seks w wielkim mieście
© materiały prasowe

Seks w wielkim mieście – reaktywacja

6 udostępnień
6
0
0

Od premiery pierwszego odcinka serialu „Seks w wielkim mieście” („Sex and the city” – „SATC”) minęły 23 lata. W „And Just Like That” historia czterech przyjaciółek: Carrie, Mirandy, Samanthy i Charlotte doczeka się kontynuacji. Jak po dwóch dekadach zmienią się ich poglądy i życie? Czy poruszane przez nich za młodu tematy wciąż będą aktualne?

Gdy pod koniec lat 90. wyprodukowano serial o kobietach z Nowego Jorku, które swobodnie mówią o seksie, a w ich rozmowach o osobistych problemach nie ma praktycznie żadnego tabu, było to coś na miarę obyczajowej rewolucji.

Serial wyprodukowało HBO – jedna z pierwszych prywatnych stacji na świecie, które zaczęły produkować własne seriale. I to jakie! Takie z przekleństwami, dużą ilością nagości i tzw. kontrowersyjnymi tematami. „Rodzina Soprano”, „Sześć stóp pod ziemią”, „Seks w wielkim mieście” to były hity dziesięcioleci, nie tylko jednego sezonu.

Wyraźne kobiece postacie

Na początek trochę faktów dla osób, które nigdy nie zetknęły się z „SATC”. Serial powstał na podstawie powieści Candace Bushnell o tym samym tytule. Sześć sezonów wyprodukowano w  latach 1998–2004. A w latach 2008 i 2010 powstały jeszcze dwa filmy.

Grały w nich: Sarah Jessica Parker (Carrie Bradshaw, dziennikarka, opisująca historie swoich przyjaciółek w cotygodniowej kolumnie nowojorskiej gazety), Kim Cattrall (Samantha Jones, wyzwolona seksualnie specjalistka od PR), Cynthia Nixon (Miranda Hobbes, sarkastyczna prawniczka) i Kristin Davis (Charlotte York, wierząca w prawdziwą miłość właścicielka galerii sztuki). Kobietom towarzyszyli – Chris Noth (Mr. Big), John Corbett (Aidan Shaw), David Eigenberg (Steve Brady), Evan Handler (Harry Goldenblatt), Jason Lewis (Jerry Smith Jerrod) czy Kyle MacLachlan (Trey MacDougal). W epizodach przewijali się – Donald Trump (!), Geri Halliwell, Lucy Liu, Hugh Hefner, Matthew McConaughey, Bradley Cooper, Jon Bon Jovi czy David Duchovny.

Główne bohaterki świetnie opisał serialowy Mr. Big, czyli chłopak-nie chłopak, mąż-nie mąż głównej bohaterki Carrie: „Doskonale znam Twoje przyjaciółki. Charlotte to brunetka, Miranda to rudzielec, a Samantha to kłopoty”.

Carrie mieszkała w typowym nowojorskim szeregowcu. Mimo że była freelancerką, jakoś udawało się jej opłacić czynsz. Co tydzień pisała felieton o seksie do fikcyjnej gazety „The New York Star”, którą można było wyciągnąć ze stojaka na ulicy (więc chyba była darmowa). Miała słabość do mody („Lubię moje pieniądze tam, gdzie mogę je zobaczyć… wiszące w mojej szafie”) – wolała kupić „Vogue” zamiast obiadu („Mam wrażenie, że bardziej mnie syci”) albo buty zamiast sprzętu domowego. Była dumna z tego, że w jej mieszkaniu nie ma piekarnika. I deklarowała: „Nigdy nie będę dziewczyną z idealną fryzurą, która może ubierać się na biało i nic nigdy na siebie nie wyleje”.

Charakterystyczna scena z jej udziałem to pierdnięcie w trakcie sceny seksu z Mr. Bigiem, po którym wypada zawstydzona z mieszkania.

Samantha – najstarsza z czwórki, około 40-letnia (jej przyjaciółki miały około 30 lat; to ona ukuła teorię, że: „Dziś 40-tka to nowa 30-tka”). Jak przystało na właścicielkę agencji PR, wiedziała jak zaistnieć. Była autorką wielu bon motów, dziś zamienionych na memy („Masz dwa wyjścia: możesz walić głową w mur i w końcu znaleźć faceta na stałe albo traktować seks tak jak mężczyźni. Dobry seks może się trafić z kimś, kogo nie lubisz albo… kogo nie pamiętasz”).

