Terapia prowokatywna, czyli o sztuce tracenia twarzy

52 udostępnień
52
0
0

Ze swoich doświadczeń terapeutycznych Farrelly wyciągnął m.in. takie wnioski:

  • większość pacjentów okleja się etykietką pt. „materiał kruchy – obchodzić się ostrożnie”; ale ta kruchość jest mocno na wyrost; pacjenci nie są tak krusi, jak myślą sami o sobie i jak utwierdza ich w tym system pomocowy;
  • aby osiągnąć skuteczną zmianę nie wystarcz sama miłość czy sama kara, one muszą działać łącznie, łeb w łeb;
  • aby mogła nastąpić zmiana, ludzie muszą wziąć za swoje życie (zachowania) odpowiedzialność;
  • żądanie od ludzi odpowiedzialności za ich działanie daje im nadzieję i godność;
  • z reakcji obronnych człowieka, takich jak walka i ucieczka, dla zachowania zdrowia psychicznego lepsze jest podjęcie walki; remedium na reakcję ucieczki są złość i śmiech – rolą terapeuty prowokatywnego jest wywołanie w pacjencie właśnie takich bezpośrednich emocjonalnych doświadczeń;
  • umysł poszukuje prawdy, tak jak płuca powietrza; serwując klientowi terapeutyczny „bullshit” tylko go podtruwamy, umacniając jego stan chorobowy; rolą terapeuty jest przedmuchać umysł, używając w tym celu prowokacji; w efekcie tego procesu pojawią się pozytywne i negatywne reakcje, które następnie należy zintegrować z konsekwencjami społecznymi i międzyludzkimi.

Farrelly’emu jako pracownikowi socjalnemu zależało na tym, by przywrócić dysfunkcyjne jednostki społeczeństwu, by zamiast latami tkwić pod opieką różnych instytucji pomocowych, zaczęły one żyć jako pełnoprawni członkowie danej społeczności. Ale jak mówił: „Nie istnieje grupa, której nadano prawo bez odpowiadającego mu obowiązku”, dlatego celem jego pracy z klientem było właśnie skłonienie go do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie i zrozumienia, że w życiu społecznym jego zachowania wywołują pewne konsekwencje i spotykają się z określonymi reakcjami ludzi.

Może zainteresuje Cię: Kiedy i dlaczego warto skorzystać z pomocy terapeuty

Zapis sesji terapeutycznych, jakie można prześledzić w książce Farrelly’ego i Brandsmy Terapia prowokatywna, niejednemu zapewne zmrozi krew w żyłach. Śledząc metody pracy adwokatów diabła niejednokrotnie wydawać się może, że czerpią oni wręcz sadystyczną przyjemność z upokarzania swoich pacjentów, że dobrze się bawią ich kosztem, dokopując im na wszystkich możliwych poziomach i celując w najczulsze punkty. A jednak okazuje się, że siła wku…wu, do jakiego potrafią doprowadzić klienta, często budzi go z letargu i ostatecznie pozwalała mu wyjść na prostą.

Akcja prowokacja

Miałam okazję doświadczyć namiastki działania terapii prowokatywnej, gdy ostatnio jedna z moich znajomych, najmilsza na świecie psycholożka, kobieta do rany przyłóż, po której nie spodziewałabym się zdolności do sarkazmu, zaprezentowała na mojej osobie, jak taka terapia mogłaby wyglądać.

Na fali ogólnego zniechęcenia do własnej osoby wyznałam jej, jak to nieustannie jestem niezadowolona z efektów swojej pracy.

Ja: – Ponad 20 lat zajmuję się pisaniem, a nigdy nie jestem zadowolona z tego, co stworzę. Ciągle wydaje mi się, że to jest do kitu. Wymęczone jakieś, niedoskonałe, wstyd to komukolwiek pokazać.

