Sylwia Chutnik
Sylwia Chutnik © Marcin Łobaczewski

Sylwia Chutnik: Czasem bywam odważna

54 udostępnień
54
0
0

Bohaterki jej książek to buntowniczki, kobiety waleczne, odważne. A jaka jest ich twórczyni? „Wiem, że mój image mówi coś innego, że może jestem taka fafa rafa, totalnie do przodu, w rzeczywistości jednak jestem totalnie strachliwa, choć z wiekiem to trochę się zmienia. Tyle, że nie ewoluuję w stronę odwagi. Staję się za to coraz bardziej wkurzona” – wyznaje w rozmowie z nami Sylwia Chutnik.


Agnieszka Meyer: Dziś wyjątkowo chciałabym z Tobą porozmawiać mniej o literaturze, a więcej o odwadze. Nietrudno zauważyć, że w naszym kraju od kilku lat sukcesywnie podsycane są negatywne nastroje wobec ludzi niemieszczących się w przyjętym społecznie kanonie „normalności”. Trzeba odwagi, żeby stawić czoła tym nienawistnym tendencjom. Czy Twój coming out wypłynął na fali sprzeciwu wobec tego, co się teraz w Polsce dzieje?
Sylwia Chutnik:
Kiedy myślałam o tym, jak i czy w ogóle będę mówiła o swoim doświadczeniu, pierwotnie nie planowałam, by robić to jakoś spektakularnie. Nie chciałam też jednak niczego zatajać. Słowem bez wielkiego statementu, ale i bez krycia się z tym, kim jestem. Tej zasadzie jestem wierna od dziecka. Kiedy w wieku 11–12 lat zaczęłam wyglądać inaczej niż reszta rówieśników, przyjęłam – wtedy jeszcze zupełnie nieświadomie – że nie mam zamiaru ukrywać czegoś, co jest częścią mnie, a co być może odstaje od normy, ani za to przepraszać. Można więc powiedzieć, że konsekwentnie realizuję tę umowę z samą sobą. Kiedy pismo „Replika” zgłosiło się do mnie z prośbą o wywiad, oczywiście pojawił się we mnie rodzaj strachu czy niepewności, nie tyle związanej z tym, że teraz się wszyscy dowiedzą, że jestem „homo” czy „bi”, ale raczej z pozycji rejestrów zawstydzenia, że oto idziesz do gazety i mówisz o swoim życiu prywatnym. A ja – niezależnie od tego, w jakim związku jestem czy byłam – raczej chroniłam swoją prywatność. Nigdy nie widziałam się w roli celebrytki, która na łamach prasy opowiada, co robi z drugą osobą i co je na śniadanie. To wkroczenie w sferę prywatną, którą chronię. Wyjście z tym do prasy było dla mnie źródłem większego stresu niż powiedzenie w kraju Polska, że jestem nienormatywna. Do tego doszła też obawa o bezpieczeństwo mojego syna.

Sama jestem matką, więc dobrze Cię rozumiem.
Właśnie, bo o ile jesteśmy w stanie robić coś z własnym życiem, podejmować decyzje, za które potem ponosimy konsekwencje, te dobre i złe, o tyle współdecydowanie o życiu innych jest czymś szalenie trudnym. Szczególnie jeśli jest się mamą. W sensie prawnym mój syn nie jest jeszcze osobą pełnoletnią, moim obowiązkiem zatem jest go chronić. Jestem za niego odpowiedzialna.

Pamiętam tekst o Jacku Kuroniu, który pokazywał, że jego działalność uderzała nie tylko w niego (więcej siedział w więzieniu niż był poza nim), ale także w jego najbliższych (syn Jacka był bity przez bezpiekę). Skrzywdzić bliskich osoby niewygodnej dla systemu to znany sposób dyscyplinowania niesfornej jednostki. Widzimy to dziś np. w Białorusi – opozycyjna kandydatka na prezydentkę nagle musiała wyjechać do Litwy, bo prawdopodobnie ktoś groził jej rodzinie.


Na pewnym etapie życia, myśląc o strachu i odwadze, nieuchronnie zastanawiasz się zatem, jakie będą konsekwencje pewnych twoich działań dla innych i czy te działania są tych ewentualnych konsekwencji warte.