Charakterystyczna scena z jej udziałem to ta, gdy Samantha godzi się pełnić rolę babysitterki dla dziecka Mirandy. Po powrocie do domu Miranda zastaje włączony wibrator… wprawiający w ruch siedzisko dla niemowlaka.

Miranda natomiast to magnes na słabych typów. Z jednym z takich właśnie facetów (long time boyfriend) zachodzi w końcu w nieplanowaną ciążę.

Charakterystyczna scena z jej udziałem to ta, gdy uradowana z powodu pozbycia się ciążowej nadwagi Miranda paraduje w swoich skinny jeans w jednym z obleganych nowojorskich klubów.

Charlotte – marszandka sztuki, wielbicielka Jacqueline Kennedy, maniaczka dobrych manier, stylu i… WASP-ów (White Anglo-Saxon Protestant). Jednego z takich WASP-ów usidla, ale nie kończy się to dobrze.

Charakterystyczna scena z jej udziałem to ta, gdy Charlotte w końcu odkrywa masturbację i nie chce wyjść z domu, żeby spotkać się z przyjaciółkami, bo… zabawia się ze swoim króliczkiem.

O seksie bez tabu

Serial powstał na motywach prawdziwych felietonów pisanych przez alter ego głównej bohaterki – Candace Bushnell. Główna bohaterka Carrie miała być brunetką, ale w ostatniej chwili upodobniono ją do grającej ją autorki – blondynki. Co ciekawe, z założenia nie miał być to serial o babskiej przyjaźni, a o Nowym Jorku! Dziś jednak „SATC” to uniwersalny pean na temat kobiecej przyjaźni i solidarności, pionierski w tym sensie, że umieścił aż cztery postacie kobiece w centrum.

– „Seks w wielkim mieście” był jednym z najważniejszych seriali lat 90. – uważa Agata Kostrzewa, medioznawczyni z UW. – Po pierwsze, język używany przez bohaterki i emancypacyjna rola ich wypowiedzi – kobiety o seksie rozmawiają otwarcie, dzielą się wiedzą na ten temat, wymieniają radami. Oceniają też swoich partnerów, ich atrakcyjność czy sprawność seksualną – coś, co kiedyś było domeną wyłącznie mężczyzn. Ta możliwość oceniania pokazuje, jak zmienił się status kobiety. Jeśli kobieta może oceniać mężczyznę tak, jak on kiedyś ją oceniał, to znaczy, że ich role są równorzędne. Kobieta ma prawo mieć swoje oczekiwania wobec mężczyzny i jak Samantha Jones stwierdzić, że nie umówi się więcej na randkę z kimś, kto ma nieestetycznie obwisłe pośladki. Ten rodzaj rozbrajającej szczerości dzisiaj, w dobie social mediów i po sekstaśmie Kim Kardashian, wydaje nam się dosyć zwyczajny, jednak wtedy, w latach 90., był szokujący, zwłaszcza w ustach kobiety z wielkomiejskiej klasy średniej. Twórcy serialu świadomie przekroczyli tę granicę.

Dziś seriali dla kobiet i o kobietach jest mnóstwo. Kobiety oglądające „Dziewczyny nad wyraz” („The bold type”) na pewno nie uznałyby „SATC” za szokujący czy kontrowersyjny. Ale w latach 90. ten taki był, a tym bardziej w Polsce, do której trafił sporo później niż był pokazywany w USA.

– Rozbudzał aspiracje zawodowe kobiet – zauważa Agata Kostrzewa. – Bohaterki serialu, które robią świetne kariery, są pewne siebie i lubią swoją pracę, okazały się inspirować kobiety przed ekranami, którym nie w smak było żyć jak ich matki czy babki. Serial pokazywał, że można mieć zarówno mężczyznę, jak i karierę (przypomnijmy, że po II wojnie światowej w społeczeństwie amerykańskim praca zawodowa kobiet zamężnych była raczej źle widziana, bo sądzono, że kobieta albo zdradzi męża, albo zaniedba obowiązki rodzinne). „SATC” tymczasem pokazywał, że do szczęścia prowadzą różne drogi i że kobiety mogą wybrać tę, która najbardziej im odpowiada – mogą szybko wyjść za mąż (jak Charlotte), mogą przez lata wahać się czy związać się z danym mężczyzną, nawet jeśli mają z nim dziecko (jak Miranda), mogą czekać na tego jedynego księcia z bajki (jak Carrie), ale mogą też szaleć i korzystać z życia, mając wielu partnerów (jak Samantha).

