Ewa Woydyłło

Ewa Woydyłło: Rozwój to zmiana

778 udostępnień
778
0
0

Z rozwojem jest trochę jak z żeglowaniem. Obierasz cel, ale jak aura się zmieni, być może będziesz musiał zmienić kurs, może nawet zawrócić, może obrać inny docelowy punkt swojej podróży. Trzeba inteligencji i uważności, by dobrze pokierować sterowaną przez nas łódką – mówi psycholog Ewa Woydyłło.

Izabela Marczak: Wspaniale pani wygląda, ale skąd ta ręka w gipsie?
Ewa Woydyłło: A, niefortunnie się przewróciłam podczas grania w tenisa i złamałam palec.

Przepraszam, że to powiem, ale ma pani 80 lat i gra w tenisa?!
Oczywiście, regularnie od lat gram w tenisa, startuję w turniejach tenisowych, jeżdżę na rowerze, aktywnie żyję i wypoczywam. Nie wyobrażam sobie wakacji w bezruchu.

Wie pani, że całkowicie zaburza pani swoją osobą utarty w Polsce obraz ludzi starszych?
Być może w Polsce, ale np. w USA, gdzie długi czas żyliśmy z mężem, ten obraz wcale nie jest już taki jednorodny. Pamiętam, jak pewnego wieczoru w Kalifornii wyszliśmy z mężem pograć w tenisa. Tam wszędzie pomiędzy domami, podwórkami, pełno jest kortów tenisowych, z których ludzie mogą za dolara korzystać, przyjść wieczorem i grać nawet całą noc. Wtedy byliśmy młodzi, więc też nas zdziwił widok pary, grającej na sąsiednim korcie. Młody mężczyzna grał ze swoją sędziwą, jak dla nas wówczas, mamą. Jak to w Stanach, szybko nawiązaliśmy z tą parą rozmowę. Okazało się, że syn ma 40 lat, a jego mama, lekarka, 78 lat. Starsza pani przyznała, że woli grać z drugim synem – Garym, który tak bardzo nie każe jej biegać za piłką, bo to jedyne, czego już nie może i nie lubi. Ale jak patrzyliśmy na jej technikę gry, to byliśmy pod wielkim wrażeniem. Grała wprost obłędnie. Byłam wtedy w wieku syna tej pani i patrząc na nią, myślałam: „Boże, matuzalem” (śmiech), ale w duchu marzyło mi się, żeby mieć taką kondycję i zapał, jak dobiję do osiemdziesiątki. Dziś mam 80 lat i gram. Ale rzeczywiście moje koleżanki, z którymi aktywnie spędzam czas, mają po 40 lat. Niewiele jest osób w moim wieku, które mogłyby mi towarzyszyć.

No właśnie, dlaczego tak niewiele osób w pani wieku może poszczycić się tak dobrą kondycją?
Po pierwsze, o kondycję trzeba dbać całe życie. Nie jest tak, że w młodości możemy sobie odpuścić aktywność fizyczną, bo akurat jesteśmy sprawni. Po drugie, ja wciąż pracuję, a jak jesteś aktywny zawodowo, jak nie przechodzisz mentalnie i fizycznie na emeryturę, to upływ lat nie ma takiego znaczenia. Ale i tu, żeby móc pracować jak najdłużej, trzeba o tym pomyśleć wcześniej. Właśnie to, że mam skończone trzy fakultety i ciekawą kompilację różnych zawodów sprawia, że wciąż mogę być dziś aktywna. Oczywiście, że mając 13 lat nie planowałam swojej przyszłości, ale miałam mamę, która o to zadbała. Mówiła mi: „Moja droga, nie możesz wiedzieć, co będziesz chciała w życiu robić, więc próbuj różnych rzeczy”. Pamiętam, jak będąc podlotkiem, gdzieś w jakiejś książeczce dla dziewczynek przeczytałam o różowym telefonie i zapragnęłam taki mieć. To były lata 50., nie było wtedy komórek, tylko telefony stacjonarne z tarczą, nie było też takiego dostępu do różnych produktów, jak mamy dzisiaj. Ale mama powiedziała: „Skoro chcesz mieć taki telefon, to pomyśl, może ten, który mamy można przemalować, może chemik w szkole podpowie ci, czym pokryć bakelit”. Poszłam do pana od chemii i zapytałam. Powiedział, że tylko farba olejna będzie się trzymać na takim materiale, więc zdobyłam różową farbę i przemalowałam nasz telefon, spełniając swoje marzenie. Moja mama miała taką teorię: „Jak czegoś chcesz, to natychmiast to realizuj, nic nie odkładaj, bo kiedyś minie czas, gdy będziesz tego chciała. Chcesz latać na wieczorki taneczne, lataj, bo jak będziesz w moim wieku, to tego już pragnąć nie będziesz, a nawet jeśli, to możesz nie być w stanie tego zrealizować”. W ostatnim „New Yorkerze” widziałam taki dowcip rysunkowy, gdzie ojciec mówi do córki: „Teraz się złościsz, że nie możesz późno wychodzić, ale jak będziesz już mogła późno wychodzić, to nie będziesz chciała”. Dokładnie ten sam komunikat od dziecka słyszałam od mamy: „Jak chcesz, to teraz”.

