Terapia prowokatywna, czyli o sztuce tracenia twarzy

52 udostępnień
52
0
0

Nie wierzysz w siebie, latami taplasz się w autodestrukcji lub swoim parszywym zachowaniem zrażasz do siebie innych? A może non stop pakujesz się w kłopoty, nieustannie czujesz się nieszczęśliwy, bezradny, ofiarą losu? Zarówno ty sam, jak i ludzie wokół ciebie macie ciebie dość? Jeśli od wielu lat tkwisz w niszczących schematach, których nawet z pomocą kolejnych terapeutów nie potrafisz zmienić… zarezerwuj wizytę u adwokata diabła. Twórcą terapii prowokatywnej jest Frank Farrelly.

Ludzie potrafią marudzić latami. Narzekają, cierpią, doprowadzają siebie i innych do obłędu, ale tkwią w tym piekielnym status quo, kręcąc się w tej gównianej przerębli i nie widząc możliwości wyjścia z niej. Nie pomagają im w opuszczeniu tej przestrzeni żadne dobre porady z zewnątrz. Nawet gdy ktoś im rzuca koło ratunkowe, którego mogliby się uchwycić i wyjść na powierzchnię, zdają się go nie dostrzegać, ignorują je, zaprzeczają jego istnieniu. Kolejni terapeuci siwieją, mając takich niereformowalnych podopiecznych, ale trzymając się profesjonalnych reguł sztuki pomagania, wspierają klientów dobrym słowem („nie jesteś zły”, „nie jesteś leniwy”, „tak, jesteś kruchy, zraniony”, „tak, musi ci być bardzo ciężko”), motywacją („dasz radę”, „nie poddawaj się”, „nic nie jest stracone”), podpowiadaniem rozwiązań („pokochaj siebie”, „zaakceptuj to, jaki jesteś”, „poćwicz, poszukaj pracy, rozwijaj swoje zainteresowania” itd.). I tak mijają lata, a klient wciąż tkwi w swoim kiepskim życiu i oczekiwaniu, że pewnego dnia coś się zmieni.

reklama
reklama

Dla takich straceńców ostatnią deską ratunku może okazać się sesja u specjalisty – adwokata diabła.

Autentyczność rozwala system

Jeszcze w trakcie studiów zaczęłam pracować z pacjentami psychiatrycznymi. Moją rolą było pomóc im powrócić do życia poza środowiskiem szpitalnym, przystosować się do funkcjonowania w tzw. normalnym społeczeństwie. Byłam terapeutycznym żółtodziobem i w zasadzie można powiedzieć, że raczej asystowałam pracy innych doświadczonych terapeutów, niż sama takie terapeutyczne działania podejmowałam. Pewnego dnia zaproponowano mi wyjazd na obóz readaptacyjny z naszymi podopiecznymi. Wyprawa w góry miała pozwolić pacjentom odetchnąć od miasta, ale zawierała też aspekt edukacyjny, bo w wynajętym domku mieli uczyć się życia we wspólnocie oraz samodzielności. Zapowiadało się pięknie, ale już pierwszego dnia, tuż po dotarciu na miejsce, okazało się, że mamy na pokładzie „bunt świrów”. Kiedy nasi podopieczni dowiedzieli się, że mają sobie sami gotować, sprzątać itd., postawili weto. Nie po to wyjeżdżali w góry, żeby teraz tu pracować i sami siebie oporządzać.

Mówiąc eufemistycznie, sytuacja była nieciekawa. Dwóch terapeutów, ja żółtodziób i dwudziestka wkurzonych, stawiających opór wariatów, których reakcje trudno przewidzieć.

Trzygodzinne negocjacje z podopiecznymi niewiele dały. Wszyscy byli zmęczeni, a doszliśmy do impasu. Ja oprócz tego, że zmęczona, to jeszcze trochę wystraszona, czułam coraz mocniej, że mam tego wszystkiego dość. Wkurzała mnie roszczeniowość ludzi, którymi miałam się opiekować. Odnosiłam wrażenie, że używają swojej choroby („jestem wariatem, wszystko mi wolno”), po to by nami pogrywać i wygodnie ustawić się w obecnych okolicznościach. Byłam zła. Z terapeutycznego punktu widzenia przelewanie swoich frustracji na pacjenta jest wysoce nieprofesjonalne. Praktyką jest więc trzymanie swoich emocji w ryzach i zorientowanie na dobru klienta.

Ja jednak byłam żółtodziobem, i to żółtodziobem mocno wkurzonym, dlatego w pewnym momencie pękłam i wyparowałam:

– OK, w takim razie tkwijcie sobie dalej w tym wariactwie! Po co się starać? Niby mówicie, że chcecie żyć normalnie, ale jak dla mnie to raczej wygodnie wam z tym świrowaniem. Niegodne was jest stanięcie przy garach, dyżury sprzątaniowe, ale bycie świrem brzmi dumnie, nie?! – dodałam sarkastycznie. – No to dalej. Nic nie róbcie, tkwijcie sobie w tej waszej zacnej rzeczywistości. I niech inni wam służą, bo wam – wariatom – się należy!

