szeryf

Szeryf: Nieważne, że upadasz, ważne, że się podnosisz

0 udostępnień
62
0
0

 

W poniedziałkową noc 15 marca w płomieniach stanęły stajnie, minizoo oraz obiekty rekreacyjne w miasteczku westernowym Wild West Ranch w Rumi. Pożar strawił niemal cały obiekt, ale dzięki Adamowi Mazurkowi zwanemu Szeryfem żadne ze zwierząt nie zginęło, choć on sam trafił do szpitala z poważnymi poparzeniami. Dziś opowiada nam o tamtej nocy i o swoim życiu, które powiodło go do stworzenia rancza.

Marta Dudziak: Czuje się pan bohaterem? Takim okrzyknęły pana media po pożarze na Wild West Ranch.

Adam Mazurek (Szeryf): Żaden tam ze mnie bohater. Zrobiłem, co należy. To był mój obowiązek. Obowiązek gospodarza. Każdy gospodarz zobowiązany jest ratować to, co znajduje się pod jego opieką.

Co się właściwie tamtej nocy wydarzyło?

Kiedy pojawiłem się na ranczu, już się paliło. Najpierw od przodu, ale szybko zajęły się bramy i ogień szedł w kierunku części imprezowej. Stała tam 200-metrowa wiata, gdzie wszystko magazynowaliśmy. Ona też zajęła się ogniem, pochłaniając nasz dorobek z kilkunastu ostatnich lat.

Pracujący tu na co dzień Marcin Michalewski pobiegł z drugiej strony, by ratować konie. Ja chciałem dotrzeć do niego z innej strony, ale zderzyłem się z palącą się przyczepą. Padłem na ziemię. Gdy dotarłem do Marcina, on dwa konie zdołał już wyprowadzić, ale kolejne nie chciały wychodzić, w panice kręciły się w kółko. W końcu jakoś udało się nam je wygonić. Pobiegły przed siebie. Spojrzałem potem za nimi i zapamiętałem ten obraz – stały w oddali na torach, w łunie ognia.

Ale były też i inne zwierzęta?

No tak, króliki, kury, gęsi, owce, lama i inne.Każde wyciągaliśmy pojedynczo, bo każde ma przecież swoją klateczkę na noc, swoje zamknięcie. To jest straszne, jak człowiek zda sobie sprawę, że w tak dramatycznej chwili to zwierzę z tej swojej zamkniętej przestrzeni nie ma szansy uciec, jeśli ktoś mu nie pomoże, nie otworzy i go nie wyciągnie. Ono wylęknione, zagubione może jedynie czekać na pomoc. Tak więc my w tym wszystkim pędziliśmy z jednego miejsca na drugie. To był jeden wielki pęd, szybkie rejestrowanie punktów, gdzie jeszcze się nie było. Chaos. Czasami wracaliśmy w to samo miejsce, bo człowiek w stresie nie pamięta, nie ma pewności czy już gdzieś był, czy o kimś nie zapomniał.

Nie myślał pan wtedy, że naraża życie i zdrowie? Niektórzy powiedzieliby: „To przecież tylko zwierzę”, a pan sam ledwo uszedł z życiem.

Zwierzęta to nasza rodzina. I tak jak w rodzinie jesteśmy ze sobą na dobre i na złe. Są chwile przyjemne, fajne, ale są i trudne. Gdy któreś ze zwierząt zachoruje, jest nerwówka, szukanie weterynarza, leczenie. A kiedy jednak nie uda się mu pomóc i zwierzę odchodzi, jest smutek, żal. I to takie, że człowiek nie zaśnie w nocy.

Skąd w ogóle pomysł na stworzenie Wild West Ranch?

Z marzeń. Marzenia zawsze miałem wielkie. Od dziecka fascynowały mnie wyjazdy w różne miejsca na świecie, przygody. Moich rodziców nie było jednak stać na to, by je spełniać. Jednak w tamtych czasach, gdy byłem mały, dzieci były bardzo kreatywne. Cokolwiek znalazło się na ziemi, zaraz robiło się z tego użytek – powstawał jakiś karabinek czy inna zabawka. Rodzice nie mieli ze mną lekko. Jak nie budowałem lotni, to z dachu próbowałem latać wymyślonym przez siebie samolotem, jak nie to, to znów coś innego. Kombinowałem cały czas.

Marzenia o podróżach zaspokajałem czytając książki – wszystkie po kolei przygody Szklarskiego, Winnetou Maya itd. Potem z kolei, w czasach młodości, w każdą niedzielę po południu oglądałem westerny. Fascynował mnie ten świat, ciągnęło mnie do przygody.

Niestety, przez wypadek młodość gdzieś mi uciekła. Być może dlatego później miałem jeszcze większe parcie na to, żeby zrobić coś szalonego, żeby te marzenia zrealizować.

Jaki wypadek?

W 1986 roku, jako 19-latek, miałem wypadek na motocyklu i to mnie mocno unieruchomiło. Przeszedłem kilkanaście operacji, rok spędziłem w szpitalu, a potem przez kolejnych 16 lat chodziłem o kulach. Moja prawa goleń w wielu miejscach była złamana i do dziś muszę sobie opatrunki robić. Chodziłem z dwiema kulami, bo tej nogi nie mogłem postawić, gdyż się wyginała. Za to wzmocniły się ręce (śmiech). Potem udało mi się jedną kulę rzucić i poruszać się przez kolejne trzy lata tylko o jednej. To właśnie wtedy zaczęła się moja przygoda z końmi. Było to jakieś 20 lat temu. Organizowałem festyn Country Rumia i zamarzyło mi się wjechać na tę imprezę na koniu. Nie udało się. Zacząłem próby jeżdżenia, ale było to nieziemsko trudne. Jednak… kiedy wsiadłem na konia poczułem wiatr. Matko Boska, co za uczucie! Już wiedziałem, że jest po mnie.

O tym, jak wypadek może wpłynąć na życie przeczytaj we wspomnieniach Marty Dudziak.

To znaczy?

To znaczy, że złapałem bakcyla. I jak znajomy sprzedawał konie, kupiłem od niego swojego pierwszego wierzchowca. Chwilę później już był drugi. I odżyły dawne marzenia związane z klimatem Dzikiego Zachodu. Pojawił się pomysł stworzenia rancza, głównie z myślą o dzieciach, by łapały kawałek tamtego świata. Powstało pierwsze tipi, a potem małymi nakładami wszystko się rozwijało. Z roku na rok było tego więcej. Kolejne tipi, wioska indiańska, a później minibaza wojskowa, strzelnica. Zaś do koni dołączyły pierwsze owieczki, lama itd. i powstało minizoo.


może Ci się spodobać

Ciało jest najważniejsze

Dramatyczne sytuacje zapisują się w ciele. Ciało wszystko pamięta. Trauma zapisana w ciele musi zostać uwolniona, abyśmy mogli…

Góry nagradzają przygotowanych

W dzikich górskich przestrzeniach można odnaleźć kojące widoki i świadomość, że potrafimy być niezależni od cywilizacyjnych udogodnień. Jednak…
agnieszka michałowska akcja amputacja

Amputacja. I co dalej?

Gdy przebywasz w gronie osób, które doświadczyły amputacji, szybko dochodzisz do wniosku, że możesz się od nich wiele…