Konkluzja jest taka, że mając fajną i mądrą mamę, wyniosłam z jej przekazu m.in. to, że nie wiemy, ile trwać będzie nasze życie, nie wiemy, jakie pisze nam scenariusze, ale warto przygotować się na różne. Lepiej robić coś na zapas, myśleć, że coś, co robimy, ma nam służyć długo. Ten zapas pozwala mi dziś być nadal aktywną zawodowo, a myślenie, że ciało ma mi służyć długo, sprawiło, że całe życie dbałam o kondycję, o właściwą dietę – nie odchudzającą, ale po prostu racjonalną, zdrową.

Z tego, co pani mówi wynika, że wychowanie pomogło pani stać się osobą, która pomysły szybko wciela w życie, raczej nie dywaguje nad swoimi brakami, tylko próbuje różnych rzeczy, realizuje je…
Bo uważam, że szkoda czasu na dywagacje. Najlepiej powiedziała o tym kiedyś Claudia Blackburn. W latach 80. ubiegłego wieku, kiedy wraz z mężem rozpoczynaliśmy programy terapeutyczne dla alkoholików, zapraszaliśmy z USA do Polski różnych ekspertów związanych z problematyką alkoholową. W 1989 roku nasze zaproszenie przyjęła psycholożka Claudia, postać, która wprowadziła do naszego kraju pojęcie DDA (dorosłe dziecko alkoholika). Spędziła z nami sporo czasu, prawie pół roku. Zaprzyjaźniłyśmy się, a ona dość dobrze poznała Polaków. Kiedy wyjeżdżała zapytałam ją, jak nas postrzega, jakie widzi różnice między nami i Amerykanami. I pamiętam, że powiedziała wtedy: „Główna różnica między wami a nami jest taka, że wy zajmujecie się problemami, a my rozwiązaniami”. Wiele lat studiowałam w Stanach i mnie również stało się bliższe myślenie rozwiązaniami, a nie problemami. Gdy dostrzegam problem, to szukam możliwości wyjścia z niego, zamiast skupiać się na nim, na jego przyczynach. Najpierw zmiana, potem ewentualne myślenie o tym, co dany problem wygenerowało, a nie odwrotnie. Proszę spojrzeć, że dziś większość podejść terapeutycznych również trzyma się tej zasady. Jak leczymy alkoholików? Najpierw muszą przestać pić, a dopiero potem, już na trzeźwo, można rozważać, skąd się ich picie wzięło. To jest dokładnie to, co powiedziała Claudia. Jak się zajmujesz problemem, rozważasz, dlaczego tak ci źle, zamiast szukać rozwiązań, to nie ruszysz z miejsca.

Kiedyś wpadło mi w ręce potężne opracowanie pewnego amerykańskiego psychiatry na temat depresji. Było dla mnie wielkim zaskoczeniem, gdy wyczytałam, że jedną z proponowanych przez autora metod wychodzenia z depresji jest… działanie. „Nie poddawaj się bezruchowi. Rób cokolwiek, małymi kroczkami, byle do przodu” – mówił.
To właśnie jest moja metoda. Jak poddasz się inercji, to zgodnie ze starym łacińskim powiedzeniem: „Repetitio est mater studiorum” – powtarzanie prowadzi do wyuczenia (dokładnie „Powtarzanie jest matką wiedzy” – red.) – wyuczysz się bezradności, bezczynności. Dobrze to widać w przypadku uzależnień: im bardziej wyuczysz się robić to, co ci szkodzi, tym bardziej będziesz sobie szkodzić. Jedyny sposób, by zatrzymać ten regres czy „progres negatywny”, to zaniechać destrukcyjnego działania i stopniowo zmienić je na konstruktywne.