Odważyłaś się, więc rozumiem, iż uznałaś, że warto?
Uznałam, że warto, ale świadomość, że miało to jakieś znamiona odwagi, przyszła do mnie dopiero później. Gdy po wywiadzie gratulowano mi, mówiono, że to było odważne, dopiero wtedy zaczęłam myśleć w tych kategoriach.

Nie wszystko da się rozsądnie przekalkulować i zaplanować. Niekiedy robisz coś, bo wiesz, że zrobić to trzeba. Nie zawsze też dostrzeżesz wszystkie możliwe konsekwencje swoich działań. Prawdopodobnie, gdyby wszyscy kalkulowali, wiele spraw nie ruszyłoby naprzód.

Wiele lat temu w areszcie śledczym na Mokotowie prowadziłam zajęcia literackie dla osadzonych. Przez pół roku raz w tygodniu siedziałam tam, będąc panią nauczycielką. Kiedy opowiadałam to znajomym, pytali: „A nie boisz się z tymi facetami tam siedzieć?”.
Dopiero wtedy skonstatowałam, że rzeczywiście mogłabym się czegoś obawiać. Dopóki ktoś nie poddał mi myśli, że mogłabym się czegoś bać, takie emocje zupełnie się we mnie nie pojawiły. Podobnie było teraz. Dopiero post factum, kiedy ktoś zasugerował, że to, co zrobiłam można uznać za odważne, pomyślałam, że może coś w tym jest.


Czym jest dla Ciebie odwaga?
Lubię myśleć o niej jako o elemencie tożsamości.Ale nie takim, który jest stały, który można sobie wpisać w rubrykę „cechy charakterystyczne”. Uważam, że odwaga jest zależna od sytuacji. Osobiście od zawsze postrzegałam się jako osobę totalnie strachliwą, serio. Wiem, że mój image mówi coś innego, że może jestem taka fafa rafa, totalnie do przodu, w rzeczywistości jednak nigdy tak nie było i nie jest. Jestem strachliwa, ale może też dlatego jestem dla ludzi wiarygodna w tym, co robię. Nie kryję swoich emocji, nie strugam cwaniary ze swoich książek (Cwaniary, Sylwia Chutnik, 2012, Wyd. Świat Książki; 2020, Wydawnictwo Znak), choć może chciałabym taka być. Pewnie dlatego piszę książki, kreując takie silne i odważne bohaterki.

Oczywiście rzeczy, które robię mogą się kojarzyć z jakimiś odważnymi czynami, ale to są pojedyncze momenty czy sytuacje, kiedy tę odwagę włączam. Dlatego lubię mówić o niej jako elemencie tożsamości, bo żeby się na nią zdobyć, dużo trzeba sobie w głowie poprzerabiać i do tej odwagi dojrzeć.

Jak u Ciebie wygląda to dojrzewanie do odwagi?
Kiedy jako 12-latka zrobiłam kolorowe włosy i ozdobiłam twarz kolczykami, moja mama nie wiedziała, co ze mną począć, bo przecież byłam za mała na bunt. Ale coś mnie do tego buntu popychało. Jako starsza już nastolatka też wyglądałam inaczej niż rówieśnicy. Była połowa lat dziewięćdziesiątych, na ulicy wielokrotnie z powodu mojego ekstrawaganckiego wyglądu spotykały mnie nieprzyjemności. A mimo to ryzykowałam. Czy to można nazwać odwagą, czy raczej rodzajem jakiegoś buńczucznego zachowania młodości, bez przejmowania się konwenansami? I dalej, czy odwagą można nazwać to, że kiedy w wieku 24 lat urodziłam syna, dwa tygodnie po porodzie pojechałam z nim na festiwal muzyczny? Czy taka odwaga w stylu „juhu, robię co chcę, sky is the limit”, podpada w ogóle pod tę kategorię? Teraz, gdy mam 41 lat, myślę sobie: głupia byłam, z dzieckiem dwutygodniowym, na festiwalu punkowym pod sceną! Nie wiem czy teraz bym to zrobiła.

