silent book club
© Adobe Stock

Silent Book Club, czyli happy hour dla introwertyków

14 udostępnień
14
0
0

Pomysł Silent Book Club (SBC) narodził się w San Francisco w 2012 roku z pasji do czytania książek oraz z niechęci do sztywnych reguł, obowiązujących w tradycyjnych klubach książkowych. Koncepcja happy hour dla introwertyków szybko zyskała popularność i dziś ma rzeszę zwolenników w wielu krajach na całym świecie, w tym w Polsce.

Pewnego dnia Guinevere de la Mare i Laura Gluhanich delektowały się kieliszkiem wina w nieistniejącym już Bistro Central Parc w San Francisco, narzekając przy tym na kluby książkowe. Kluby takie to w Stanach Zjednoczonych niezmiernie popularna instytucja, ma korzenie w XVIII-wiecznych stowarzyszeniach czytelniczych. Jednak de la Mare i Gluhanich widziały w nich sporo wad. Przede wszystkim nie podobały im się wybory tychże klubów dotyczące lektur, poza tym presja na kończenie książek, nawet jeśli się ich nie lubiło, obowiązkowe dyskusje na ich temat czy też narzucane przez kluby tempo pochłaniania lektur.

– Czy nie można by spotkać się z podobnie jak my kochającymi czytać ludźmi? Tak po prostu, bez tego całego emploi, jak np. sprzątanie czy przygotowywanie jedzenia – marzyła Guinevere.

Spotkania amerykańskich klubów czytelniczych zwykle odbywają się zamiennie w domach członków tychże klubów, do gospodarza spotkania należy zapewnienie pozostałym „czytelnikom” i dyskutantom odpowiednio przygotowanego miejsca i strawy.

– Spotkać się na luzie, np. w barze, przy kieliszku wina czy ulubionej kawie/herbacie – kontynuowała de la Mare. – Bez terminów na skończenie lektury, z czytaniem w ciszy, ale za to z luźną dyskusją na temat tytułu, jaki akurat kogoś zafascynował lub ewentualnie z czytaniem na głos ulubionych fragmentów. Żeby to było takie czytanie dla przyjemności, prawie samotne, z minimalnym udziałem innych osób. Bez zobowiązań do angażowania się, ale z szansą na spotkanie kogoś i usłyszenie o dobrej lekturze.

– Świetny pomysł! – podłapała koncept Laura. – To co, stworzymy taki klub?

Dziewczyny przybiły piątkę i zaczęły działać.

Na początku wieść o projekcie roznosiła się pocztą pantoflową wśród ich znajomych. Gdy jedna z dziewczyn przeprowadziła się na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, odległość i różnica czasu między nimi spowodowały, że do rozpowszechnienia ich koncepcji musiały wykorzystać sieć. Posługiwały się hashtagami na Instagramie. Potem stworzyły stronę internetową Silent Book Club, a chwilę później ruszyły z kampanią internetową, która trafiła do słynnego amerykańskiego miesięcznika „Oprah Winfrey Magazine” oraz dużej rozgłośni radiowej NPR(National Public Radio).

Okazało się, że koncept SBC wpisał się w potrzeby wielu osób. Dziś działa już 285 takich klubów w 37 krajach świata, zrzeszając ponad 50 tysięcy członków, a grupa na Facebooku ma 65 500 fanów.

SBC – na czym to polega?

Zasada działania jest ultraprosta. Wybierane jest miejsce spotkań, każdy przynosi własną książkę, którą czyta w ciszy przez pierwsze pół godziny z jednoczesnym zamawianiem jedzenia, kawy, drinków. W tym czasie można (nie trzeba) dzielić się opiniami, zachwytami nad jakimś tytułem, nowo odkrytą fascynacją wybranym autorem. Potem następuje „prywatne” skupione czytanie w ciszy. Bez konieczności nawiązywania kontaktów, rozmawiania o pogodzie czy lekturze. Czyli elastyczność, otwartość i brak przymusów społecznych.

Niektóre SBC zaczęły specjalizować się w wąskich dziedzinach czy tematyce, ale nadal pozostają przy zasadzie dowolności wyboru książki, z którą przychodzi się na spotkanie.

W dobie pandemii wiele z nich przeniosło się na platformy Zoom czy podobne, co pozwala ich członkom, szczególnie introwertykom, którzy w obecnych warunkach częstokroć wypadają z siatki społecznych połączeń, utrzymywać nienachalny kontakt z innymi pasjonatami książek.

Wywiad Agnieszki Meyer z pisarką i kulturoznawczynią Sylwią Chutnik znajdziesz tutaj: Sylwia Chutnik: Czasem bywam odważna

Ciche kluby w Polsce

Polski SBC założyła grupa byłych księgarzy. Tak jak w Stanach Zjednoczonych, część spotkania to czytanie w ciszy, potem następuje fragment „towarzyski”, jednak nie ma obowiązku uczestniczenia w nim. Nie ma też listy lektur ani konieczności uprawiania krytyki literackiej. Brak jest sztywnej formuły działania, nie ma zapisów, opłat, wewnętrznej hierarchii. Do momentu wprowadzenia w stolicy czerwonej strefy, klub zebrał się czterokrotnie. Potem platformą spotkań stał się WhatsApp. Jak wszędzie, tak i tu wyczekiwany jest koniec pandemii oraz możliwość spotkania się w realu.

Promowany przez SBC pomysł publicznego czytania fragmentów lektur również ma się zastanawiająco dobrze. Nie jest on zresztą konceptem nowym, bo jeden z pierwszych tego typu odczytów odnotowano w 330 r. p.n.e – był to moment czytania przez Aleksandra Wielkiego listu od matki przed zdumionymi i milczącymi jak makiem zasiał szeregami wojska. Potem na głos czytano także w opactwach czy klasztorach, fabrykach cygar oraz w szkołach. Ale mimo to, nie czytanie na głos stanowi clue SBC. Esencją jest kontakt ze słowem pisanym we własnych myślach. Czytanie takie daje nam bowiem wolność wyboru. Wyboru dotyczącego tempa, akcentu, interpretacji. Daje pole naszej wyobraźni. W pewnej chwili natomiast, zwłaszcza gdy lektura nas porwie i wywoła mnóstwo emocji, powstaje w nas chęć podzielenia się tymi wrażeniami z innymi. I na tę właśnie potrzebę odpowiadają Silent Book Clubs.

By spotkać się na taką introwertyczną happy hour, wystarczy wybrać miejsce i zebrać grono „cichych” bibliofilów. Choć jedna z założycielek SBC dodaje: „Wino też nie jest tu bez znaczenia” ?.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
pesymizm

Nie obwiniaj się za swój pesymizm

Być może wyrzucasz sobie, że widzisz świat w czarnych barwach. Możliwe, że zauważyłaś, iż pewne nawyki myślowe, takie…
stawianie granic

Dlaczego warto stawiać granice?

W praktyce granice określają, gdzie zaczynam i kończę się „ja”. Są warunkiem wyznaczenia naszego miejsca w otaczającym świecie.…