Zmiana wymaga działania, działanie to ruch, ale wiele osób nie lubi ruchu. Zdarza się, że ludzie idą do psychiatry po tabletkę, a ten mówi: „Tabletka tabletką, ale musi się pan/pani” ruszać”.
I słusznie. W niektórych krajach na Zachodzie na oddziałach depresji pacjenci otrzymują dresy i obuwie sportowe. Nawet jak są w ciężkim stanie i sanitariusze muszą ich wyprowadzać na spacer, to jednak ruchu się nie odpuszcza. Dlaczego? Bo ruch pobudza produkcję endorfin. Mózg, żeby prawidłowo funkcjonować, musi być odpowiednio dotleniony, w bezruchu pozostaje w stanie niedoboru tlenu, zaczyna ograniczać pewne funkcje, zastyga wraz z jego właścicielem. Chcąc pobudzić mózg, trzeba go dotlenić, a żeby go dotlenić, trzeba się ruszać. Wojciech Oczko, lekarz polskich królów, m.in. Stefana Batorego, miał takie powiedzenie: „Nie ma takiej choroby, w której nie pomógłby ruch. Nie ma takiego lekarstwa, którego ruch nie zastąpi”. To proste, w tym żadnej wielkiej filozofii nie ma, jeśli chcemy zachować zdrowie, trzeba się ruszać.

Mam wrażenie, że współcześnie ludzie chcą działać, chcą się zmieniać. Nie bez przyczyny jak grzyby po deszczu na rynku pojawiają się kolejne poradniki, kolejni coachowie, którzy pragną pokazywać innym, jak tych zmian można dokonać.
I dobrze. Uważam, że do rozwoju trzeba ludzi wychowywać, i to od małego. Uczyć dzieci tego, że warto próbować, warto działać, jeśli zależy im na osiągnięciu pozytywnej zmiany w swoim życiu. I nie to, że muszę się rozwijać, bo sam fakt rozwoju nie jest tu aż tak ważny, jak kierunek, w jakim będę podążać. W życiu trzeba mieć cel, nie można wyłącznie położyć się na fali i pozwolić się tej fali nieść, bo wówczas będę ciągany od ściany do ściany: a to poddam się tej czy innej pokusie, a to odpuszczę sobie coś, bo mi się nie chce, a to będę znajdować na wszystko wymówki. Takie życie to marnowanie własnego potencjału. Dobre życie polega na tym, że umiesz siebie monitorować i wybierasz tylko te rzeczy, z których jesteś dumny, które służą tobie i pozwalają ci dobrze funkcjonować w otoczeniu, w jakim akurat się znajdujesz.

Rzecz w tym, że w natłoku tych rozwojowych porad można się pogubić. Zaczęły się już nawet pojawiać głosy, żeby „zdelegalizować coaching i rozwój osobisty”. To głosy, które buntują się wobec napływu na rynek wiedzy mało fachowej.
Absurd. Jak komuś jakaś wiedza się nie podoba, to niech z niej nie korzysta. I co to za postulat: zdelegalizować? To znaczy, że zabronić jej rozpowszechniania? A jeśli akurat ta wiedza komuś pomaga? Gdyby iść tą ścieżką, to Lucyna Winnicka (aktorka, założycielka Akademii Życia – red.), moim zdaniem jedna z najlepszych psychoterapeutek w historii w Polsce, która miała ogromny pozytywny wpływ na życie wielu kobiet, nie mogłaby z tymi kobietami spotykać się i im pomagać, ponieważ nie miała odpowiedniego dyplomu i żadnych certyfikacji w tym względzie. Tymczasem Winnicka ratowała tym kobietom życie, w takim sensie, że ona tym wielu poranionym, pozbawionym nadziei osobom pomagała odnaleźć kierunek zmian i wyprowadzała je na prostą.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Choroba psychiczna czy dar?

Depresja, choroba dwubiegunowa, psychoza i schizofrenia nie są przekleństwem, lecz przejawem nadzwyczajnej transformacji świadomości. Według afrykańskiego autora i…
moc pisania

Moc pisania

Kto Cię wysłucha, gdy przeżywasz trudne emocje? Kto zawsze znajdzie dla Ciebie czas? Kto nigdy nie oceni i…