Nie wiem też czy coś, co robię dziś i co z dzisiejszej perspektywy wydaje się odważne, za kolejnych parę lat znów nie wyda mi się głupotą. Widzę jednak, że u mnie pojęcie odwagi ewoluuje wraz z doświadczeniem oraz z okolicznościami, z jakimi przychodzi mi się mierzyć.

Może wartość odwagi należy także mierzyć szerszym kontekstem, np. na ile nasz akt odwagi staje się wartością nie tylko dla nas, ale też dla innych?
Fakt, że zrobiłam coś, jak się okazało, odważnego, co budzi społeczny odzew, nadaje tej mojej odwadze jakiejś większej wartości. Odkąd się wyoutowałam dostaję wiele zapytań od osób, które myślą nad tym, żeby wyjść z szafy. Pytają, czy warto. Rzecz w tym, że nie jestem w stanie im tego powiedzieć. Nie wiem, na jakim etapie w swoim życiu są, czy potrafią unieść konsekwencje takiego aktu. Odnośnie do odwagi: sądzę, że ta nie polega na tym, żeby coś zrobić, tylko właśnie na gotowości do poniesienia konsekwencji naszych decyzji.

Mówisz, że z natury jesteś strachliwa, jak zatem dzieje się, że ciągle robisz coś odważnego?
Po prostu zamykam oczy, totalnie się boję i… robię to, co jest do zrobienia. Podobnie w sytuacjach zawodowych, gdy przyjmuję jakieś zlecenia i od razu pojawia się myśl, że te przerastają mnie intelektualnie, że nie podołam, że umrę ze strachu, albo kiedy są to spotkania z jakąś ważną osobą, wówczas potrzebuję sekundy, w której tak się boję, że zaraz zacznę krzyczeć i odpiszę, że nie, nigdy nie zrobię tego… a potem… Potem się zgadzam (śmiech). Tak więc mam w sobie strach i jakkolwiek głupio to zabrzmi w kontekście mojej pracy, zasada brzmi: „Wyłączyć umysł i napieprzać”. Niech się dzieje, co chce.

A co z konsekwencjami?
Wraz z podjęciem działania, bardziej lub mniej świadomie, godzę się na związane z nim konsekwencje. Jeśli przyjmujesz na klatę problemy całego świata i potem dziwisz się, że cię boli, to raczej nie odwaga, tylko naiwność. Odwaga to gotowość na wszystko, co się zdarzy, jak już pieprzniesz o stół, jak rozbroisz jakąś bombę. Ta odwaga jest o wiele mniej romantyczna, niż zwykliśmy sądzić.

Maria Janion pisała o kobiecie wiodącej lud na barykady – ikona rewolucji – postać z błyskiem w oczach i rozwianym włosem. W rzeczywistości odwaga leży poza tym obrazkiem. Zmieniasz życie swoje czy innych ludzi i bardzo szybko z ikony stajesz się prowodyrem jakiejś mniej lub bardziej pożądanej zmiany. Tych, którzy gratulują ci odwagi zaczyna ubywać, przybywa zaś tych, którzy wskazują na pobojowisko, jakiego dokonałaś. Odwagą jest zmierzyć się właśnie z tym, co się zasiało, pozostać wierną podjętej decyzji i konsekwentnie działać dalej. Nietrudno pieprznąć coś w emocjach, z adrenaliną, ale potem poradzić sobie z tym, co się narobiło, to co innego.

