Trudne dzieciństwo nie musi oznaczać przegranej

12 udostępnień
12
0
0

To, jakie środowisko rozwoju zapewnimy naszemu dziecku, jakie więzi z nim wytworzymy, będzie rzutowało na przyszłość. Większą szansę na sukces emocjonalny i zawodowy mają dzieci, które w dzieciństwie czuły się bezpieczne, były traktowane z szacunkiem i doświadczały wartościowych relacji. Jednak trudny początek nie musi determinować reszty życia – uważa psycholog Agnieszka Aksamit-Oknińska.

Emilia Baranowska: Czy dzieciństwo ma wpływ na dorosłe życie?

Agnieszka Aksamit-Oknińska: Niewątpliwie ma. Echa dzieciństwa brzmią w naszym dorosłym życiu. To, jakie mamy doświadczenia z pierwszych lat życia, jak wówczas kształtowały się nasze relacje z innymi, to czy towarzyszący nam dorośli zaspokajali nasze potrzeby, wpływa na nasze przyszłe relacje z innymi, na naszą umiejętność tworzenia i podtrzymywania więzi. Na decyzje, które podejmujemy, na nasze zachowania, na to jak później w dorosłym życiu radzimy sobie z emocjami. Na to, w jaki sposób myślimy o sobie.

Warto zaopiekować się tym skrzywdzonym bądź niezaopiekowanym dzieckiem, które w sobie nosimy. Pamiętać, że w życiu mogły się dziać różne trudne wydarzenia, ważne dla nas osoby kształtowały nas w sposób bardziej lub mniej kompetentny, jednocześnie jako osoby dorosłe możemy zająć się pewnymi aspektami swojego funkcjonowania, tak by trudne doświadczenia nie stały się wzorcem naszych reakcji.

Zacznijmy od rodziców i ich wpływu na przyszłość dziecka. Jak powinni wychowywać dziecko, aby ukształtować szczęśliwego człowieka?

Pomysłów na wychowanie dzieci jest mnóstwo, ale możemy je sprowadzić do wspólnego mianownika: dać poczucie bezpieczeństwa, traktować je z szacunkiem (to znaczy dostrzegać i respektować jego potrzeby, emocje) i tworzyć z nim wartościowe relacje (ważny bliski opiekun). To taka baza, którą ładujemy do plecaka dziecka i którą ono potem niesie z sobą i z niej czerpie.

Poczucie bezpieczeństwa wpływa na pracę mózgu – mózg uczy się, kiedy jest bezpiecznie. Jeśli funkcjonuję w bezpiecznym środowisku, mam szansę rozwinąć swój potencjał, rozkwitać. Jeśli funkcjonuję w trybie zagrożenia, działam, by przetrwać.

Poczucie bezpieczeństwa to taka podstawa do rozwijania się na kolejnych etapach życia. Jeżeli mam opiekuna i środowisko, którzy szanują moje potrzeby i emocje, pomagają mi te emocje regulować, uczyć się ich, wówczas wzrastam jako człowiek z poczuciem własnej wartości i mogę tym szacunkiem dzielić się z innymi.

A jeśli chodzi o ważną relację, to może posłużę się instytucją przyjaciela. Przyjaciel to ktoś, kto towarzyszy nam w radosnych i smutnych momentach życia. Możemy mu powiedzieć wszystko, bo on udźwignie nawet trudne sytuacje i nie opuści nas w biedzie. Jeżeli dziecko ma wokół siebie takich towarzyszy, którzy pomogą mu w trudnych sytuacjach, którzy go dostrzegają i reagują na jego potrzeby, to jest gwarant budowania jego zasobów od małego. Na początku rolę takich towarzyszy pełnią członkowie rodziny. Ważne jest, aby dziecko mogło zwierzyć się ze swoich myśli i problemów, poczuć, że nie jest samo.

Omówmy kilka modeli wychowawczych i spróbujmy wskazać, jakie zagrożenia niosą. Zacznijmy od tak zwanego bezstresowego wychowania.

Najpierw musimy określić, co rozumiemy przez bezstresowe wychowanie. Często polega ono na tym, że nie stawiamy dziecku granic, pozwalamy mu na wszystko. Takie wychowanie nie daje dziecku poczucia bezpieczeństwa, ponieważ dziecko, aby czuć się bezpiecznie, potrzebuje określenia granic. Te granice, które wyznaczają dorośli, mogą być bardziej lub mniej elastyczne, ale dla dziecka są one bardzo ważne.

