slow life
© Adobe Stock

Slow food, slow fashion, slow life – sekrety (po)wolności

32 udostępnień
32
0
0

Jako społeczeństwo zbudowaliśmy ogromną rakietę, wsiedliśmy do niej i teraz pędzimy przed siebie z prędkością światła. Czy na pewno pamiętamy, w którym kierunku lecimy, dlaczego i po co? A co, jeśli ktoś nie ma na taki rodzaj podróżowania ochoty? Jakie ma alternatywy?

Przez kilka ostatnich dekad postęp cywilizacyjny dokonał przeskoku, o którym nawet nie śniło się naszym prapradziadom. Rozwój to słowo zbyt skromne w tym wypadku i nie do końca właściwe, by opisać tempo i zasięg zmian, do których przyczynił się człowiek. Nie zawsze zmiany te mają charakter pozytywny. W wielu wypadkach koszty osiągnięć są zbyt wysokie, a za rozwojem w jednej dziedzinie, ciągnie się pasmo destrukcji w innych.

Niektóre wyznania i systemy filozoficzne utrzymują, że prorocy, myśliciele – wizjonerzy przewidzieli moment, w którym człowiek dojdzie w swej gonitwie tak daleko, że zapomniawszy za czym goni, będzie musiał się zatrzymać, a być może nawet zawrócić. Wydaje się, że moment ten właśnie mamy okazję obserwować.

Po latach gonitwy za bogactwem, porzucamy symbole sukcesu na rzecz prostszego życia. Zwracamy się ku korzeniom. Przestajemy idealizować teoretyczne wykształcenie wyższe, dostrzegając wartość rzemieślnictwa, rolnictwa, pracy fizycznej – tych aktywności ludzkich, które mają realną, praktyczną, nie zaś hipotetyczną wartość.

O ile w ostatnich stuleciach stopniowo porzucaliśmy ideały i religie w pogoni za nauką, dobrobytem finansowym, poczuciem człowieczeństwa rozumianym jako nasza relacja ze światem materialnym („nieludzkie” warunki życia to takie, w których brakuje materialnych udogodnień), o tyle dziś coraz częściej wracamy do tego, co duchowe.

Część z nas zmęczona podróżą w pędzącej na łeb na szyję rakiecie, w której wszystko jest fast: jedzenie, związki, praca, zmieniające się trendy, rozwój, uczenie się etc., zaczyna się buntować i szukać innego sposobu na życie. Owocem tego współczesnego buntu stała się ideologia SLOW.

Slow food

W XX wieku, w odpowiedzi na duży popyt, właściciele amerykańskich restauracji poszukiwali rozwiązań, by swoich klientów obsługiwać szybko i sprawnie, dostarczając im gorące dania w trybie na cito. Na tej fali rozwinęła się cała branża tzw. fast foodów, stając się dla coraz bardziej deficytowych w czas społeczeństw alternatywą dla posiłków przygotowywanych samodzielnie w domu. Po latach prosperity tejże branży, do ludzi zaczęło w końcu docierać, że pochłanianie pożywienia w biegu, jedzenie pokarmów zbudowanych z erzaców żywieniowych, być może nawet smacznych, ale mało wartościowych, zbiera smutne żniwo w postaci rozmaitych chorób cywilizacyjnych. Za wielością i wielkością dostępnych produktów nie szła jakość. W zasadzie wiele tych produktów poza masą pustych kalorii i funkcji wypełnienia żołądka nie oferowała nic. Część konsumentów powiedziała: „Dość”. I wtedy właśnie cały na biało na scenę wkroczył… slow food.

Jak sama nazwa wskazuje, nacisk w tym koncepcie położony jest na „powoli”. W slowfoodowych knajpkach na jedzenie trzeba poczekać. Nie przygotowuje się go taśmowo, lecz po „bożemu” ze zdrowych, pełnowartościowych produktów i „z miłością”. Posiłki się celebruje, najlepiej w gronie przyjaciół czy rodziny, smakując chwile. Można pokusić się o stwierdzenie, że trochę to jak obiad u babci. Powrót do korzeni: domowe jedzenie pieczołowicie przygotowywane ze świeżych artykułów, powolne smakowanie, długie rozmowy. Coś, co dawniej było zwyczajne, naturalne, dziś ze słowem „slow” nabiera charakteru nowoczesnego trendu, choć to w sumie klasyczny jedzeniowy vintage.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
nowohucka kobieta

Nowohucka kobieta – perła i petarda

Bufetowe i aktywistki partyjne, żony i matki w czasach kryzysu kartkowego, pielęgniarki, kucharki, te, które wymachiwały legitymacją partyjną…