Sylwia Chutnik
Sylwia Chutnik © Marcin Łobaczewski

Sylwia Chutnik: Czasem bywam odważna

54 udostępnień
54
0
0

Wspomniałaś, że jak się boisz, to zamykasz oczy, chwilę trwasz z lękiem, po czym robisz to, co jest do zrobienia. Ja zadaję pytanie: „Co najgorszego może mnie spotkać, jeśli…?”. Albo obiecuję sobie jakieś nagrody za przełamanie strachu.
Nagrody są najlepsze! Bez nagród nie ma życia i nie interesują mnie żadne teorie psychologiczne na ten temat. Pod warunkiem że nagrodą nie są używki…

…albo pudełko ptasiego mleczka.
Właśnie. Używki to tracenie nad sobą kontroli, a nie nagroda. Nagrodami nie muszą być też rzeczy materialne. Mogą nią być np. obejrzenie odcinka dobrego serialu albo to, że do końca dnia nie robisz niczego związanego z pracą.

Wspomniałaś, że z wiekiem twoje podejście do odwagi ewoluuje, a jak jest ze strachem? Jak się już człowiek wielokrotnie odważał go pokonać, to przestaje się tylu rzeczy i tak bardzo bać?
Mogłabym się tu pokusić o jakąś piękną literacką odpowiedź, ale prawda jest taka, że w moim przypadku im jestem starsza, tym bardziej jestem wkurzona. I boję się, co ze mnie wyrośnie, jak dożyję do bycia babcią. Oczami wyobraźni widzę siebie jako jakąś koszmarną babę, która wszystkich się czepia, non stop robi awantury, tłucze laską i nie wiem, co jeszcze. Ja się radykalizuję. Tak więc mam wątpliwości czy to, czego z wiekiem mi przybywa to odwaga, czy może raczej ogień i wkurw.

Na pewno z czasem do pewnego poziomu strachu można się przyzwyczaić, np. kiedy ostatnio jechałam autobusem z kibolami, w ogóle się nie bałam. Dwadzieścia lat temu bym się bała, bo przecież oni – dziary, a ja tęczowa, a teraz miałam nastrój: „no podejdź, tylko spróbuj, jestem od ciebie dwa razy starsza”. Czułam się jak nobliwa pani, która niczego się już nie boi. Za to zawsze boję się przed premierą nowej książki i myślę, że ten strach nigdy nie zniknie.

Co cię w tym tak przeraża?
Na przykład budzę się w nocy i myślę: „Jezus Maria, czy ja dobrze napisałam to nazwisko (książka jest historyczna)?”, „Boże, na pewno ktoś odkryje tysiąc błędów, powstanie wielki artykuł na pierwszej stronie „GW”, że zła książka”. Wszystkie te rzeczy są elementem strachu wokółpremierowego. Po premierze natomiast włącza mi się coś innego – syndrom odrzucenia, a potem kaca, kiedy to żałujesz, że w ogóle napisałaś jakąś książkę. Wszystko to już przerabiałam wielokrotnie, ale strachy te wciąż mi towarzyszą, tyle że nieco już oswojone.

Przypomina to taki matczyny strach o własne dzieci.
Dokładnie. Myślę, że większość matek wie, że on się nigdy nie skończy. Moja babcia powiedziała raz: „Mój syn ma 60 lat i boję się o niego tak samo, jak wtedy, gdy miał lat pięć”. Wiesz pewnie sama z doświadczenia jak irracjonalne są te strachy i żeby żyć, musimy sobie z nimi radzić. Co nie znaczy, że one znikają. Po prostu wiemy, że one są i już. Znamy je i z czasem zaczynamy im mówić: „Cześć”. Trochę z przyzwyczajenia, a trochę z lepszej znajomości siebie. Jak się przykładowo chodzi na terapię, to człowiek ma na początku taką iluzję, że wszystko się zaraz naprawi, wskoczy na swoje miejsce i będzie jak trzeba. A okazuje się, że nie. Że pewne rzeczy, nie ma bata, nie będą nigdy idealne, nie poprawię ich w sobie. Czasem włącza się też taki automat. Coś się dzieje, ale nasz organizm mówi: „stop”. Już tak się „wybałaś”, że dosyć. Człowiek może zwyczajnie zmęczyć się strachem.