Ona: – Rzeczywiście w sumie to piszesz kiepsko. Na twoim miejscu też bym się wstydziła z tym wyjść do ludzi. Rety! 20 lat się tym zajmujesz i jeszcze cię nie oświeciło, że się do tego nie nadajesz?! Chyba najwyższy czas pomyśleć o jakiejś innej robocie. Wiesz, jest sporo prac, które mogą wykonywać mało utalentowani ludzie. Poczekaj, niech pomyślę. Co też byś mogła robić…? OK… może… Ale nie, nie to chyba dla ciebie za trudne. Nie, do tego też się raczej nie nadajesz…

Na początku konwencja jej wywodu wydała mi się zabawna. „No, tak” – pomyślałam. – „Rozumiem, o co jej chodzi, chce mi pokazać niedorzeczność tych moich samokrytycznych wariacji”. Ale im dalej w las, im bardziej owa znajoma folgowała swoim krytycznym wywodom na mój temat, które przecież poniekąd pokrywały się z tym, co sama o sobie myślę, tym bardziej mnie to zaczynało złościć. Gdzieś w środku mnie zaczął kiełkować bunt: „No, bez przesady. Chyba nie jest tak źle. Aż tak beznadziejna nie jestem”. Summa summarum znajoma zmusiła mnie do wyrwania się z cyklu autokrytycznego marudzenia i stanięcia w swojej obronie.

Terapia prowokatywna pozwala nabrać dystansu do własnych wyobrażeń i jednocześnie wyzwala energię do walki ze swoimi destruktywnymi schematami. Można w niej przepracować strach przed utratą własnej twarzy, który często trzyma nas w impasie i nie pozwala na zmianę, poprzez doświadczenie iluzoryczności zabiegania o tę „własną twarz”.

Nieodłącznym elementem terapii prowokatywnej jest humor. Według twórcy tej metody, jeśli w terapii klient podczas relacji z terapeutą nie śmieje się co jakiś czas, oznacza to, że terapeuta nie stosuje właściwie metody.

„Humor pozwala człowiekowi uzyskać prawdziwy psychologiczny dystans, który nadaje przepełniającym uczuciom i irracjonalnym ideom zrównoważoną perspektywę” – twierdzi Farrelly.

– „Nie mówimy tutaj o wycofanym dystansie schizofrenika, ani dystansie ludzi bojących się poświęcenia i bliskości w relacjach osobistych, ani o przeintelektualizowanej jednostce, która trzyma doświadczenia na odległość ramienia. Mówimy o dystansie, który daje perspektywę umożliwiającą nam kontrolowanie i bycie krytycznym w stosunku do uczuć, idei i zachowań, i w ten sposób pozwala na bardziej adaptacyjne relacje”. Również relacje z samym sobą.

Krytycy terapii prowokatywnej twierdzili, że jej słabością jest to, iż w dużej mierze zasadza się ona na charyzmatycznej jednostce terapeuty, a przecież nie każdy terapeuta da radę być tak doskonałym aktorem-prowokatorem i komikiem jak sam Farrelly. Uważali, że nie można wyuczyć specjalistów od pomagania aktorskiego wchodzenia w przesadę, smażenia werbalnych ataków na autodestrukcyjne nieakceptowalne społecznie zachowania i postawy klienta i jeszcze ściągania tego typu ataków ze strony klienta na siebie („kto jest takim masochistą?”). Wielu uważało też, że terapia ta daje pole szarlatanom i sadystom do pastwienia się nad chorymi ludźmi.

Ale od lat 60. XX wieku, kiedy Farrelly opracował swoją metodę terapeutyczną, funkcjonuje ona wśród psychologicznych form pracy z klientem do dziś i ma zwolenników.

Być może nie jest metodą dla każdego, jednak gdy inne sposoby zawodzą, z pewnością warto zastanowić się nad wizytą u adwokata diabła. Zawsze to jakaś szansa na opuszczenie swojej zatęchłej przerębli.


może Ci się spodobać
pesymizm

Nie obwiniaj się za swój pesymizm

Być może wyrzucasz sobie, że widzisz świat w czarnych barwach. Możliwe, że zauważyłaś, iż pewne nawyki myślowe, takie…
Katarzyna de Lazari Radek

O szczęście trzeba zabiegać

Filozofka i etyczka dr Katarzyna de Lazari-Radek przekonuje, że ważne jest, by mówić o szczęściu, dbać o drobne przyjemności, bo to może ułatwić nam przetrwanie trudnego okresu i pomóc przejść przez niego w możliwie najlepszej formie
człowiek medytujący na tle panoramy gór

Duchowość, czyli co?

Bycie osobą religijną nie jest tożsame z byciem osobą uduchowioną. Można mieć wysoką inteligencję duchową będąc ateistą i…