Przesyłka

1 udostępnień
1
0
0

W czasach zamkniętych galerii handlowych popularność zyskują zakupy online. Prosto, szybko, z dostawą towaru do domu lub paczkomatu, a nawet z opcją bezpłatnego zwrotu przesyłki. Wygodnie i praktycznie. Wartością dodaną takich zakupów bywa też… trening mentalny.

Piątek, piąteczek, piątunio. Głowa ciut już zwolniona z myślenia o pracy, zaczyna zajmować się życiem prywatnym. Czas na zakupy. Tym razem wielkogabarytowe. Wybieram, klikam, gotowe.

Sklep potwierdza przyjęcie zamówienia i informuje, że wysyłka nastąpi za kilka dni.

Kilka? – myślę. – To znaczy kiedy?

reklama
reklama

Moja głowa zaczyna produkować listę okoliczności niesprzyjających realizacji zamówienia.

A jak przyjadą, wtedy gdy będę w pracy? Co z tego, że pracuję z domu, skoro przesyłka ma trafić w miejsce oddalone kilka kilometrów od mojego mieszkania. Przecież takiego gabarytu nie można zostawić u sąsiada, zresztą tam nie ma sąsiadów. A jak nie zechcą wnieść do budynku i zostawią mnie z paczką na ulicy? Co ja, biedna, wtedy pocznę?

Odganiam myśli tradycyjnym: „Nie wyprzedzaj faktów, może wszystko się ułoży, poczekaj, wrzuć na luz”. W końcu jest piątek, piąteczek, piątunio.

Cztery dni później.

„Pani asortyment został skompletowany i czeka na odbiór przez firmę kurierską” – informuje mnie mailowo sklep. Znów głowa zaczyna pracować i znów uspokajam samą siebie: „Poczekaj, dostaniesz powiadomienie o wizycie kuriera, to będziesz myśleć”.

Czwartek, godz. 3 nad ranem.

„W dniu dzisiejszym kurier podejmie próbę dostarczenia przesyłki” – otrzymuję wygenerowaną przez system firmy kurierskiej wiadomość. – „Przesyłka zostanie dostarczona w godzinach między 8 a 17.00”. Czas dostawy równie precyzyjny, jak poprzednie „kilka dni” w komunikacie ze sklepu.

No nic, dobrze przynajmniej, że pracuję zdalnie. Wystarczy poinformować, że jak nie będę w danej chwili dostępna online, to znaczy, że odbieram przesyłkę i że zajmie mi to godzinkę lub półtorej.

– O której cię nie będzie? – pyta praca.

I co odpowiedzieć? „Tak jakoś między 8 a 17”?

– Dokładnie nie wiem, bo kurier ma dość duży zakres dowolności – mówię.

– Ach, kurier – odpowiadają ze zrozumieniem. – No tak, to nigdy nie wiadomo.

Czekam. Z jednej strony staram się pracować, ale tak naprawdę cały czas stoję w blokach startowych, gotując się na wyjście, kiedy to już otrzymam telefon od kuriera i będę musiała przemieścić się z mieszkania do punktu odbioru przesyłki. Godziny mijają. 12, 14, 15. Dzwonią wszyscy, tylko nie ten, na którego telefon tak dziś wyczekuję. Telefon zabieram ze sobą wszędzie, żeby nie przegapić połączenia. Zamiast obiadu, zjadam kanapkę, bo przecież nie będę zaczynać gotowania, kiedy on w każdej chwili może zadzwonić. Ale mija 17 i… głucho. Dopiero około 20 pozbywam się nadziei, że usłyszę: „Tu kurier, mam dla pani przesyłkę”.

– Chyba jeszcze nigdy tak usilnie na nikogo nie czekałam. Co za rozczarowanie! Co za potworny zawód! – konstatuję.

Jednak po czwartku znów jest piąteczek. Może zadzwoni dziś? – łudzę się, ale już nie informuję współpracowników o ewentualnej absencji. Okazuje się, że postąpiłam słusznie. Bo kuriera ni widu, ni słychu.

Z cyklu Momenty czytaj też: Zima

Nastaje weekend, więc nawet nie biorę pod uwagę jakiejkolwiek dostawy, ale w poniedziałek los przesyłki znów staje się dla mnie ważny.

– Dzień dobry – witam się z obsługą sklepu internetowego, bo do firmy kurierskiej nie mam telefonu. Mówię, że przesyłka nie została dostarczona, licząc na to, że coś o niej wiedzą.

– Aaa, no tak, przesyłka nie dotarła, bo system źle zassał pani numer telefonu i kurier nie mógł się do pani dodzwonić. Ale już naprawiliśmy błąd, więc dziś powinien się odezwać – informuje mnie obsługa sklepu. – Na wszelki wypadek proszę sobie zapisać numer do kuriera.

„Bingo!” – myślę. Skoro mam już numer dostawcy, wszystko powinno pójść gładko. Dzwonię, by upewnić się czy dziś czeka mnie powtórka z czwartkowej rozrywki.

– Nie, no dziś to już tej przesyłki nie wziąłem – oświadcza człowiek po drugiej stronie. – Woziłem się z nią w czwartek, woziłem w piątek, pani nie odbierała, więc dziś dałem sobie spokój. To nie jest piórko, trochę waży i miejsca zabiera.

– To kiedy? – pytam. – Może jutro?

– Jutro już mam komplet, więc nie da rady – słyszę. – Najwcześniej w środę.

Szlag, akurat wtedy, gdy mam napięty grafik, poumawiane spotkania itd.

– OK – przystaję na ten termin mimo wszystko, obawiając się, że paczka nigdy już do mnie nie dotrze i odjedzie w siną dal do magazynu lub bezpośrednio do sklepu.

Środa. Przełożyłabym umówione spotkania, ale nie da rady. Mam nadzieję, że kurier dotrze w miarę sprawnie i zdążę ze wszystkim na czas. Od rana trwam w gotowości. O 7.30 dzwonię do dostawcy. Bez skutku. Nie odbiera. Denerwuję się. Każdy telefon z pracy odbieram jak intruza. Toż przecież blokuje linię, a ja czekam na ważne połączenie. Mijają godziny i nic. Muszę przygotować się do wyjścia na służbowe spotkanie. Zabieram telefon pod prysznic. Odkręcam kurek, namydlam się. Dzwonek.

– Będę u pani za 15 minut – słyszę.

– Za 20! – negocjuję, wyskakując spod wody, wdzięczna losowi za to, że nie zdążyłam zmoczyć włosów.

– Może być – odpowiada ugodowo.

Pędzę, zaklinając w duchu rzeczywistość: „Żeby tylko nie było korków”. O matko, czy wzięłam pieniądze, żeby zapłacić za przesyłkę? – zastanawiam się, choć przecież kasa ponad tydzień czeka spokojnie w torebce. Jak wszystko dobrze pójdzie, jeszcze zdążę na umówione spotkanie.

Dojeżdżam na miejsce. Kurier już czeka. Nie zostawia mnie z paczką na ulicy, czego tak się obawiałam, tylko godzi się wstawić paletę z gabarytem do garażu. Przesyłka ląduje w bezpiecznym miejscu. Misja zakończona.

Gdy żegnam się z uczynnym dostawcą, mówię:

– Dzwoniłam dziś rano do pana, ale pan nie odbierał, a potem zadzwonił pan z zupełnie innego numeru…

– Pani, ja tamtego telefonu z reguły nie odbieram. Ludzie nie mogą się doczekać na paczki i non stop wydzwaniają, aż trudno pracować.

Środę zakończyłam z pakietem sukcesów na koncie: odebrałam przesyłkę i zdążyłam na spotkania. Kładłam się zatem spać z poczuciem zadowolenia i ze spokojną głową. Kiedy zasypiałam, przebiegła mi przez myśl refleksja: „Dziś, w dobie cyfryzacji, nie trzeba nawet sięgać po wsparcie coachów czy po szczególne praktyki rozwojowe, by ćwiczyć się w cierpliwości, rozwijać umiejętności negocjacyjne, ogarniać multitasking. Wystarczy zamówić przesyłkę”.

Z cyklu Momenty czytaj też: Zaklęcie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać
zima

Zima

Nadeszła zima. Za oknem mojego domu świat – niczym panna młoda – wystroił się na biało. Słońce, jakby…
wiewiórka

Wiewiórka

W czasie izolacji, pandemii, chaosu, niepewności natura przynosi chwilę wytchnienia, spokój, radość. Daje nadzieję. Spacer po parku to…