Znam wiele historii kobiet po trudnych doświadczeniach, które zmusiły je do radykalnej zmiany życia. Często słyszałam od nich, że dzięki owej zmianie odkryły swoje prawdziwe ja. Nie wierzę w takie rzeczy. Kto wie, która „ja” była prawdziwa. To się po prostu zmienia, my się zmieniamy, dojrzewamy, dorastamy do zmian. U kobiet często manifestuje się to tym, że nagle zaczynają się inaczej ubierać, zmienia się im gust kulinarny, na pewne rzeczy nie mogą patrzeć, bo im się źle kojarzą. I dla mnie to na ogół nie jest pozbycie się strachu, to nie jest odwaga. To jest znalezienie się w innym momencie, na innym etapie. Ja na przykład nadal boję się radykalnych zmian w swoim życiu, bo nadal te jawią się mi jako rewolucja, a nie ewolucja. Ale mimo wszystko w nie wchodzę. Bo z doświadczenia wiem, że jak się to zrobi, to potem już leci jak oczko w rajstopie.

A jednak wiele kobiet zdobywa się na odwagę dopiero w drugiej połowie życia. Może więc wiek ma tu jakieś znaczenie?
Myślę, że chodzi tu o pewien mechanizm, który wciąż działa, mimo że mamy XXI, a nie XIX wiek. Żyjemy w środowisku, w którym mniej lub bardziej, ale wciąż ważne jest, by kobieta szła utartą ścieżką. Mówi się jej: „Teraz wyjdziesz za mąż, potem urodzisz dzieci, będziesz na każde zawołanie wszystkich członków rodziny, twoje potrzeby są na drugim miejscu, bo praca opiekuńcza jest najważniejsza, ale za to czeka cię przysłowiowa szklanka wody na starość, ciepło rodzinnego ogniska, stabilizacja, mąż, który będzie się cieszył etc.”. Obiecuje się kobietom różne profity za to, że będą realizowały taki, a nie inny scenariusz. I szczególnie te osoby, które żyją według niego, w pewnym momencie budzą się i czują się oszukane. Okazuje się, że się naharowały i nic z tego nie mają. Rodzi się zdziwienie, niezgoda, bunt, a potem – jak dobrze pójdzie – przychodzi zmiana. Osoby, które przeszły ten proces przede wszystkim czują się zawiedzione. Zaczynają szukać siebie, co rzecz jasna po tylu latach, jest mega trudne.


Dlaczego to takie trudne?
Czas, przyzwyczajenia, wygoda. Wiara w to, że spełnianie czyichś oczekiwań będzie korekt, że najważniejsza jest rodzina. I nagle gówno jest.

I jak się wtedy odnaleźć?
Pracując w Fundacji MaMa, stykałam się z kobietami, które większość życia nie pracowały zawodowo, lecz na rzecz domu. W tanich filmach o kursach samorealizacji pokazano by pewnie, jak teraz każda z nich, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmienia się w nową „ja”. Tyle że nie tędy droga. Nie każda kobieta jest gotowa na kreację nowej siebie. Dla wielu z nich droga „domowa” jest ważna i cenna. Inne z kolei, które same jej nie wybrały, lecz została im narzucona, a one do niej przyzwyczaiły się, lecz nie stały się dzięki niej szczęśliwe, mogą próbować szukać własnej ścieżki, ale też nic na siłę.

Ja na przykład długi czas byłam sfrustrowana, bo miałam wrażenie, że wiem, co powinnam robić, co bym chciała, ale tego nie robiłam. Miałam o to do siebie pretensje, że zmarnowałam czas, że głupia jestem, że tak długo czekałam, a przecież miałam wszelkie przesłanki i warunki do działania. Nękałam się tym i nękałam, aż w końcu pomyślałam: „A w dupie z tym”. Po prostu nie byłam gotowa. Bo jak już mówiłyśmy, żeby zrobić krok, być odważną, trzeba do tego dojrzeć lub poczekać na właściwy moment. Problem w tym, że jak już się to stanie, jak przejrzysz na oczy, to niestety, ale to jest już na zawsze. Nie da się wrócić do tego, co było dawniej. Czasem kobieta pójdzie na jakiś warsztat, kurs, terapię, spadają jej z oczu łuski, wraca do domu i nie jest już w stanie patrzeć na swoją rodzinę tak samo, nie jest już w stanie ciągnąć dalej pewnych relacji. I wszyscy są wkurzeni, bo jak to: „była miła, a nagle wszystko jej przeszkadza”.