Czyli w odwadze pomóc może wierność sobie i wyznawanym przez siebie wartościom?
Wierność sobie i wartościom, którymi się w życiu kierujesz, są niezwykle istotne. Ale w praniu wychodzi to różnie. W momentach kiedy jest trudno, sięgam do swojego skarbczyka i sprawdzam, co jest dla mnie najważniejsze. W sytuacjach, gdy ktoś mnie atakuje, hejtuje, pytam siebie, jaką osobą teraz chciałabym się zobaczyć, kim chciałabym być, by sobie zaimponować. I np. wychodzi mi, że zaimponowałabym sobie, jeśli zachowałabym się jak dama. Dama nie patrzy na to, co się wokół niej kłębi, bo to jest w ogóle poniżej jej godności. Więc przyjmuję sobie takie role models. Czy to jest dobre psychologicznie, nie mam pojęcia, ale mnie pomaga i nikomu krzywdy nie robi, więc to stosuję. Druga rzecz to cele, jakie nam przyświecają. Jeśli masz je wytyczone i w nie wierzysz, one motywują cię do działania, mimo nadarzających się trudności. Ale i tu w miarę upływu lat widzę zmiany. W swoim życiu zwykle doprowadzałam wszystkie rozpoczęte przez siebie projekty do końca. Obecnie jednak jestem na takim etapie, że owszem nadal uważam, że super jest cele realizować, ale nie za wszelką cenę. Zrobiłam dużo rzeczy w życiu, bardzo się z tego cieszę i nie żałuję właściwie żadnej z nich, ale bardzo się teraz zmieniłam i często sobie myślę, że po prostu nie muszę zrobić wszystkiego, co sobie zaplanowałam. Jeśli nie jest to już dla mnie super ciekawe, wartościowe albo jest wbrew mnie. Uczę się tego, że do tych celów nie zawsze trzeba iść jak wół. Jeśli coś idzie jak po grudzie, to nie ma co cisnąć. Nauczyłam się, że nie zawsze cel jest najważniejszy i jest spoko, jeśli czasem on się zmienia.

Kiedy wiesz, że warto odpuścić lub ujrzeć siebie w nowej roli?
W tym pomaga mi spojrzenie w siebie. W sytuacjach mega stresujących, w takich, gdy coś jest niezależne od ciebie, albo masz poczucie niesprawiedliwości, skrzywdzenia, ratują mnie właśnie podróże w głąb siebie i pytanie, jak chciałabym najfajniej wyjść z tej sytuacji. I wtedy staję się albo suką, albo jaśnie panią – obie tak lub inaczej zostawiają w pewnym stopniu cały bałagan za sobą i idą dalej, ustawiają się w pewnej perspektywie i po prostu robią swoje – jak to mawiał Młynarski.


Dziś nie trzeba być znanym czy zrobić czegoś kontrowersyjnego, by spotkać się z hejtem. Mniemam więc, że po swoim coming oucie doświadczyłaś tego w pełni?
Tak. Współczesne dyskusje internetowe są coraz bardziej gwałtowne, przykre i coraz bardziej odczuwam niechęć do korzystania z mediów społecznościowych. Ale jak już mówiłam, w takich momentach warto przypomnieć sobie, co jest tak naprawdę ważne i jakkolwiek korci mnie czasem, by odpisać na hejt, coś wyjaśnić, agresywnie odreagować, w 99 procentach sytuacji udaje mi się przed tym powstrzymać. Wiem, że potrafię być okropnie złośliwa, ale co z tego wyniknie, jeśli popiszę się, że też potrafię komuś dogryźć? Konflikt będzie eskalował, a i tak nic konstruktywnego na tej fali się nie zbuduje. Dlatego jak już naprawdę strasznie się wścieknę, to piszę odpowiedź i… nie wysyłam jej. Pozwala mi to wyrzucić z siebie złość i przywrócić równowagę w środku. Bardzo pomaga mi w tym również praca. Zajęcie się czymś innym pozwala przerwać potok natrętnych myśli.

Rejterujesz?
Poniekąd tak. Ale w sytuacji narastającej złości, internetowego konfliktu, ktoś musi wyjść z gry, by przerwać zaklęty krąg. Kto powiedział, że zawsze trzeba podejmować rzucane ci przez innych rękawice, że masz uczestniczyć w każdej, nawet bezsensownej polemice, polegającej na dzieleniu włosa na czworo? Jasne, że nie warto i nie można zawsze odpuszczać. Jestem felietonistką i oczywiście trudno wymagać, by ludzie ze mną nie polemizowali, ale umówmy się, co innego polemika, a co innego hejt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać

Kobieta z misją, Królowa we flow

Wszechświat jest studnią obfitości, możemy z niej czerpać garściami. Pytanie czy jesteśmy na to gotowe. O tej gotowości…