Niektórzy rodzice chcą oszczędzić dziecku przykrych emocji, np. smutku, złości…

To jest błędne założenie, ponieważ życie bywa stresujące. Przed rozwijającym się dzieckiem każdego dnia stają przeróżne wyzwania. Na każdym etapie wzrostu mózg nabiera kolejnych kompetencji, ale te kolejne kompetencje też są sytuacją stresową, bo są wyzwaniem. Na przykład dzieci w trzecim roku życia zaczynają socjalizować się z rówieśnikami, uczą się wspólnej zabawy, współpracy, bo na wcześniejszych etapach bawią się na poziomie zabawy równoległej i rozwojowo nie są w stanie kooperacji. Dopiero kolejny etap to etap wymiany i współpracy – i ona jest pewnym wyzwaniem, więc i pewnym rodzajem stresu, bo muszą opanować nową umiejętność. Muszą poradzić sobie z sytuacją, gdy kolega zabierze jego własność, gdy koleżanka nie ma ochoty razem się bawić albo ma inny pomysł na realizację swoich potrzeb.

Poza tym nasze życie jest pełne emocji, tych przyjemnych i nieprzyjemnych. Nadal sporo osób uważa, że emocje można podzielić na dobre i złe. Jako złe wymienia się często: złość, strach, smutek. To błędne myślenie. Dlatego najczęściej pierwszym elementem psychoedukacji jest uświadomienie dzieciom i rodzicom, że emocje po prostu są. Są nieodłącznym elementem życia. Są potrzebne i ważne. Każda emocja, którą czujemy niesie z sobą ważną informację. Smutek pomaga poradzić sobie ze stratą, strach chroni przed zagrożeniem.

Dlaczego złość jest potrzebna, dlaczego nie jest zła?

Złość pełni rolę ochrony. Pojawia się w nas, gdy jakieś nasze granice są przekraczane. Złość dba o te granice. Daje nam siłę do działania, ochrony lub ucieczki.

Opowiem o tym na przykładzie pracy z dziećmi. Pytam dziecko: „Jeśli kolega zaczyna cię tykać w ramię, czy to jest przyjemne?”. Z reguły odpowiadają, że nie jest to przyjemne, więc zaczyna się pojawiać zdenerwowanie, nie podoba im się to. Dopytuję: „I co masz ochotę wtedy zrobić?”. Pojawiają się odpowiedzi, np. „Chcę mu oddać”, „Odchodzę”, „Idę do pani (np. w przedszkolu)”, „Mówię mu, żeby mnie zostawił”. Więc poczucie złości daje plan działania, żeby uniknąć tej nieprzyjemnej sytuacji, żeby ją zastopować, albo żeby z niej uciec. Natomiast gdyby ta emocja się nie pojawiała, to co by się działo? Pozwolilibyśmy dalej na niekomfortową dla nas sytuację. Dlatego złość jest ważna i potrzebna.

Natomiast to, nad czym możemy pracować to forma wyrażania tej złości. Jeżeli zacisnę pięść i uderzę kogoś w nos albo zacznę go obrażać, to moja reakcja też przekroczy czyjeś granice. To, że ktoś poczuł złość w tej sytuacji jest absolutnie w porządku, tylko trzeba się zastanowić, jak w inny sposób tę złość wyrazić.

Tak samo jest ze strachem. Jeżeli widzisz groźne zwierzę, to organizm automatycznie czuje strach i ten strach powoduje, że podejmujesz decyzję – albo ucieczki, albo wzywania pomocy, albo obrony. Jeśli nie pojawiłoby się uczucie strachu i zareagowalibyśmy jak przy domowym kotku, chcieli go pogłaskać, mogłoby to się skończyć tragicznie.

Dlatego to nie przed emocjami należy dzieci chronić czy starać się ich pozbyć. Chrońmy dzieci przed sytuacjami zagrażającymi lub przekraczającymi ich granice i uczmy słuchania swoich emocji, bo one są ochroną, drogowskazem. Jednocześnie nauczmy się z tymi emocjami obchodzić. Pokażmy dzieciom, jak właściwie te emocje regulować.

