„Sztuka potrafi zmienić rzeczywistość, zarówno tę w nas, jak i tę na zewnątrz. Ja dzięki niej odzyskuję kobietę w sobie” – o dziecięcych traumach i wyzwalaniu się z nich poprzez malarstwo opowiada artystka Marzena Ablewska-Lech.

Spotkałyśmy się przez… COVID-19. Gdyby nie kultura w kwarantannie na Facebooku, moja ręka nie zastygłaby podczas przewijania. A tak, zobaczyłam Twoje prace i wsiąkłam. One nie były ładne, piękne czy interesujące. To była magia. Czy masz świadomość tego wpływu na ludzi?
Marzena Ablewska-Lech:
Wraz z kulturą w kwarantannie zmusiłam się do wyjścia z bezpiecznej jaskini, co wciąż jest u mnie rzadkością. Co do pytania, spory czas nie byłam świadoma, że poprzez to, co tworzę mogę wpływać na innych. Wynikało to z całego zestawu kompleksów, z jakim wchodziłam w bycie artystą. Jednak kilka lat temu znajoma, pracująca wówczas w jednej z lokalnych szkół średnich, pokazała mi szkolną gazetkę, gdzie jeden z uczniów wymienił mnie jako inspirującą osobę. Od tego momentu rozumiem,  że rzeczywistość wokół siebie powinnam, jeśli tylko mogę, kształtować z pełną świadomością. Oczywiście rozumiem, nie znaczy, że pojmuję. Wpływ mojej sztuki na innych to wciąż dla mnie pojęcie abstrakcyjne. 

Twoje prace są bardzo charakterystyczne. Jednych hipnotyzują, zachwycają, innych odpychają i budzą w nich niepokój.
Często słyszę, że to, co tworzę jest dziwne, że wywołuje niepokój albo sprzeczne emocje, że coś przestawiają w głowie, gdy się na nie zbyt długo patrzy. Formalnie mieszam w nich porządki, lubię wprowadzać subtelności, takie jak np. spadająca perspektywa, która wygląda jak źle nakreślona, albo dwie lewe stopy, czy też brak jednej piersi w postaci mojej Madonny. Złapane przez odbiorcę na gorącym uczynku nieoczywiste drobiazgi, mogą wzmacniać odbiór dzieła, ale przeoczone na poziomie podświadomym wzbudzać niepokój czy rozdźwięk. Nie wiem, co i dlaczego tworzy taki odbiór moich prac, nie jestem ich odbiorcą, a twórcą. Być może obsesyjne, fanatyczne i miejscami naiwne uwielbienie przeze mnie szczegółu, być może niemal wszechobecny u mnie horror vacui (łac. lęk przed pustką) jednych zachwycają, a innych odpychają. 

Określasz siebie jako półsamouka…
Skończyłam Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych im. Józefa Pankiewicza w Katowicach, więc częściowo mam formalne wykształcenie. Ale na Akademię Sztuk Pięknych już się nie dostałam, więc wedle niektórych instytucji nie jestem pełnoprawnym artystą, co najwyżej technikiem plastykiem. A ponieważ ludzie uwielbiają szuflady, to z przekory wymyśliłam tego półsamouka, żeby ci, którzy muszą, mogli mnie gdzieś wreszcie włożyć. 

Czytałam Twój blog, na którym wspominasz o traumach z dzieciństwa. Czy one stały się wyzwalaczem do tworzenia tak sugestywnej i niekiedy mrocznej sztuki?
Traumy, o których wspominam u siebie, pozwoliły mi się zbuntować i w takim sensie był to wyzwalacz. Rodzice kategorycznie nie zgadzali się na liceum plastyczne. Dla nich, z jakiegoś nieokreślonego powodu, było ono równoznaczne z zawodówką, a oni marzyli o prawniku, ewentualnie o nauczycielu języka angielskiego. Wewnętrzny sprzeciw na taki stan rzeczy rósł we mnie i rósł. W końcu egzaminy do liceum zdawałam bez ich wiedzy. W ten sposób zaczęła się moja podróż w sztukę. Sztuka otworzyła mi drzwi do wyjścia z mojego trudnego domu i muszę powiedzieć, że stale otwiera mi jakieś kolejne. Traumy na pewno otworzyły we mnie wrażliwość. Sztuka za to je koi. Oba te elementy uzupełniają się, splatają w moim życiu. 

Sporo w Twoich pracach kobiet. Kobiet świadomych swojej erotyki, siły, czasem przerażających, niekiedy przedstawionych jako pożywka. Innych niż te, które sprzedaje nam współczesna kultura.
W okresie dojrzewania, kiedy kształtowała się moja kobiecość, doświadczyłam molestowania seksualnego. Moja relacja z matką przerodziła się w zimną i trudną, straciłam wtedy sporą część własnej tożsamości. Wszelkie wewnętrzne wzorce dotyczące kobiecości wzięły w łeb i musiałam je jakoś na nowo odnaleźć, poskładać z tego, co zostało. W tym czasie zaczęłam chodzić do liceum plastycznego, oswajać się na powrót z własnym ciałem i uczyć na sobie anatomii. Jako jedna z niewielu w szkole przynosiłam z pracy domowej akt jako studium postaci. Często słyszałam wtedy uwagi, że zbytnio skupiam się na cechach płciowych, zamiast na studiowaniu światłocienia. Nie wiem, rysunki zostawiłam w teczce na Akademii i po oblanych egzaminach nigdy po nią nie wróciłam, ale pewnie coś w tym było. Wtedy usilnie szukałam siebie poprzez ciało, dopiero później zaczęłam wchodzić głębiej. Oswajałam się z własną seksualnością, z własnymi bliznami i blokadami poprzez obraz kobiety w mitologii i w różnych systemach wierzeń. Poznawałam różnorodność archetypów związanych z kobiecością, zaczynałam rozumieć, ile z tych kobiet-symboli, kobiet-pomników przeszło przez podobne do mojego piekło. To była moja terapia poprzez tropy kulturowe i myślę, że wciąż jest. Sztuka potrafi zmienić rzeczywistość, zarówno tę w nas, jak i tę na zewnątrz. Ja dzięki niej odzyskuję kobietę w sobie. A że te moje kobiety odstają nieco od współczesnego obrazu? Każda z nas jest inna, a nie z metra cięta.