Na pokładzie zapadła cisza. Terapeuci w myślach kroili mnie na kawałki za ten skandaliczny akt nieprofesjonalizmu, jakim się wykazałam („Przecież to może zregresować pacjentów!!!”). Tymczasem „wariaci” powstali i rozeszli się do swoich pokojów, uprzednio zgodnie oświadczając, że jednak wezmą się do roboty.

Z terapeutycznego punktu widzenia spartoliłam wówczas sprawę po całości, dając wyraz swoim autentycznym emocjom. To, że akurat moje działanie okazało się skuteczne i nikomu nie zaszkodziło, było – jak wtedy sądziłam – kwestią przypadku i łutu szczęścia. Ale…

Amerykański terapeuta Frank Farrelly dowiódł, że podobne do tamtego mojego spontanicznego działania zabiegi można stosować z premedytacją i że mogą one przynosić pożądany z psychologicznego punktu widzenia skutek. Premedytacja ta polegać ma na wcielaniu się terapeuty w rolę adwokata diabła, który to będzie wzmacniać poczucie dyskomfortu pacjenta, po to by wywołać w nim określone emocjonalne reakcje, ostatecznie skutkujące działaniem, nie zaś tak częstą w różnych psychicznych dysfunkcjach biernością czy ucieczką. Swoje podejście Farrelly nazwał terapią prowokatywną.

Tej autorki: TRE – uwolnić się od stresu i traum

Uzdrawiająca prowokacja

Farrelly był uczniem Carla Rogersa, twórcy psychoterapii zorientowanej na klienta, gdzie warunkami pracy z tymże są empatia, bezwarunkowa akceptacja i autentyczność. Prowokatywne metody pracy Farrelly’ego z pacjentami jeżyły Rogersowi włos na głowie, bo wydawały się łamać większość standardów, na których bazowała jego metoda. Ale Farrelly był skuteczny. Tam, gdzie inni specjaliści latami nie osiągali żadnych rezultatów z pacjentami psychiatrycznymi, on dość szybko osiągał imponujący progres.

Trzymał się założeń metody Rogersa, był empatyczny, ale uznał, że empatia nie musi oznaczać cackania się z klientem jak z jajkiem. Bezwarunkowo akceptował klientów, ale doszedł do wniosku, że nie musi akceptować ich chorych zachowań. W końcu skonstatował też, że nie może być autentyczny w relacji z pacjentem, jeśli będzie się sztywno trzymał tzw. profesjonalności, zasłaniając się nią niczym murem, po to by zachować własną twarz, ale odzierając się tym samym z tego, co ludzkie.

„Szczere odrzucenie przez terapeutę pewnych zachowań jest bardziej terapeutyczne od sztucznej akceptacji czy niezaangażowanej obojętności” – twierdził Frank Farrelly.

Według niego „w środku wielu pasywnych terapeutów wierci się terapeuta prowokatywny, który wydziera się w niebogłosy, żeby go wypuścić”.

Dlatego więc, kiedy pacjent wkurzał Farrelly’ego, ten bez ogródek mówił mu o tym („jesteś jak wrzód na dupie”). Gdy użalał się nad sobą, on z rozmachem wchodził w to jego użalanie i hiperbolizował je do granic absurdu. Obśmiewał słabości swoich klientów, naigrywał się z ich problemów, potęgował ich złe opinie o sobie, doprowadzając ich do stanu wściekłości bądź ataków śmiechu, ale tym samym wyrywając ich z pewnej pielęgnowanej przez nich latami katatonii, z owej gównianej przerębli, w jakiej się na dobre umościli.

2 komentarze
  1. To techniki powszechnie stosowane w monarach praktycznie od poczatku ich istnienia, terapia dyrektywna, konfrontacja, dosyc prosta do wprowadzania w zycie, w praktyce sprowadzala sie to do HASŁA : albo rob co ci każę albo giń, nie każdy zasluguje na TRZEŹWOŚĆ!

    To skuteczna technika w odsiewaniu tych mniej zmotywowanych, słabszych jednostek, troche taka naturalna selekcja uwzgledniajaca ciche założenie, ze albo ktos jest zmotywowany, albo życie musi go zmotywować, sprawdzala sie i wielu terapeutów teskni za jej względną prostota… Kazdy ma prawo wybierac droge jaka chce, ale to droga jest najlepszym nauczycielem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać
Stoik Piotr Stankiewicz

Być jak stoik

Czy warto być stoikiem? Czy każdy może nim zostać? Czym jest współcześnie rozumiany stoicyzm? Czy stoicyzm może nam…
ciało umysł medytacja

Sztywne ciało – sztywny umysł

Od zabarwienia i natężenia myśli zależą nasze emocje i działania, które podejmujemy. Również ciało odpowiada na to, co dzieje się w naszej głowie.
Tomek Gruba cel egzystencji

Jesteśmy tu po to, aby doświadczać

Kim właściwie jesteśmy i jaki jest cel naszej egzystencji? – warsztat zabierający uczestników na poszukiwanie odpowiedzi właśnie na…
terapia ilona gajak

Kiedy i dlaczego warto skorzystać z pomocy terapeuty

Wiele osób, które mają problemy z radzeniem sobie z emocjami, ma opory przed skorzystaniem z fachowej pomocy. Ilona Gajak rozwiewa mity na temat psychoterapii i mówi, jaki cel można osiągnąć z pomocą terapeuty.