno, które skłoni ludzi do działania.

Podatny grunt to odniesienie do naszych egotycznych konstrukcji?

Oczywiście. Bo punkt widzenia bardzo mocno zależy od punktu siedzenia. Partykularne interesy małej grupy są dużo ważniejsze niż dobro dużej grupy. Podobnie jak to, że krótki horyzont czasowy jest znacznie ważniejszy niż długi horyzont czasowy. To są uniwersalne prawdy, które kierują większością ludzkiej populacji.

Więc dobrze by było mówić o ekologii przez pryzmat interesów grupy osób, do której się zwracamy i odnosić się raczej do tu i teraz lub niedalekiej przeszłości, niż np. snuć apokaliptyczne wizje tego, co nas czeka za jakieś 100 czy 200 lat?

Dokładnie.

Ale czy jest szansa, byśmy zaczęli w publicznej debacie ze sobą rozmawiać, a nie ze sobą walczyć, nieustannie tocząc słowne przepychanki, bez dochodzenia do jakiegoś konsensusu? Czy można tak używać języka, by ten służył porozumiewaniu się, a nie igrzyskom?

Można, ale po co?

Jak to po co? Żeby były „peace and love”, a nie ciągła wojna. Żeby nie było w debacie publicznej tyle agresji, języka nienawiści…

A lepiej by było, żebyśmy rozmawiali bez agresji, a potem wychodzili na ulice fizycznie okładać się pałami? Czy może jednak lepiej, żeby ujście dla tej agresji odbywało się poprzez język, a nie fizyczną przemoc?

A nie ma innej alternatywy? Ciągle musimy się jakoś okładać, ciągle ze sobą walczyć?

Nie ma. I tak, musimy się okładać.

Nie wierzę!

Obawiam się, że wiara nie ma z tym wiele wspólnego. Ewolucja zaprogramowała nas na przetrwanie dużo wcześniej, niż zaprogramowała nas do życia w stadzie. Zatem będziemy dbać o dobro wspólne bardziej, gdy benefity dotyczą nas bezpośrednio. A stado jest dla nas często punktem odniesienia dla… naszego lenistwa. Znowu: ewolucyjne oprogramowanie każe nam przestać się starać, kiedy mamy lepiej od innych.

Weźmy na przykład matkę, która stara się zapewnić dobry byt swojemu dziecku. Nie ma czegoś takiego, jak uniwersalny poziom dobrobytu – jeśli matka żyje w biednej społeczności lub w rozwijającym się kraju, jeden ciepły posiłek dziennie jest wystarczający. Skąd wiemy, że wystarczający? Bo rozglądamy się wokół siebie i jeśli większość innych w naszym stadzie tego jednego ciepłego posiłku nie ma, wiemy, że mamy dobrze. Z drugiej strony w sytuacji, kiedy większość dzieci nie tylko je trzy posiłki dziennie, ale ma też buty, postrzegana granica dobrobytu przesuwa się dla tej matki – zaczyna się starać o rzeczy, które w innych okolicznościach by odpuściła. A jeśli jej dziecko z takiego czy innego powodu nie ma tych butów, pojawia się poczucie krzywdy. Wywołane właściwie tylko głęboko zakorzenionym w nas porównywaniem się do innych.

Dlatego mówienie o uniwersalnym dobrobycie, pokoju, szczęściu to mrzonka, którą oczywiście wielokrotnie próbowaliśmy wprowadzać za pomocą rozmaitych utopijnych systemów. Co zawsze – niestety – w ostateczności wywalało się na ryj, mówiąc brutalnie. Wywalało się, bo nam, ludziom bardzo ciężko powstrzymać ten instynkt, który skłania nas do rozglądania się wokół i szukania czegoś, co pozwoli nam stwierdzić: „Kurczę, mam lepiej niż inni”. Walczymy z tym instynktem, ale nasze mózgi nie ewoluują tak szybko, jak zmieniają się społeczeństwa wokół nas.

A skoro już o ewolucji mózgu rozmawiamy: dodatkowym problemem jest to, że nasz mózg zakrzywia rzeczywistość, oszukuje nas. Jeśli weźmiemy dwóch ludzi i każemy im pracować przy linii produkcyjnej, przy której przez rok wykonują dokładnie tę samą pracę w tych samych godzinach i z taką samą efektywnością, a potem zapytamy każdego z nich, który – ich zdaniem – zasługuje na awans… odpowiedzą z przekonaniem, że uważają, że pracowali ciężej niż ten drugi. Co obiektywnie nie może być prawdą – albo pracowali równo, albo któryś pracował gorzej. Tylko że jeśli któremukolwiek damy awans, drugi poczuje się skrzywdzony. Głupie, prawda?

Mózg dąży do tego, byśmy czuli się ofiarami?

To nie kwestia bycia ofiarą. Nasz mózg zakrzywia rzeczywistość z dwóch głównych powodów. Pierwszy: oszczędzanie sobie pracy. Mózg jest leniwą bułą i jeśli może – bez szkody dla przetrwania – pójść na skróty, zaokrąglić dane, zapomnieć, zrobi to. Większość z nas nie potrafi powiedzieć, jaka jest odległość od Ziemi do Słońca albo od Ziemi do Księżyca. Zadowalamy się przybliżeniami i świadomością, że odległość do Księżyca jest mniejsza. Zapamiętanie większej ilości danych wiąże się z pracą, której nasz mózg się wystrzega. Drugi powód zakrzywiania rzeczywistości to pokazywanie nas jako pozytywnych bohaterów świata. Dlatego wiele małych elementów składa się na to, że każdy z pracowników linii produkcyjnej w poprzednim przykładzie finalnie uważał się za lepszego od innych.

może Ci się spodobać
Katarzyna de Lazari Radek

O szczęście trzeba zabiegać

Filozofka i etyczka dr Katarzyna de Lazari-Radek przekonuje, że ważne jest, by mówić o szczęściu, dbać o drobne przyjemności, bo to może ułatwić nam przetrwanie trudnego okresu i pomóc przejść przez niego w możliwie najlepszej formie
biodanza

Tańcz i poczuj życie w pełni

Biodanza, czyli taniec życia (w dosłownym tłumaczeniu „bios” z greckiego znaczy życie, „danza” – ruch pełen ekspresji) to…

TRE – uwolnić się od stresu i traum

TRE (Tension and Trauma Releasing Exercises) to zestaw ćwiczeń, polegających na uruchomieniu w ciele wibracji neurogenicznych, umożliwiających uwolnienie…