To jednak, co w serialu najbardziej szokowało, to wszechobecny seks – seks jako temat główny, wokół którego wszystko się kręci – odważne sceny „łóżkowe”, mnóstwo nagości, seks obecny fizycznie, seks obecny w rozmowach, seks nie tylko w opcji hetero, ale i homo. Jedną z „przyjaciółek” Carrie jest mocno zniewieściały gej („gej to najlepszy przyjaciel kobiety”), a Samantha zalicza „epizod” lesbijski z genialną w tej roli Sonią Bragą, znaną w Polsce głównie z serialu „W rytmie disco”.

– „Seks w wielkim mieście” dał początek „modzie” na przyjaciela geja. Takiego, co doradzi w sprawie wyboru sukni ślubnej i na ramieniu którego lepiej niż u przyjaciółki wypłaczesz swoje problemy z chłopakiem. Taka moda otworzyła drzwi do emancypacji na koniec lat 90. i na początku XXI wieku. Powoli seriale Disneya zaczęły realizować marzenia o świecie, w którym można zakochiwać się bez dyskryminacji już w liceum, a nie czekać aż wyjedzie się do Wielkiego Miasta na studia – komentuje wyemancypowany 39-letni gej, Darek, który wie co mówi, bo wyjechał z Gorzowa do Warszawy w 2001 roku.

– SATC poruszał też wątki LGBT. Dzisiaj tęczowe osoby w serialach nikogo już nie dziwią, ale w 1998 roku? Gdy rok wcześniej publicznego coming outu w serialu dokonała Ellen DeGeneres, przypłaciła to wyrzuceniem z telewizji – dodaje Kostrzewa.

Ważne było nie tylko to, że o seksie się mówi, ale też i to, że rozmawia się o nim bez pruderii, bez skrępowania i w dowolnych okolicznościach „przyrody”. Popijając w klubie drink Cosmopolitan bohaterki debatują o chorobach wenerycznych, chorobach układu rozrodczego, antykoncepcji, tamponach, masturbacji, trójkątach, seksie analnym czy niepłodności (Charlotte).

– Przyjaciółki rozmawiają na te tematy publicznie – w restauracjach czy kawiarniach, gdzie inni ludzie mogą usłyszeć jakiś fragment rozmowy – zauważa Agata Kostrzewa. – Nawet jeśli zdarzyło się, że podsłuchujący oburzał się lub prychał, słysząc komentarze bohaterek, one nie zmieniały tematu. W ten sposób serial niósł przekaz – seksualność nie powinna być tematem tabu, jest elementem życia kobiet tak samo jak praca czy rodzina.

Kobiecość i siostrzeństwo

„Nie zapomnij zakochać się najpierw w sobie samej” – radzi Carrie.
„Kocham Cię, ale siebie kocham bardziej” – deklaruje Samantha.

Mimo że to seks był tematem przewodnim serialu, w gruncie rzeczy „SATC” mówił też o czymś, co w latach 90. XX wieku nie było jeszcze w ogóle tematem, nad którym debatowano – o akceptacji siebie (kobiety-człowieka) i o mocy kobiecej przyjaźni („Mówi się, że nic nie trwa wiecznie; marzenia się zmieniają, trendy przychodzą i odchodzą,  ale przyjaźnie nigdy nie wychodzą z mody” – Carrie).

Siłą tego serialu było to, że poruszał niemal każdy temat, który może dotyczyć kobiety dorosłej: doświadczenie zdrady, zawiedzionej miłości czy one night stand (jednorazowa przygoda seksualna), ale też aborcja, dyskryminacja w pracy, okresy samotności, zmaganie się z kompleksami na temat swojego wyglądu itd.

Co do przyjaźni, w serialu wystawiana jest ona na wiele prób, a mimo to bohaterki wspólnie stawiają im czoła i nie pozwalają nikomu i niczemu zniszczyć wyjątkowej relacji, jaka ich łączy.

„Zawarłyśmy kiedyś pakt: mężczyźni, dzieci nie mają znaczenia, ważne, że jesteśmy pokrewnymi duszami” – mówi Samantha w filmowej wersji „SATC” z 2010 roku.

