© Adobe Stock

Przebodźcowani

7 udostępnień
7
0
0

Słyszeliście kiedyś o przyznaniu prestiżowej nagrody literackiej za twórczość niekoncentrującą się na jakiejś ludzkiej, zwierzęcej, lokalnej lub globalnej niedoli? Znacie jakiś poczytny serwis newsowy, który koncentrowałby się na dobrych wiadomościach? Zwykła, prosta, nieociekająca w dramaty rzeczywistość wydaje nam się nudna. Czy faktycznie jest nudna, czy to może efekt karmienia się iluzjami rzeczywistości?

W wystąpieniu na katowickim TEDx Jakub Biel, odpowiedzialny za komunikację marki X-KOM, przedstawił badania Begera i Milkmana, mówiące o tym, jakie treści najbardziej przyciągają użytkowników internetu i najlepiej szerują się w sieci. Pod uwagę wzięto następujące cechy internetowych materiałów: gniew, praktyczność, zachwyt, zainteresowanie, lęk, ładunek emocjonalny, zaskoczenie, pozytywność, smutek.

Okazuje się, że praktycznie wszystkie treści o tych cechach mają szansę dobrze roznosić się wirusowo po sieci, jednak liderem wśród nich jest… gniew. Daje on trzy razy większe perspektywy na udostępnienie niż np. informacje o wydźwięku pozytywnym. Pozytywne wieści znajdują się na szarym końcu powyższej listy.

Jedyną cechą, która ewidentnie nie sprzyja szerowaniu w sieci jest smutek. Ludzie nie chcą smutnych rzeczy podawać dalej, ale za to lubią na smutne wieści reagować hojnością. Smutek ich porusza, nawołuje do działania. Wraz z nim w ludziach pojawia się dyskomfort. A chcąc w jakiś sposób ów dyskomfort zredukować, kiedy tylko zyskają taką możliwość, szczodrze sypią groszem na biednego psiaka, kociaka, chore dziecko czy inny nieszczęśliwy przypadek. W ten sposób uczucie smutku ustępuje miejsca poczuciu szlachetności, dobrze spełnionej misji, obietnicy szczęśliwego zakończenia.

Marketingowe znaczenie ma treść, która wywołuje w ludziach silne emocje. Im bardziej coś zdoła nas poruszyć, tym większą przypisujemy temu wartość. Ani zainteresowania, ani szacunku nie wzbudza postać człowieka, który po prostu żyje sobie dobrze, nikomu nie szkodząc. Szacunek, prestiż, przychodzą wraz z trudami pięcia się po stromych i niebezpiecznych stokach ludzkiego losu, po powstaniu z upadku, dramatycznych i bohaterskich czynach, wielkich osiągnięciach. Lubimy historie o dzielnych ludziach, o odwadze, poświęceniu, pokonywaniu trudności, przekraczaniu granic.

Zasadniczo nic w tym złego, ale… Wydaje się, że jedną z konsekwencji owego poszukiwania przez nas emocjonalnych bodźców, nadawania wyższej wartości temu, co intensywnie wali nas po oczach, wywraca trzewia na drugą stronę, podnosi ciśnienie, adrenalinę, wyciska łzy, jest utrata wrażliwości na subtelne przejawy życia, które toczy się wokół nas. A życie to – realne, nie wykreowane – każdego dnia może przynosić nam wiele dobra, obfitować w małe wielkie cuda, do głębi poruszać i dostarczać pożywki naszej duszy.

Może zainteresuje Cię: Życie jest zbyt krótkie, aby od rana nie być w skowronkach…

Małe sprawy, zwykli ludzie

Kilka razy w tygodniu, zwykle o poranku, dzwoni do mnie koleżanka, żeby opowiedzieć mi jakąś dobrą, zabawną historię, która „zrobi mi dzień”.

Wieczorami dzwoni kolega z pytaniem kontrolnym: „Smak jest? Węch jest?”, tym samym sprawdzając, czy jestem zdrowa i czy czegoś nie potrzebuję.

