Spieszmy się cenić życie

8 udostępnień
8
0
0

Tragiczny wypadek na wstępie mojego dorosłego życia odmienił mnie i ukształtował. Kilkanaście złamanych kości, półroczny pobyt w szpitalu i słowa: „już nigdy nie będzie chodzić”, wyrwały mnie ze świata naiwnej Barbie, w którym się mościłam. Dziś, 21 lat po tym zdarzeniu, nie szczędzę w życiu słowa „kocham”.

21 lat wcześniej

Listopadowego poranka nic nie zapowiadało, że będzie to dzień inny niż wszystkie. Popołudnie też nie dawało oznak katastrofy. Dopiero wieczorem atmosfera zaczęła gęstnieć. Mieszkałam wtedy z rodzicami. Oni wybrali się akurat na urodziny wuja, a mój chłopak, jak co dzień, pojawił się z wizytą. Chwilę później zrobiliśmy kolację, usiedliśmy do stołu i on coś powiedział. Poszło o ketchup. Mnie nie podobał się ton, jakim się do mnie odezwał, „prosząc” bym mu go podała, jemu zaś moja uwaga. Słowo za słowem i po chwili zrobiła się z tego awantura. Krzyczeliśmy na siebie, walcząc o rację. Nie przebieraliśmy w słowach. W końcu, zmęczona tą rywalizacją, wyszłam z domu trzaskając drzwiami.

Na dworze było już ciemno. Mocno wiało i zionęło chłodem. Wkrótce zaczął też siąpić deszcz.

– Paskudnie – pomyślałam, zakładając, że spędzę w tej aurze najwyżej kilka minut i zaraz wrócę do domu. – Muszę tylko ochłonąć. Dać czas sobie i mojemu chłopakowi.

Chciałam pobyć sama, poskładać myśli, wyciszyć emocje. Jednak mój chłopak nie dał za wygraną, ruszył za mną i nadawał, namawiając do powrotu, w końcu nawet prosząc, byśmy zawrócili. Ale ja twardo szłam przed siebie. Im bardziej on namawiał, tym ja stawiałam mocniejszy opór. Im bardziej się do mnie zbliżał, tym bardziej przyspieszałam kroku, by zwiększyć dystans między nami.

Człapiąc tak w ten paskudny sobotni wieczór, dotarliśmy do obwodnicy miasta. W miejscu, które było niepisanym przejściem na drugą stronę jezdni, przystanęliśmy, tym samym zrównując się ze sobą. On wciąż nie przestawał mówić. Działało mi to na nerwy.

– Boże, nie chcę już więcej na niego patrzeć, nie chcę się z nim już ani kłócić, ani godzić. Chcę po prostu świętego spokoju! – krzyczało mi w myślach, moment przed wejściem na jezdnię.

A potem… potem moje stare życie się skończyło.

Potem

Do szpitala trafiłam przed północą. Pięć godzin po moim zderzeniu z pędzącym BMW. Z pierwszych przebłysków pamiętam tylko lekarza z wiertarką.

– Wwiercę ci wiertełko. O, tutaj – wskazywał na miejsce poniżej kolana.

Doktor Leonard – cudowny człowiek, którego dziś niestety nie ma już wśród nas, żyjących.

Ponoć byłam przytomna i pragnęłam przekonać doktora, że nie może użyć wiertarki, bo przecież ta służy do wiercenia ścian, a nie nóg.

– Nie będzie bolało – zapewnił mnie, gładząc po czole, a później… zaczął wiercić.

Obudziłam się w gipsowym kokonie, z wyciągami nad łóżkiem, rozstawionymi niczym żurawie na budowie. Przez kolejne dni otwierałam oczy i znów szybko zasypiałam. Jakbym nie chciała zmierzyć się z jawą, nie chciała obudzić się na dobre i usłyszeć, że wszystko to, co mnie spotkało to wcale nie senny koszmar. Z iluzji odarła mnie wizyta policjantów, którzy przyszli spisać moje zeznania.

reklama
reklama
może Ci się spodobać

Uratuje nas śmiech

W nowy rok wchodzę, konając ze śmiechu. Boli mnie przepona, bolą mięśnie twarzy i narządy wewnętrzne. Przez cały…
wspierajmy się

Wspierajmy się!

Dziś, w pandemicznych czasach – być może jak nigdy wcześniej za naszego życia – wartości nabiera współdziałanie. Życzliwość…
nieuczciwość

Nieuczciwość

O nieuczciwości myślimy wtedy, gdy słyszymy o jakimś przekręcie, oszustwie na dużą skalę czy innej haniebnej niegodziwości. Kojarzymy…
równowaga

Równowaga

„Równowaga”, jak każde słowo, stanowi jedynie szkielet, na którym umysł nadbudowuje mięsiwo, materię złożoną z własnych chciejstw, wyobrażeń…

Co je dusza?

Tak jak nie da się odżywić ciała śmieciowym jedzeniem, tak nie da się nakarmić duszy papką słów, obrazów,…