Realne życie już nie tchnie tak optymistyczną wizją. W planowanej kontynuacji „SATC” to właśnie tej jednej z najsilniejszych osobowości – Samanthy – zabraknie, bo jak to często w życiu bywa aktorki poróżniła… kasa. Odkąd Kim Cattrall dowiedziała się, ile na „SATC” zarabia S.J. Parker ich stosunki uległy oziębieniu, aż zostały zerwane z hukiem. W 2001 roku Sarah Jessica Parker została producentką wykonawczą serialu i za każdy kolejny odcinek kasowała bagatela 3 miliony dolarów. Jako jedyna z całej czwórki miała zapisane w kontrakcie, że nie będzie występować nago i faktycznie – w scenach seksu z jej udziałem, ona zawsze występuje w staniku. Dziś marka SJP w prężnie działającym sklepie online sprzedaje buty (oczywiście!), perfumy, ale też kultową sukienkę z czarnej firanki czyli to, czym wyróżniała się postać grana przez Parker w „SATC”.

Rysy na szkle

Choć serial w wielu kwestiach przecierał szlaki, z dzisiejszej perspektywy niektóre rzeczy w nim ewidentnie rażą. Na przykład toksyczni szefowie i szefowe, chodzenie non stop w szpilkach (podczas kręcenia odcinków Sarah Jessica Parker spędzała podobno nawet 18 godzin w takich butach), anorektyczny rys postaci Carrie czy w zasadzie brak wśród serialowych postaci osób o innym kolorze skóry. Tak, raz Samantha randkowała z ciemnoskórym koszykarzem, raz Miranda miała czarnoskórego kochanka lekarza, raz czy dwa pojawiła się postać o azjatyckich rysach – ale były to zwykle sławne osoby, jak Margaret Cho czy Lucy Liu, nigdy zaś zwyczajni ludzie, a też nigdy np. Latino! Choć przecież każdy, kto choć raz był w Nowym Jorku, wie, że to prawie nierealne przejść się tam ulicą i widzieć same białe osoby!

Zastanawiające jest także czy „SATC” można w ogóle uznać za serial feministyczny, jak twierdzą niektórzy. Czy wizerunek kobiety wyzwolonej, dowolnie korzystającej ze swojej seksualności, jaki lansował serial, wystarczy, by uchodzić za ikonę feminizmu?

– Tym bardziej że tak naprawdę temu wizerunkowi odpowiada w zasadzie tylko Samantha: w pełni wyzwolona, niczym nieograniczona, niemyśląca o stałych związkach (poza momentem uwikłania w relację z wiekowym już właścicielem sieci hoteli oraz związkiem ze sporo młodszym aktorem, z którego jednak przecież rezygnuje w imię wolności) – zauważa dr Agnieszka Ziętek, socjolożka z UMCS. – Pozostała trójka ciągle skoncentrowana jest na budowaniu (a raczej próbie budowania) trwałego związku, łącząc to od czasu do czasu z „salonowym” życiem Nowego Jorku. Przerysowaną i czasem wręcz karykaturalną emanacją tego podejścia jest naiwna Charlotte (idealistyczne i zupełnie nierealne podejście do związku).

Ziętek wspomina zwłaszcza jedną serialową scenę. Podczas sobotniego śniadania i kolejnych dywagacji na temat (nieudanych) związków zirytowana Samantha pyta: „Czy cztery inteligentne, niezależne kobiety naprawdę nie mają żadnych innych tematów do rozmów, niż ciągłe analizowanie relacji damsko-męskich?”.

– O ile film jest atrakcyjny w warstwie wizualnej (dobre stylizacje, ciekawe wnętrza, sceneria Nowego Jorku etc.), to jednak rzeczywistości, którą pokazuje, nie można odbierać poważnie – uważa socjolożka. – Zaletą serialu jest to, że w jakimś stopniu uświadamiał i nakreślał społeczne problemy (nierówne zarobki kobiet i mężczyzn, dyskryminację, przemoc wobec kobiet itp.), ale edukacja i zwiększanie świadomości nie były jego główną ideą. On przede wszystkim miał być lekki, zabawny, przyjemny… i dostosowany do szerokiego odbiorcy. I taki jest. Pewnie dlatego można do niego wracać i oglądać ponownie, nawet już dobrze znane odcinki. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to przyjemność nieco masochistyczna, bo o ile ciesząca oko, to jednak równie często mocno irytująca naiwnością i brakiem jakiegoś drugiego, nieco głębszego sensu. Nie mówiąc już o jego zatopieniu i pochwale neoliberalnego dyskursu, który, jak wiemy, jest już nie tyle passe, ile (w dobie ogromnych nierówności ekonomicznych i katastrofy klimatycznej) już dawno przestał się sprawdzać.