Jak malowanie/rysowanie pozwala wyjść poza siebie, nazwać rzeczy, stany nieuchwytne?
Sztuka łamie język. Język traktuję tu za Wittgensteinem, w skrócie jako umowną grę z regułami podlegającymi ograniczeniom. W sztuce te zasady nie są obligatoryjne, możesz wyjść poza nie, tworząc nowy, dekonstruując stary świat, albo łącząc ich pozornie niełączalne elementy. I wtedy na suchej powierzchni języka zaczyna zgrzytać, pojawiają się szczeliny i wyłomy, z których łypie na nas głębia. To interesuje mnie najmocniej, tam nurkuję podczas pracy, w te podskórne, podświadome wody. Artysta pracujący w ten sposób jest podobny do poławiacza pereł, wydobywa z głębokości symbole i czasem zdarza się, że te otwierają się przed odbiorcą w doświadczeniu na kształt metafizycznego. Jako artysta jestem tylko narzędziem z odpowiednio wysokim poziomem wrażliwości i dziecięcej ciekawości, przekaźnikiem pomiędzy tym, co podświadome, zewnętrzne czy duchowe a odbiorcą. Tak to widzę w teorii. Na poziomie prywatnym, intymnym, tworzenie pomaga uporządkować własny wewnętrzny bałagan, bo podczas tego procesu sięgania w głąb zaglądam przede wszystkim w siebie, dlatego to taka cudowna forma terapii.

Oprócz „inkrustowania” szczegółami, magnetyzowania zagadką (ja prawie słyszę szeptany sekret) dużo jest u Ciebie wywnętrzania się. Dosłownie…
Nie wiem, czy to dobre, być może nawet dla części widzów jest to niesmaczne. Ale wybrałam kierunek, którym podążało wielu twórców i twórczyń przede mną (chociażby Frida Kahlo, Sylvia Plath, Francesca Woodman, Tracey Emin, Derek Jarman). To tworzenie katartyczne, cielesne, otwarte i z trzewi, niejako szukanie ducha w maszynie. Jest taki wiersz Świetlickiego McDonald’s, który opisuje, jak poprzez to uzewnętrznianie można wejść, do tego co „pod”: 

Pierwsza warstwa: skóra.

Druga warstwa: krew.

Trzecia warstwa: kości.

Czwarta warstwa: dusza.

Wielowarstwowość, ciemność i rzeczy ukryte, przeczuwane, sny stanowią motor Twojej twórczości.
W ten sposób chcę pokazać naszą drugą stronę. Tę, której unikamy, patrząc w lustro. Tę, którą jest nam wygodniej zakneblować w sobie, żeby udawać, że jej nie ma. Ciemna nie znaczy zła, to może być słabość, ból, strach, wszystko, co nie pasuje do modelu współczesnego übermenscha (nadczłowieka – red.), który ma iść przez życie bez wątpliwości, bez sentymentów, bez zatrzymywania się. Krzysztof Mazik, właściciel galerii Inny Śląsk w Tarnowskich Górach, którego bardzo szanuję, powiedział mi kiedyś, że moje prace są do powolnego czytania. Że przy nich trzeba stanąć, że są do intymnego oglądania (być może dlatego nie mam hordy fanów (śmiech). Dodałabym, że są do wglądu w siebie. Żeby o sobie przypadkiem w tym szaleńczym tempie nie zapomnieć. 

Ulubiony motyw, do którego najczęściej wracasz to…
Bestia. Zezwierzęcam zamiast wykładać wprost, tworzę drapieżne kwiaty o fallicznych czy przypominających waginy kształtach, osobliwe istoty zasiedlające prywatne bestiariusze relacji. Animizuję emocje. 

Co zmienił w Tobie i w procesie tworzenia wyjazd z Polski?
Czuję się wolna i odczuwam ulgę. W Anglii nikt mnie nie ocenia, nikt nie próbuje nawracać na swój punkt widzenia, a uśmiechanie się do ludzi nie jest tu oznaką frajerstwa. Nauczyłam się wrażliwości na drugiego, na inną kulturę, na inne zdanie. I ta paczworkowość Londynu, ten cudownie kolorowy tygiel kulturowy. Tu nie da się mieszkać, nie będąc otwartym na inność. Wyjechałam klasycznie, za mężem. Musiałam zdecydować czy żyjemy bezpiecznie, ale na walizkach, odseparowani od siebie, czy mniej bezpiecznie (brexit, horrendalne koszty wynajmu), ale jako rodzina. Poza tym, krajobraz polityczny w Polsce zaczął się zmieniać na niekorzyść kobiet i wolności artystycznej, a mam dwie córki i jestem artystką, więc nie muszę mówić nic więcej. 

Blog Marzeny Ablewskiej-Lech: https://marzenaablewska.blogspot.com/

Prace:

https://www.saatchiart.com/marzenab

http://www.arte.fm/Marzena-Ablewska-Lech-2063

https://niezlasztuka.net/portfolio/marzena-ablewska-lech/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj imię