Trzy oblicza czasu

39 udostępnień
39
0
0

Odkąd pamiętam, byłam z czasem na wojnie. Deptał mi po piętach, poganiał, dyszał za plecami, że za wolno, za mało efektywnie, że nie patrzę przed siebie, tylko wciąż oglądam się wstecz. Na początku jawił mi się jako linia prosta, strzała nakierowana na cel. Zawsze przede mną, zawsze nieuchwytny. Marnowałam go, spędzałam, szłam z jego duchem, rzadko go miałam. Z wiekiem zaczęłam rozróżniać jego różne odmiany.


Bywało, że zamieniał się w pieniądz, leczył rany, ale przede wszystkim uciekał. Miał jakąś nieuchwytną, lotną naturę światła, które trudno złapać w dłonie i tylko jakieś jego urywki udawało się uwiecznić na zdjęciach: spektakularnie piękny wschód słońca, momenty, gdy jeszcze żył wujek, spojrzenie dziecka w ramionach matki, twarze rodziców, gdy byli mali albo nasze miasteczko sprzed lat z dopiero co rosnącymi brzozami, dziś zasłaniającymi już dom.

reklama
reklama

Z upływem lat nauczyłam się go bać. Wszyscy wokół twierdzili, że czas działa na naszą niekorzyść, wszak nieuchronnie zbliża nas do końca. Spojrzenie w lustro tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że oto mierzę się z wrogiem – tym, który odbiera mi gładkość skóry, jędrność ciała, który bezczelnie przypomina mi o ściągającej mnie w dół sile grawitacji.

Inną odsłonę czasu poznałam, gdy urodziłam pierwsze dziecko. Nagle odkryłam, że ma on cykliczną, spiralną naturę. Prosta linia zwinęła się w powtarzające się koła karmienia, spacerowania z wózkiem, huśtania i reagowania na płacz. Od nowa i od nowa. Nagle zabrakło prostej, jasnego celu na horyzoncie. Okręgi codziennych powtórek dawały rosnącym dzieciom poczucie bezpieczeństwa, stanowiły mur, za którym rosły oddzielone od nieprzewidywalności świata.

Chyba właśnie wtedy nabrałam podejrzeń, że ta świetlista strzała, za którą przez wiele lat tak goniłam, jest iluzją. Iluzją stworzoną przez ludzkość wcale nie tak dawno.

Zanim ją wykreowano, ludzie żyli w rytmie naturalnym, sezonowym. Nawet opowiadało się wtedy inaczej, były mity, nie zaś historie z początkiem i końcem. Czas naturalny dawał nam poczucie wiecznego obracania się w wirze życia. Wraz ze śmiercią życie nie kończyło się definitywnie, jak dzisiaj. Przechodziło tylko z jednej formy w drugą, jak pory roku. No i każda rzecz, każdy etap owego życia miał swój czas.

Czas liniowy pojawił się ponoć wraz z Żydami, którzy jako pierwsi wprowadzili poczucie przeszłości i nadzieję na inną przyszłość. Zapomnieliśmy na amen o życiu zgodnie z cyklem Słońca czy Księżyca. A potem już poleciało…

Tej autorki: Ludzkie historie: Jak przetrwać mimo pandemii?

Liniowość czasu zaczęła przesiąkać do naszej egzystencji wraz z pierwszymi zegarami. Początkowo te służyły mnichom pilnując, by wstali na modlitwę w ściśle określonych porach dnia. Sekundy zaczęliśmy dostrzegać dopiero w XVII wieku. W 1761 roku pojawiły się zegarki na rękę, choć tak naprawdę zaczęły być potrzebne dopiero podczas pierwszej wojny światowej, do synchronizowania przez żołnierzy ataków.

Dzisiejsze zegary atomowe są dokładniejsze od obrotów Ziemi i co roku muszą być „aktualizowane” o kilka sekund, żeby zgodzić się z naszą mało perfekcyjną planetą. Prześcignęliśmy stwórcę.

A potem dowiedziałam się, że czas ma nie jedno, nie dwa, a trzy oblicza!

To pierwsze, w postaci strzały kończącej prostą jak drut linię, to czas „męski” – jak w teorii Junga. Mit albo wzorzec, stworzony dla ukierunkowania energii skupionej na celu. Zdobywczy i przedzierający się, zorientowany na zewnątrz. Pochodzi z umysłu i porusza się tylko w jednym kierunku. Nabiera prędkości wraz z długością prostej. Ciężko przed nim uciec. Miga do nas, gdziekolwiek spojrzymy. Każdy smartfon, laptop, budzik, a nawet poczciwe niegdyś urządzenia domowe: roboty kuchenne, pralki, lodówki czy wagi łazienkowe obecnie przypominają nam o uciekających chwilach. Wszystko wokół bombarduje nasze mózgi podświetlonymi cyframi upływu. Przyspieszamy, robimy dwie, trzy, a nawet więcej rzeczy jednocześnie. Z wiadomym skutkiem. Nie dosypiamy, jemy w biegu, zawalamy terminy, spotkania, kontakty z przyjaciółmi, rodzinami, wykreślamy z terminarzy innych, potem siebie. Próbujemy to nadrobić nagrodami: zabawkami dla latorośli, drogim pobytem w spa dla siebie lub małżonki, albumami zdjęć (coraz częściej w e-ramkach) dla dziadków.

reklama
reklama
może Ci się spodobać
pomarańcze

Pomarańcze

Na stole obok półmiska z pomarańczami rozsypuję garść goździków. Gdy pierwszy z nich przebija mięsistą skórkę cytrusa, dzieje…

Technika uważnego oddechu

Oddychasz każdego dnia około 22 tysięcy razy. Ilu tych oddechów jesteś świadomy? Ciało i umysł to naczynia połączone, a…
Okładka książki Klary Wojtkowskiej : „Będziemy się za Was modlić. Z Polski do Zimbabwe ścieżkami Przodków”.

Szaman – człowiek budujący mosty

To opowieść o drodze do szamanizmu, drodze kobiety z kręgu kultury dalekiej od mistycyzmu i pierwotnych wierzeń. Językiem…
biodanza

Tańcz i poczuj życie w pełni

Biodanza, czyli taniec życia (w dosłownym tłumaczeniu „bios” z greckiego znaczy życie, „danza” – ruch pełen ekspresji) to…
przesyłka

Przesyłka

W czasach zamkniętych galerii handlowych popularność zyskują zakupy online. Prosto, szybko, z dostawą towaru do domu lub paczkomatu,…