Odbiór serialu w Polsce

Gdy serial wszedł do Polski, pierwsze serie „Seksu w wielkim mieście” były niezakodowane. Sprawdziwszy ramówkę w gazecie można było śledzić kolejne odcinki szalonych dziewczyn z NYC.

Bajeczny Nowy Jork, wyzwolone kobiety, przyjaźń, swobodne rozmowy o sprawach sercowo-łóżkowych, codzienne spotkania w drogich knajpach i jeszcze te buty oraz stroje od projektantów. Było do czego aspirować.

Gdy w czasie emisji tego serialu w Polsce wybrałam się w podróż służbową do Nowego Jorku, w podskokach poleciałam do sklepu firmowego, żeby sobie kupić koszulkę z logo serialu. Dużego wyboru nie było, bo jak powiedział mi sprzedawca „This is an old show” (to stary serial). „Stary?!!!” – chciałam wrzasnąć, tak mnie tym zirytował. – „Może w Stanach!”, bo w Polsce to był przecież top nowoczesności.

Każdego dnia w Nowym Jorku wpadałam do Magnolia Bakery na cupcake, mimo że w sumie nie lubię takich słodyczy, ale tak przecież robiły serialowe bohaterki. Jako wielka fanka „SATC” urządzałam sobie wycieczki po mieście i zwiedzanie najważniejszych „serialowych” miejsc, dzięki czemu odkryłam, że filmowe adresy nie istnieją.

Kupowałam perfumy i koszulki SJP (w Polsce wtedy jeszcze kompletnie niedostępne) i rozwiązywałam quizy (trivia) z serialu, dzięki którym dowiedziałam się m.in. że poza Carrie (w ostatniej scenie serialu ma na sobie futro, które nosiła w pierwszym sezonie) żadna z serialowych bohaterek nie założyła dwukrotnie tego samego ciucha.

Zapamiętywałam całe dialogi z tej produkcji, dlatego wyłapałam cenzurę, gdy w hotelu w Nowym Jorku na publicznym kanale puszczano „SATC”. Okazało się, że wycięto z niego wszystkie przekleństwa. „To niepojęte” – pomyślałam. – „Takie rzeczy w kraju, który jest symbolem demokracji!”.

Pamiętam też, że w Polsce żaden chłopak nie chciał tego serialu oglądać – jakby czuli zagrożenie, że nie sprostają mu jako mężczyźni.

Odpalałam więc sama, zanurzając się z rozkoszą w świat blichtru i luksusu (jak mi się wtedy wydawało). Nie wiem, ile razy zobaczyłam wszystkie serie od początku do końca – oczywiście jak Carrie na laptopie i oczywiście w oryginale, bo polskie tłumaczenie było równie finezyjne jak przetłumaczenie „Dirty dancing” na „Wirujący seks”.

Wzorowałam się na bohaterkach, a zwłaszcza na Carrie. Np. po przeprowadzce do swojego mieszkania celowo nie zainstalowałam w nim piekarnika (jak Carrie), a jak ktoś mnie odwiedzał, dumnie prezentowałam w jego miejscu stos papierów (jak Carrie). Jak Carrie chciałam być dziennikarką, a gdy zobaczyłam, że ona nosi apaszkę przewiązaną wokół nadgarstka (pomysł stylistki serialu Patricii Field), inaczej już apaszek nie nosiłam. Zaś po odcinku, w którym Carrie po frotce na włosach bez pudła rozpoznała dziewczynę z prowincji… przestałam nosić frotki.

Usilnie szukałam w „SACT” jakichś powiązań, nici łączącej tamten świat z naszym. Piałam z radości, gdy w drugiej serii tej produkcji pojawia się postać instruktorki tantry, wysławiająca się z bardzo silnym wschodnim akcentem. W tej roli obsadzono Elżbietę Czyżewską, polską aktorkę znaną m.in. z takich obrazów jak „Żona dla Australijczyka” czy „Giuseppe w Warszawie”. Cieszyłam się też, gdy w postać francuskiego kochanka w serialu wcielił się Michaił Barysznikow, znany pokoleniu lat 70. genialny baletmistrz. Barysznikow napisał też muzykę do ostatnich odcinków serialu. Nie uszło mojej uwadze, że to ten sam utwór, który Alexandr Petrovsky wcześniej grał na fortepianie dla… Carrie.

Nie tylko ja miałam bzika na punkcie „SATC”.