Co się wydarzy w nas, jeśli będziemy tłumić tę złość, ten strach? Bo słyszymy jako dzieci: „Dziewczynki się nie złoszczą”, „Chłopaki nie płaczą”, „Czego ty się boisz? Opanuj się!”.

Jeżeli dziecko słyszy: „Czego się złościsz? Złość piękności szkodzi”, „Taki duży chłopak, a beczy ze strachu?”, to odbiera to jako informację: „To, co czuję, nie jest w porządku”.

W takich komunikatach po pierwsze zaprzeczamy uczuciom dziecka. Ono coś czuje, a my twierdzimy, że wcale tak nie jest. Po drugie, unieważniamy emocje dziecka, lekceważymy je, zawstydzamy. Więc mały człowiek uczy się sprzeczności: „To co ja czuję w środku, nie jest prawdziwe, nie jest ważne, nie jest akceptowane przez rodziców”. Dziecko dąży do bycia akceptowanym, więc zaczyna spełniać oczekiwania tego ważnego dorosłego, tłumiąc emocje. To tak, jakbyśmy upychali w walizce za dużo ubrań. Prędzej czy później one z niej wypadną, walizka się uszkodzi.

Jeżeli od małego nauczymy się regulować emocje, zaprocentuje to w życiu dorosłym. Natomiast jeżeli mamy tłumioną złość, to jako osoby dorosłe możemy mieć problemy z byciem asertywnym, ze stawianiem granic, z dbaniem o siebie. Często, gdy zaczynamy odczuwać złość, czujemy się winni (bo przecież „nie wolno” się złościć), to rzutuje na relacje z innymi albo tak bardzo nas obciąża, że tym innym pozwalamy się używać, dajemy się wykorzystywać. My na to pozwalamy. Dzieje się tak, ponieważ nie jesteśmy nauczeni chronienia siebie. Złość to ochrona granic.

Warto przeczytać: Życie jest zbyt krótkie, aby siebie umniejszać

To jeszcze jedno „złe” uczucie – zazdrość. Jest naturalna, ale uczy się nas, że nie wolno zazdrościć. Jak tłumienie zazdrości może wpływać na dorosłego człowieka?

Zachęcam, by nie rozdzielać na pojedyncze uczucia – co się wydarzy, jeżeli stłumimy smutek, a co jeśli stłumimy złość lub zazdrość. Potraktujmy wszystkie emocje jako ważne i potrzebne. Dajmy sobie i innym zgodę na ich wyrażanie. Zastanówmy się, co ta emocja mi mówi, o czym mnie informuje?

Lubię taką metaforę naszego życia jako rwącej rzeki. Ono płynie, a my zmierzamy od narodzin, poprzez kolejne jego etapy, do śmierci. I tak jak w wypadku rzeki, czasem nasze życie jest spokojne, czasem nurt będzie szybszy, a niekiedy pojawi się nieoczekiwany zakręt, przeszkoda. I jeżeli żądamy od dziecka: „Natychmiast się uspokój, przestań się bać, zmień zachowanie”, to tak, jakbyśmy żądali, aby ono na tej rzece postawiło tamę, czyli zablokowało jakieś emocje bardzo gwałtownie. Nagle przestało je odczuwać. Można to nazwać samokontrolą. W życiu dorosłym samokontrola jest ważna, ponieważ w pewnych sytuacjach musimy dostosować się, zmienić swoje zachowanie, ale u dziecka ważniejsza jest samoregulacja. Samoregulacja to danie dziecku tratwy i wyposażenie w wiedzę, jak nią sterować.

Płynąc rzeką i widząc na drodze przeszkodę, uczmy dziecko jak ową przeszkodę ominąć, jak sobie z nią poradzić. Nie próbujmy budować tamy, zatrzymywać tratwy, tylko dajmy mu narzędzia, by sobie z daną przeszkodą (np. frustracją) poradziło. Pomoc w regulacji emocji będzie kluczem do tego, żeby dziecku spokojniej się żyło. Żeby tymi emocjami umiało zarządzać, a nie udawało, że ich nie ma.