Przyjaciółka przeprasza, że mnie nie odwiedzi w najbliższym czasie, ale zajmuje się teraz gotowaniem i pomocą sąsiadce (samotnej mamie), która z powodu zakażenia COVID-19 utknęła z dzieckiem w domu i nie ma jak się zaopatrzyć.

Tu, gdzie mieszkam mam wielu fajnych sąsiadów. Jakiś czas temu założyli fanpage na Facebooku, na którym informujemy się o ważnych dla naszej małej społeczności sprawach, wystawiamy rzeczy do oddania za darmo, chwalimy się naszymi osiągnięciami hand made, umawiamy się na wspólne spacery, pomagamy sobie nawzajem, gdy ktoś z nas czegoś potrzebuje.

W okolicy mieszka złotego serca mechanik samochodowy, który prowadzi jednoosobowy warsztat. Podejmuje się napraw beznadziejnych, których żaden inny zakład nie chce przyjąć, bo naprawa zwyczajnie mu się nie opłaca. Dlatego do lokalnego eksperta uderzają przede wszystkim ludzie niezamożni lub tacy, których wszyscy inni odesłali z kwitkiem. On nie odmawia. Śmieje się z opinii, jaką usłyszał kiedyś o sobie: „Mechanik od biedoty”. Nawet jeśli okazuje się, że jego klienci nie mają pieniędzy, żeby zapłacić za naprawę, dogaduje się z nimi, że zapłacą później albo przyniosą w zamian miód czy jajka. Z nikogo nie zdziera, na nikogo nie złorzeczy. By nie wpędzać klienta w dodatkowe koszty, potrafi 10 godzin spędzić na odkręcaniu zardzewiałej śruby w kole. Nie wszyscy to docenią. Nikt nie zapyta, czy ma za co opłacić rachunki. Ale on nie ma im tego za złe. Robi swoje, stara się być przyzwoitym.

Wśród wielu lokalnych zakładów fryzjerskich w mojej okolicy jest jeden, który bardzo lubię. Ulokowany jest nie w centrum, lecz na obrzeżach miasta. Zakład skromny jak jego właścicielka. Nie uświadczysz w nim wystrzałowych sprzętów, bogactwa kosmetycznych marek, przyciągających wzrok bajerów. Ale prowadząca go kobieta zna się na swoim fachu. Świetnie strzyże, zawsze ma dobry humor, potrafi słuchać i odpowiadać na potrzeby klientów. Używa tanich, polskich produktów do pielęgnacji włosów, oferuje podstawowe czynności fryzjerskie, ma przystępne ceny. Spytałam ją kiedyś, dlaczego tkwi na tym „zadupiu”, dlaczego nie korzysta z oferty wielkich firm kosmetycznych, nie poszerza działalności. Odpowiedziała: „Ale po co? Przecież to mi wystarcza”.

Moje trzy psy odmierzają mi codziennie czas w układzie 12-godzinnym. Punkt 6.00 budzą mnie szturchając moją dłoń nosami, punkt 18.00 ustawiają się przede mną szeregiem – informując: „kolacja”.

Niedawno moja siostrzenica kończyła dwa latka. Był tort, zdmuchiwanie świeczki, ale co najważniejsze były bańki mydlane i balony. „Ojojoj” – krzyczała, z ekscytacją łapiąc pękające bąbelki. – „Ojojoj!”, goniła za nimi z młotkiem z zestawu małego majsterkowicza, który dostała w urodzinowym prezencie od ciotki.

Ot, zwykłe życie. Bez fajerwerków, dramatycznych zwrotów akcji i okładkowych bohaterów. Subtelnie zaskakujące, urocze, wzruszające. Dobre i nudne. Według standardów rynkowych, medialnych i marketingowych kompletnie bezwartościowe.

Tej autorki: Kosmos

Złaknieni kłamstwa

Dobre historie się nie sprzedają, zwyczajność jest nudna, rzeczywistość jest nieciekawa. Summa summarum wychodzi na to, że nudna, nieciekawa i niesprzedawalna jest… prawda. Bez filtra, bez Photoshopa, bez podkręconej, wykreowanej fabuły, świat wydaje nam się mało atrakcyjny.

To dlatego jeśli nasz związek nie wygląda jak ten z hollywoodzkiej produkcji, jesteśmy rozczarowani i myślimy o rozstaniu. To dlatego nie potrafimy dziś dostrzec piękna w zmarszczkach starzejącej się żony i zaczynamy rozglądać się za jędrniejszym, młodszym modelem. Nie akceptujemy własnych ciał, bo one nie przystają do tych sztucznie podrasowanych na okładkach kolorowych magazynów. Szukamy w sieci informacji, które wzbudzą w nas gniew, bo subtelniejsze bodźce już nie dają nam haju. Dlatego też w sklepie sięgamy po ładnie opakowany produkt, ignorując jego skład i wpływ na nasze zdrowie. Jemy mięso i po fast foody, bo nie widzimy i nie chcemy wiedzieć, jak to jest zrobione.

Lata żywienia się kłamstwami, fałszywym obrazem rzeczywistości niejako uzależniły nas od fałszu. Jesteśmy trochę jak ćpuny – pragnienie kolejnej dawki narkotyku odbiera nam zdolność jasnego widzenia, racjonalnego oglądu.

Niestety, jak każde uzależnienie, tak i to w szerszej perspektywie czyni nas nieszczęśliwymi. Zwłaszcza jeśli dostęp do narkotyku jest utrudniony, a świat bez niego wydaje się nam przerażający.

To, jaki rozmiar przybrało to uzależnienie i jak trudny byłby od niego odwyk, uświadomił mi wielkomiejski znajomy, który postanowił, że chce odkleić się od korporacyjno-slapstickowej codzienności. Wymyślił, że weźmie udział w indiańskim rytuale słońca. Rytuał, który wybrał miał się odbyć bezkrwawo, czyli bez elementu przyczepiania się do drzewa wbitymi do skóry kołkami. Miał polegać na tym, że cztery dni będzie się siedzieć samotnie w lesie, nic w tym czasie nie pijąc ani nie jedząc. Cztery dni sam na sam ze sobą, sam na sam z naturą, bez schronienia, bez książki, internetu, telewizji, innych ludzi, bez tych wszystkich bodźców, które na co dzień są źródłem naszych mniejszych lub większych przyjemności, ale i naszym narkotykiem. Czyż to nie horror? Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie siebie bez tego wszystkiego? Kim wtedy byśmy byli? Co byłoby dla nas ważne, co prawdziwe? Jak zmieniłyby się nasze wartości, potrzeby, świadomość?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać

Uratuje nas śmiech

W nowy rok wchodzę, konając ze śmiechu. Boli mnie przepona, bolą mięśnie twarzy i narządy wewnętrzne. Przez cały…

Dobre intencje

Podobno w piekle posadzki i ulice wyłożone są szlachetnymi pobudkami ludzi. Czyżby nasze dobre chęci wcale nie zbliżały…
singiel

Życie singla

Dlaczego singielstwo budzi tyle kontrowersji? Czy – jak twierdzą niektórzy – jest ono przejawem egoizmu, nieodpowiedzialności, społecznego niedostosowania,…

Wojna?

Na ulicach, w mediach, w sieci wybrzmiewają obecnie hasła: „To jest wojna!”, „To rewolucja!”, a my w SiedemÓsmych…
jesteśmy nienormalni

Wszyscy jesteśmy nienormalni

– Im dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że normalność nie istnieje –…

Dzień nieodległości

Dzień Niepodległości powinien skłaniać do refleksji o wolności. Niestety, od kilku lat jest okazją do walki ludzi o różnych poglądach. Nadzieja w ludziach młodych i dzieciach, którzy chcą łączyć, nie dzielić.