– W Polsce „Seks w wielkim mieście” był ważny, bo pokazywał zagraniczny, niedostępny dla większości Polek świat– wielkomiejski Nowy Jork, tętniący życiem i kolorami; Stany Zjednoczone, które ówcześnie dla wielu Polaków były możliwe do dotknięcia tylko dzięki wizytom w McDonaldzie – twierdzi Kostrzewa, medioznawczyni z UW. – Serial oswajał nas z wielkim światem, w którym kobiety mają znaczenie i nie są tylko postaciami drugoplanowymi, skupionymi na mężczyznach. Był znakiem emancypacji kobiet, choć bohaterki „Seksu w wielkim mieście” spotykały się na rozmowach/plotkach. Dziś od podobnej produkcji, która miałaby się mienić emancypacyjną, oczekiwalibyśmy raczej pokazywania przyjaźni kobiet przede wszystkim jako wspierania się w działaniu. Dziś, gdy ważny jest też autentyzm, oczekujemy bohaterek, które będą trochę bliżej nas. Na przykład w nowej produkcji HBO „Easttown” główna bohaterka Mare (Kate Winslet) ma nieidealne ciało, pali, boryka się z problemami codzienności, własnymi słabościami. Panuje też większa inkluzywność – obok białych heteroseksualnych bogatych kobiet widzimy też kobiety LGBT, o nieeuropejskim pochodzeniu, różnej urody czy stopniu sprawności.

O wspomnienia z czasów zachwytu nad serialem zapytałam kilka kobiet, w wieku 40–45+, niektóre mają już 20-letnie córki. Oto, co usłyszałam:

Agata Szczepańska, dziennikarka:

– „Seks w wielkim mieście” to była dla mnie czysta fantastyka, jeśli chodzi o realia życia. Bohaterkami były przecież zamożne Amerykanki, wolne i niezależne, a ja byłam młodą mamą, miotającą się między wychowaniem dzieci, studiami i dorywczą pracą. Poziom życia bohaterek to był dla mnie kosmos, choć ja też przecież żyłam w „wielkim mieście” i Polska już wtedy coraz bardziej doganiała filmową rzeczywistość. Ale to w sumie nie był problem, to były kostiumy i dekoracje, można było do nich podchodzić z dystansem i po prostu cieszyć oko. Ważniejsze było to, co bohaterki przeżywają, mówią, czują. A to już nie był kosmos, to było coś, z czym można się identyfikować. Oczywiście najważniejszy był sposób, w jaki to wszystko było opowiadane. Chyba najbardziej rewolucyjne było to, jak bohaterki rozmawiają – nie tylko o seksie, ale o facetach, uczuciach, związkach i innych perypetiach. Ale też jak do tego wszystkiego podchodzą, dlaczego są (wydawało mi się wtedy) takie wymagające. Trudno powiedzieć, że serial czegoś uczy, ale może coś pokazywać i jakoś tam zmieniać postrzeganie różnych rzeczy. No i ten na pewno taką rolę odegrał, przynajmniej dla mnie. Co mi pokazał? Na przykład że warto być wymagającym w relacjach i dlaczego pewnych rzeczy należy wymagać – dla siebie. No i że w miłości wszystkie jesteśmy takimi samymi idiotkami, niezależnie od zasobności portfela i szerokości geograficznej. Że seks jest taką samą sferą życia jak wiele innych – można się w nim ćwiczyć i dokształcać. No i że można o nim gadać. Aż dziw bierze, że ponad 20 lat po tym serialu możliwe jest jeszcze takie zjawisko jak slutshaming. Z jednej strony wydawać by się mogło, że mamy to już za sobą, kobiety są niezależne i każda może żyć jak chce, z drugiej choćby wypowiedzi mojej córki sugerują, że jednak tak nie jest.

Natalia Kwiatkowska, 25-letnia studentka, córka Agaty:

– Moim zdaniem ten serial jest tragiczny, bo powstał ponad 20 lat temu, a nam wciąż daleko do takich standardów. Są tam poruszane takie tematy, które u nas są tabu. Smutno patrzeć, bo my wciąż po 30 latach nie jesteśmy w tym miejscu, w którym były bohaterki na samym początku.

Niby w dzisiejszych czasach to serial jeden z wielu, ale jednak pod pewnymi względami wciąż jest wyjątkowy i uniwersalny zarazem. No i nie wyobrażam sobie, żeby tego typu produkcja powstała w Polsce.

To serial o kobietach, które wiedzą czego chcą, a u nas kobiety nie wiedzą czego chcą. Tkwią w układach, w których nie powinny tkwić, i tak będzie, bo oglądają „M jak miłość”, a nie „Seks w wielkim mieście”.

Cały czas, nawet w moim pokoleniu, ludzie żyją mitem romantycznej miłości. Czy w Polsce można żyć jak Samantha? Nie, bo u nas jest ogromny slut-shaming. Ja bym się nie odważyła tak żyć i o tym tak otwarcie mówić.

Poza tym oczywiście nie można pominąć, że ten serial to romantyzacja toksycznego związku i są tam tylko dwie normalne postacie. To oczywiście Samantha – przerysowana, ale może być wzorem, bo ma pewność siebie, którą każda kobieta chciałaby mieć. No i twardo stąpająca po ziemi Miranda. Natomiast Charlotte jest kompletnie oderwana od rzeczywistości, a Carrie to już szkoda gadać, daje sobą pomiatać, robi z nią ten Big, co chce.

Agata, urzędniczka:

– Znałam serial prawie na pamięć. Teraz trochę trąci myszką, ale jednak to wspomnienie z młodości i mam sentyment. Filmy kompletnie były nietrafione, więc jestem ciekawa tego nowego, choć bez Samanthy będzie trudno.

Kupowałam sezony na DVD we Francji. Nie było mnie na nie stać, bo miałam małe stypendium na Erasmusie, ale polowałam na kolejne sezony i oglądaliśmy z moim francuskim chłopakiem. I oglądałam za każdym razem, jak miałam problemy z facetami. I bardzo chciałam mieć buty Manolo Blahnik’s. Poza tym podobał mi się Aidan, bo pamiętałam go z „Przystanku Alaska”, choć z perspektywy czasu myślę, że była to jednak kiepska postać. Moją ulubioną bohaterką była Miranda. Marzyłam o wyjeździe do Nowego Jorku śladami serialu. Pamiętam jak Charlotte miała depresję waginy i oglądała ją po raz pierwszy, bo okazało się, że nigdy wcześniej nie widziała, jak ta wygląda. Potem chyba zaprzyjaźniła się ze swoją cipką, bo w odcinku o sławnym malarzu ten robił serię cipek i ona mu pozowała. Ogólnie to jak na takie niewiniątko , miała niezłe przygody, jak np. ta z chasydzkim żydem.

Szczerze mówiąc najbardziej w pamięć zapadł mi odcinek z końca serialu, jak Barysznikow uderzył Carrie. Gdy wyszedł ostatni sezon, akurat byłam w Paryżu, po okropnym przemocowym związku, więc kiedy nawet Carrie się to zdarzyło, jakoś pomogło mi to tę całą sytuację przetrawić. Zresztą później, podobnie jak Carrie, poznałam kogoś, kto pozwolił mi o tym trochę zapomnieć.

Anna, spędziła w Nowym Jorku sześć lat:

– Niestety, nie pamiętam jak zaczęłam oglądać ten serial, czy to z polecenia znajomej/znajomego, czy zachęcona przeczytaną gdzieś recenzją. Nie wracałam do tego serialu po latach, nie mam go więc świeżo w pamięci, ani odświeżonej perspektywy na jego temat. Wraz z upływem czasu muszę też zaznaczyć, że są seriale, które w bliższy mi sposób opowiadają o kobietach, tak bez lukrowania, np. „Dziewczyny” Leny Dunham.

Niemniej jednak nadal cenię „Seks w wielkim mieście” za dwie sprawy, które 20 lat temu były ważne. Po pierwsze, był to serial, którego głównymi bohaterami były kobiety – i to silne osobowości, znające swoje potrzeby, otwarcie o nich mówiące i potrafiące o nie walczyć, niewstydzące się swoich ambicji. Teraz to może brzmieć jak banał, ale jak się spojrzy, jakie seriale i filmy były kręcone w latach 90. i na początku XXI wieku, to widać, że producenci nie stawiali raczej na kobiety. Poza tym był to serial przebojowy – inteligentnie zabawny, pokazujący Nowy Jork (trudno o bardziej filmowe miasto), ze świetnym scenariuszem i dobranymi aktorkami. Wpływ mediów na kształtowanie postaw jest bezsprzeczny i przyznaję, że w moim przypadku ten serial i mnie trochę otwierał na to, żeby bardziej zachłannie patrzeć na to, co chcę w życiu robić i jak je sobie układać (oglądałam go będąc na studiach). Druga kwestia, za którą lubię „Seks w wielkim mieście” to pokazana w nim kobieca przyjaźń. Chyba nawet z większą przyjemnością śledziłam relacje między głównymi bohaterkami niż ich indywidualne perypetie. A im więcej czasu upływa, tym bardziej upewniam się, że taka kobieca grupa wsparcia jest szalenie ważna. Pomaga na każdym polu.