Zdarza się, że dorośli nie panują nad swoimi emocjami i krzywdzą dzieci, krzycząc na nie lub wymierzając klapsy. Pojawiają się opinie, że przemoc psychiczna jest gorsza niż przemoc fizyczna w postaci klapsa…

Od kilku lat bicie dzieci w Polsce jest prawnie zabronione. Klapsy są uznawane za formę przemocy fizycznej i za ich wymierzenie można odpowiadać karnie. Jest to bardzo potrzebna regulacja, bo bicie jest naruszeniem granic godności człowieka. Czy gorsza jest przemoc fizyczna czy psychiczna? Przemoc to przemoc. Przemoc rani, przemoc dewastuje. Ani klapsy, ani krzyki absolutnie nie są dobrą metodą wychowawczą.

Czasem rodzice tłumaczą się, że na ich dzieci działa tylko krzyk…

Rodzice dostrzegają, że jak wrzasną na dziecko, to ono się uspokoi. Ale to jest element ściągania dziecka do parteru, do reakcji instynktownych. Ono się uspokoi, bo pojawi się w nim strach i pierwotna reakcja organizmu w sytuacji zagrożenia – zamrożenie, paraliż. Owszem, przestanie krzyczeć, bić czy rzucać się, ale nie ureguluje uczuć, jedynie złość zamieni na strach. Strach przed rodzicem. Czy na pewno o to nam chodzi?

Tutaj również warto pochylić się nad budową mózgu i nad jego funkcjonowaniem w sytuacji stresowej. Daniel Siegel (lekarz psychiatra) opracował ręczny model mózgu. W ogromnym skrócie, proszę sobie wyobrazić dłoń, która posłuży do zobrazowania modelu mózgu. Taką dłoń, kiedy mamy kciuk zaciśnięty palcami. Część przedramienia i kawałek nadgarstka będzie symbolizować najstarszą część mózgu – mózg gadzi. Ta część mózgu odpowiada za instynkty, za przetrwanie. Dawniej chroniła nas przed zagrożeniem, uruchamiając wszelkie reakcje fizjologiczne, kompletnie niezależne od woli.

Dalej – schowany kciuk to układ limbiczny, nazywany mózgiem ssaczym. Związany jest z zaspokajaniem potrzeb i jest odpowiedzialny za emocje. Wraz z mózgiem gadzim włącza się w sytuacji zagrożenia i uruchamia trzy rodzaje reakcji: walkę, ucieczkę albo zamrożenie. Wszystko po to, aby przetrwać.

Zostają nam palce i paznokcie – to najnowsza część mózgu: kora nowa i płaty przedczołowe, przyjmijmy, że to taka „klapka”, która może się otwierać (wyłącza się i przestaje współpracować z resztą mózgu) i zamykać (wtedy jest połączenie z innymi częściami mózgu).

Ta „klapka”, czyli kora nowa i płaty przedczołowe odpowiadają za regulację emocji, za empatię, za przewidywanie konsekwencji swoich działań, za logiczne myślenie. Kształtują się do 25. roku życia. To jest bardzo ważna informacja, bo często od trzylatka wymagamy, aby funkcjonował jak człowiek z rozwiniętą tą częścią mózgu, a to niemożliwe.

Jeśli jesteśmy w poczuciu bezpieczeństwa, to mamy tę „klapkę” domkniętą. Myślimy logicznie, panujemy nad emocjami, przewidujemy konsekwencje, planujemy. Jednak w sytuacji stresu, sytuacji zagrożenia ta „klapka” się otwiera, płaty przedczołowe przestają pracować i wchodzimy w tę samą reakcję (co dziecko) z poziomu działania instynktowego: walka, ucieczka lub zamrożenie. Walka to krzyki, bicie, groźby. Ucieczka, gdy wychodzimy, chowamy się i zamrożenie, gdy milczymy, nie reagujemy, jesteśmy sparaliżowani.

Kiedy dziecko ma wybuch złości czy innych nieprzyjemnych emocji, to jest w sytuacji walki, ucieczki albo zamrożenia. Nie ma narzędzi, aby się kontrolować, domknąć tę klapkę na kciuku. A emocje mają to do siebie, że się nimi zarażamy. Więc kiedy widzimy dziecko, które krzyczy, to czasem także wchodzimy w relację na poziomie instynktownych reakcji. Ale my jesteśmy dorośli i od dorosłych można wymagać samokontroli, opanowania się i reagowania na sytuację z wyższego poziomu. To wymaga pracy, dbania o swoje zasoby, samoświadomości, wymaga dbania o swoje emocje, umiejętności ich regulacji. Jednocześnie pamiętajmy, że my jesteśmy modelem, z którego dziecko czerpie.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać