slow life
© Adobe Stock

Slow food, slow fashion, slow life – sekrety (po)wolności

32 udostępnień
32
0
0

Minimalizm a slow

Nie sposób mówić o slow life, pomijając minimalizm. Jakkolwiek obie idee świetnie funkcjonują niezależnie, najlepiej działają jako team, ponieważ wzajemnie wydobywają z siebie to, co w nich najlepsze. Jeszcze do niedawna minimalizm kojarzony był najczęściej z oszczędnością we wzornictwie, czyli z prostymi formami, nienarzucającymi się w oczy kolorami, małą ilością zdobień itd. Dziś coraz częściej mówi się o nim jak o sposobie życia.

Skojarzenia w tym temacie nasuwają myśl, że pewnie chodzi w nim o posiadanie małej liczby przedmiotów albo też o skromność, kupowanie tańszych rzeczy i może o prostotę. Wszystkie odpowiedzi są w pewnym sensie dobre i w pewnym sensie niewłaściwe. Tak jak życie slow może oznaczać dla każdego inne tempo, tak minimalizm w zależności od minimalisty może przyjmować formy bardzo zróżnicowane. Dlatego Joshua Becker w swojej książce Im mniej, tym więcej proponuje definicję minimalizmu jako: „Celowe oddawanie się temu, co dla nas najważniejsze i usuwanie wszystkiego, co nam w tym przeszkadza”.

Minimaliści zwracają uwagę, że żyjemy w świecie zawładniętym przez konsumpcjonizm i materializm. Media wypisują nam regularnie receptę na kupowanie więcej i częściej, aby zdobyty majątek zapewniał poczucie bezpieczeństwa, przynależności, dodawał nam pewności siebie. Jeśli mamy pieniądze, wydajemy je impulsywnie, bezmyślnie. Pozwalamy, by naszą przestrzeń wypełniały przedmioty, których nie potrzebujemy lub nawet nie chcemy posiadać. Jeśli nie mamy pieniędzy, bardzo chcemy je mieć. Gdy je zdobędziemy, chcemy ich więcej. Pracujemy dużo i ciężko, poświęcając na zdobywanie kolejnych rzeczy czy zaspokajanie iluzorycznych potrzeb zdrowie, relacje z innymi, pasje i inne ważne aspekty życia. Minimalista pragnie przywrócić swemu życiu należyty porządek, układając priorytety w odpowiedniej kolejności. Bardzo często, a właściwie prawie zawsze, oznacza to, że minimalista posiada mniej rzeczy.

Z pewnością istnieją minimaliści, którzy opierają się w ubiorze na szafie kapsułowej złożonej z 33 sztuk ubrań, ale są i tacy, którym wielka miłość do butów nie pozwala pozbyć się z owej szafy ani jednej z 88 par. Są wśród nich tacy, którzy sprzedali auto i przesiedli się na rower, lecz i ci, dla których niezbędne minimum to trzy samochody. I to jest w porządku. Nie istnieje podręcznik, który powie nam, ile wynosi minimum, a kiedy już przesadziliśmy. Jeśli jednak podejdziemy do sprawy z sercem, będziemy wiedzieli, jak podążyć ścieżką minimalisty.

Wspaniałą inspiracją i źródłem zrozumienia, dlaczego warto rozważyć na nowo swój styl życia jest książka Jamesa Wallmana Rzeczozmęczenie, której tytuł mówi sam za siebie.

Co wyrzucać, co zostawić?

Będąc członkiem grupy facebookowej poświęconej minimalizmowi, co jakiś czas obserwuję „początkujących minimalistów”, którzy w postach pytają o rady. Ostatnio spotkałam się z wpisem osoby, która stara się żyć w sposób minimalistyczny, jednak sen z powiek spędza jej myśl, że miałaby się pozbyć pokaźnej kolekcji pluszowych reniferów czy też kubków z wizerunkiem Michała Milowicza. Dla osób, które starają się wejść na drogę „mniej”, nagle naganne wydaje się posiadanie jakiejś kolekcji, zbioru w zasadzie niepotrzebnych przedmiotów.  Osobom, które mają w tym zakresie wątpliwości zaleca się, by zadały sobie jedno ważne pytanie: „Czy ta kolekcja sprawia mi radość?”. Jeżeli odpowiedź brzmi: „Tak”, jeżeli ów zbiór wnosi do życia jego właściciela „to coś”, jest dla niego czymś ważnym, to znaczy, że… jego posiadanie jest OK. Minimalizm nie zmusza do czegokolwiek, zwłaszcza do pozbywania się rzeczy dla nas w jakiś sposób istotnych, zachęca jedynie do oczyszczania przestrzeni z tego, co zbędne .

Tym, którzy pragną w swojej przestrzeni zaprowadzić porządek i przebrnąć przez trudny proces decydowania, które przedmioty powinny z domu zniknąć, pomóc w tym może Marie Kondo, słynna japońska ikona porządkowania. Wielu czytelników jej książki Magia sprzątania twierdzi, że pozycja ta ma ogromną moc zmieniania życia na lepsze.

Dlaczego warto zostać minimalistą?

  • Życie dzięki temu staje się prostsze. Jest mniej sprzątania, segregowania, odkurzania. Odzyskujemy cenny czas na inne, ciekawsze czynności niż shopping. A w chwili gdy odejdziemy z tego świata, nasi bliscy nie będą musieli sortować pozostawionego po nas zbioru opakowań po biszkoptach.
  • Oszczędzamy pieniądze, mamy większą szansę wyjść z długów. Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że wydając mniej pieniędzy, można stanąć finansowo na nogi. Dodatkowo, sprzedając posiadany dobytek (wyprzedając niepotrzebne nam rzeczy), możemy zarobić parę groszy.
  • Możemy zrobić dobry uczynek podarowując zbędne nam przedmioty tym, którzy będą w stanie zrobić z nich użytek.
  • Troska o planetę. Każda rzecz, którą bezmyślnie kupujemy zużyła bezpowrotnie ograniczone zasoby. Warto o tym pamiętać. Dodatkowo, każda wyrzucona rzecz to kolejny śmieć.
  • Przestrzeń na nowe. Być może wraz z opróżnioną szafą, zrobi się miejsce na nowy styl? Wysprzątana graciarnia stanie się pokojem dziecięcym? Zaoszczędzone środki uda się przeznaczyć na kurs językowy?
  • Więcej doświadczeń. Kiedy nie skupiamy się na przedmiotach, możemy oddawać się przeżywaniu i kreacji.
  • Wolność. Kiedy nie damy sobie wmówić, że mieć znaczy być, życie nabiera sensu.

Tej autorki: Żyć eko, czyli jak?

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Legendy z Nowej Rudy

Poeta i krytyk literacki Karol Maliszewski spisał baśnie i legendy swojego regionu, a ilustracjami opatrzy je Tatiana Tokarczuk,…