Dlatego czasem gdy słyszę, że kobieta musi odkryć swoje ukryte ja, zobaczyć, co ma w środku, to mam ochotę odpowiedzieć: „Serio? To uważaj, bo może się okazać, że musisz wiele zmienić. Naprawdę jesteś na to gotowa?”.

Nie jestem za tym, by żyć byle jak, ale z drugiej strony nie każdy będzie potrafił uporać się z konsekwencjami nowego życia.


Wiele twoich bohaterek to buntowniczki, bardzo odważne, waleczne kobiety. W pamięci utkwiła mi zwłaszcza Marysia z twojej pierwszej książki. Ta, która zaklejała system gumą do żucia.
Zawsze lubiłam kobiety silne, imponowały mi, ponieważ sama nigdy nie postrzegałam siebie w tych kategoriach. Strasznie mi imponowały postacie kreatywne czy to w nauce, czy w sztuce. Miałam zawsze takie fanowskie podejście do tego, wycinałam zdjęcia z gazet, robiłam portrety. Do tej pory mam w domu pełno zdjęć kobiet, które mnie inspirują. Na biurku, siedząc teraz i rozmawiając z tobą, widzę Alinę Szapocznikow i Fridę Kahlo. W przedpokoju mam mandalę zrobioną z twarzy różnych kobiet, które są dla mnie ważne. Nasycam się nimi jak totemami. Jak mam chwile zwątpienia albo takiego bumelanctwa, opieprzania się zamiast robienia swojego, to patrzę na nie i ruszam tyłek. „O kurde, filuje na mnie moja profesorka, promotorka mojej pracy” – zajarzam i od razu zbieram się w sobie. One nie działają na mnie karząco czy nadzorująco, lecz stanowią inspirację. Obecnie piszę „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”. W tej książce opisuję sto wspaniałych kobiet (niestety tylko sto mogę) i co już jest zupełną zgrozą, na opis każdej mam limit 1500 znaków. Można by zatem powiedzieć, że powinnam się w miarę sprawnie ogarnąć z robotą, tymczasem będzie to pewnie najdłużej pisana przeze mnie książka, bo jak sobie czytam o tych wszystkich bohaterkach, to tak się ekscytuję ich życiorysami, że nie potrafię się oderwać. Są moimi idolkami. Jak o nich myślę, od razu uruchamia mi się pytanie: „Serio? Ty się boisz? Zobacz na tamtą. Musiała ryzykować życie, żeby ona i inne dziewczynki mogły się uczyć. Więc, sorry, twoje problemy, że ktoś skrytykował twój felieton są z deczka żałosne”. Odważne, heroiczne kobiece postaci otwierają klapki. Pokazują, że można chcieć pewnych rzeczy, można się nie bać, że warto o nie zawalczyć. One przecież właśnie tak zrobiły, zmieniając tym kawałek świata na lepsze.

O najnowszej książce Sylwii Chutnik Miasto zgruzowstałe. Codzienność Warszawy w latach 1954–1955 można przeczytać na stronie Wyd.Ossolineum.


Sylwia Chutnik

Charyzmatyczna polska pisarka, feministka, kulturoznawczyni, działaczka społeczna, a także wokalistka, twórczyni kolaży i matka. Autorka m.in. powieści Kieszonkowy Atlas Kobiet (2008), Dzidzia (2009), Cwaniary (2012), Jolanta (2015), Smutek cinkciarza (2016), zbioru opowiadań W krainie czarów (2014) oraz książki historycznej Warszawa kobiet (2011). Laureatka nagród literackich i społecznych, m.in. Paszportu „Polityki” (2008), Społecznego Nobla Fundacji Ashoka (2010), nagrody Fundacji Polcul (2011) i Nagrody Miasta Stołecznego Warszawy (2018); trzykrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike (2009, 2012, 2015). W 2006 roku założyła Fundację MaMa, działającą na rzecz praw matek w Polsce. Jej naukowe zainteresowania dotyczą historii kobiet, antropologii miasta, pamięci kulturowej i kontrkultury kobiecej.

reklama
reklama
może Ci się spodobać
Ewa Woydyłło

Ewa Woydyłło: Rozwój to zmiana

Jakie cechy, jaką wiedzę trzeba posiadać, jeśli chce się komuś pomagać?Przede wszystkim trzeba umieć dawać ludziom nadzieję, pokazywać,…