Joanna Amado, tłumaczka:

W 2002 roku, jak byłam w szpitalu z synem na patologii ciąży, w pokoju ze mną była trochę młodsza dziewczyna, która robiła sobie powiększenie piersi i obie oglądałyśmy wtedy namiętnie „Seks w wielkim mieście”.

Pamiętam, że wówczas te babki, serialowe bohaterki wydawały się nam wyrafinowane i stare. Potem dostałam na DVD wszystkie sezony i jak karmiłam piersią znów wsiąkłam w „SATC”. Strasznie podobał mi się Barysznikow z wyglądu, ale jako postać był wkurzający. Moją ulubienicą była Samantha. Carrie mnie wkurzała, bo jednak cokolwiek jej jakiś facet nagadał, to ona to łykała. Dla mnie Carrie i Charlotte były antyfeministkami, a Samantha i Miranda feministkami.

Podobało mi się, że Carrie nosi cokolwiek chce. Np. sukienkę wieczorową rano, na ulicy. Ale w sumie było dość jasne, że ma anoreksję – zresztą to była ogromna plaga lat 90. i początku XXI wieku wśród celebrytów.

Z perspektywy czasu widać, że seriale „Seks w wielkim mieście” i „Przyjaciele” nie zestarzały się dobrze. Moje nastoletnie dzieci ich nie oglądają.

Jess Diez, licealistka, córka Joanny:

– Ani ja, ani moje przyjaciółki nie oglądałyśmy tego, ale słyszałyśmy o tym serialu. Oglądamy „Never Have I Ever”, „Jezioro marzeń” i „Euforię”. Tamto wydaje się być jakimś gniotem dla kobiet w średnim wieku.

***

© Warner Bros.

Przed nami premiera kontynuacji „SATC”. Candace Bushnell napisała powieść o dalszych losach czterech przyjaciółek, a na początku tego roku Sarah Jassica Parker zapowiedziała, że rusza z produkcją kolejnych odcinków, tym razem zatytułowanych „And Just Like That”. Wiadomo już, że w serialu nie pojawi się Samantha (jak już wspominaliśmy z powodu konfliktu między SJP a Kim Cattrall). Zastąpi ją Che Diaz, która i w realu, i w serialu jest osobą niebinarną, prowadzi podcast i uprawia stand-up. Niespodzianką już nie jest, że znowu na scenę wkroczy… Aidan! Za to niestety w kontynuacji nie uczestniczy projektantka Patricia Field, która porzuciła plan na rzecz drugiej części „Emily w Paryżu”, więc istnieją obawy, że nie będzie już tak stylowo, zjawiskowo i prekursorsko w obszarze mody, jak to miało miejsce w dawnym „SATC”. Pocieszeniem jednak może być to, że Field w zastępstwie zostawiła swoją asystentkę, która pracowała też przy produkcji np. „Diabeł ubiera się u Prady”, więc może nas nie zawiedzie.

Emisja „And Just Like That” planowana jest na koniec 2022 roku. Osobiście jestem ciekawa, jak wyewoluowały bohaterki. Co się w ich życiu zmieniło? Co teraz będzie tematem ich rozmów? Ale też ciekawa jestem własnego odbioru „kobiet z wielkiego miasta” z perspektywy osoby, którą obecnie jestem, 20 lat starszej i żyjącej w kraju, który z jednej strony stał się bogatszy i bardziej światowy, a z drugiej, zatrzymał się w rozwoju, tkwiąc w zamierzchłych poglądach, świadomości i czasie.

Warto przeczytać: Najlepsze seriale na upał

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
seriale na lato

Najlepsze seriale na upał

Ponoć upał nie sprzyja intelektualnym uniesieniom, niemniej nie znaczy to, że w upale pozostaje nam oglądanie wyłącznie odmóżdżających…
programy ekologiczne

BBC – w trosce o planetę

11 marca BBC Earth rozpoczyna cykl programów o tematyce ekologicznej. Ale już w niedzielę 7 marca, cztery dni…

HERstorie za darmo w Ninatece

Jeśli lubisz wartościowe kino i interesujesz się sprawami kobiet, przez kilka najbliższych dni masz szansę zobaczyć osiem filmów…