prawa wyborcze polek
Wybory do Sejmu w 1930 roku, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Prawa wyborcze Polek

28 udostępnień
28
0
0

W kontekście Święta Niepodległości warto przypomnieć o drodze, jaka doprowadziła Polki do urn wyborczych i parlamentu. Choć wbrew powszechnej opinii nadanie praw wyborczych Polkom nie nastąpiło 11 listopada.

Historia emancypacji kobiet w Polsce wiedzie od zdobycia przez nie dostępu do edukacji, przez uzyskanie pełni praw wyborczych, do masowego udziału w rynku pracy po II wojnie światowej i do kontroli płodności (choć jak pokazał ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego nie jest to oczywiste). Edukacja zapewniała dobrze płatną pracę, czyli niezależność, a możliwość głosowania i kandydowania w wyborach – realny wpływ na prawo i politykę, czyli współtworzenie państwa.

Gdzie diabeł nie może…

Sytuacja kobiet w Polsce przez wieki była lepsza niż kobiet w pozostałych częściach Europy. Mężczyźni większą część czasu spędzali na wojnach lub sejmikach, więc domami i folwarkami rządziły kobiety. Jednak państwo – ono stanowiło już czysto męską sprawę. Poza tym istniało coś, co polska filozofka, działaczka feministyczna i społeczna Sławomira Walczewska w Damach, rycerzach i feministkach nazywa szlacheckim kontraktem płci. Wśród zamożnej szlachty małżeństwo miało charakter kontraktu. Służyło interesom majątkowym i rodowym. Dziewczęta wychodziły za mąż w wieku 16–18 lat, wcześniej poddane treningowi dobrego ułożenia, czyli wszelkim praktykom wychowawczym generującym uległość wobec mężczyzn.

Dopiero podczas insurekcji wydarzyła się rzecz bez precedensu. Naczelnik powstania Tadeusz Kościuszko wystosował do kobiet odezwę, w której zwrócił się do nich per współobywatelki. Prosił o szarpie i bandaże, mówił o potrzebie publicznej i o konieczności ofiary na rzecz ojczyzny.

Ogłoszenie kobiet współobywatelkami oznaczało w epoce rozbiorów wolę podzielenia się z nimi kosztami restytucji państwa polskiego. Do czasu upadku jedynymi jego obywatelami byli mężczyźni stanu szlacheckiego. Kobiety otrzymały obywatelstwo dopiero wtedy, gdy państwo polskie przestało istnieć. Przyznano im więc obywatelstwo nieistniejącego państwa. Otrzymały je wtedy, gdy formalnie rzecz biorąc było ono paradoksem, a faktycznie – gdy było wielkim ciężarem – pisze we wspomnianej książce Walczewska.

Kobiety oczywiście odpowiedziały na wezwanie Kościuszki. Oprócz haftowania sztandarów i darcia szarpi, agitowały, były kurierkami, szmuglowały broń i pieniądze, organizowały lazarety, wiele z nich walczyło. Po skończonej walce to one wysyłały paczki na Sybir.

Gdy Polska zniknęła z mapy Europy, przeniosła się do domu, a rodzina stała się gwarantem narodowej tożsamości. Macierzyństwo i wychowanie dzieci nie było już sprawą prywatną, ale polityczną. Matki Polki realizowały postulat „prywatne jest polityczne” na długo zanim wymyśliły go zachodnie feministki. W domach pielęgnowały polskość, kultywowały tradycję, religie, obyczaj. Po zsyłce lub śmierci męża były samodzielne, musiały być niezłomne i stawać na wysokości zadania.

Mimo że nagrodą za to był prestiż w rodzinie i społeczeństwie, to wyniesienie na społeczny piedestał zacieśniało krąg dostępnych zachowań. Matka Polka miała być dobrą, wierną, pełną hartu i oddania heroiną, której nie wolno było mieć własnych pasji czy marzeń, o namiętnościach nie wspominając. Poza tym władza moralna kobiet nie przekładała się w żaden sposób na władzę formalną.

Kiedy zachodnie emancypantki walczyły o wolność i równouprawnienie kobiet, Polki walczyły „o sprawę”. Nawet polskie emancypantki po odzyskaniu niepodległości nie upominały się o wyzwolenie spod męskiej dominacji, ale o „równość w możności poświęcenia”, o obywatelskie obowiązki i o uczestnictwo w odbudowie państwa „bez różnicy płci”.

Łaska pańska na pstrym koniu jeździ

Prawa wyborcze Polki uzyskały faktycznie stosunkowo łatwo, chociaż – jak głosi anegdota (ponoć prawdziwa) przytoczona w Damach, rycerzach, feministkach przez Walczewską – delegacja działaczek, które zgłosiły się w tej sprawie do Piłsudskiego, została przetrzymana parę godzin na mrozie przed jego willą na Mokotowie. Organizatorki warszawskiego Zjazdu Kobiet udały się do Piłsudskiego z delegacją Centralnego Komitetu Równouprawnienia Politycznego Kobiet Polskich, jak tylko został zwolniony przez Niemców z Magdeburga. Dr Justyna Budzińska-Tylicka, dr Zofia Sadowska i Maria Eysmontowa przedstawiły Naczelnikowi deklarację z wezwaniem do przyznania Polkom równouprawnienia politycznego – co też uczynił.

Prawa wyborcze, czyli główny postulat XIX-wiecznego ruchu kobiecego na Zachodzie, nie były najważniejszym hasłem polskich emancypantek, ponieważ jak wiemy, nie istniało wtedy państwo polskie. W Polsce kobiety otrzymały czynne i bierne prawo wyborcze w 1918 roku, ale dopiero ustawa z 1921 roku uchyla w pełni ograniczenia mężatki do sprawowania czynności prawnych i zdolności procesowych, a od 1929 roku zaczyna obowiązywać zasada równouprawnienia obojga małżonków w stosunkach osobistych. Poza tym zaraz po odzyskaniu niepodległości udział Polek w życiu publicznym był znikomy – zaledwie 2 proc. kobiet w Sejmie i 5 proc. w Senacie. Na zniesienie reszty dyskryminujących kobiety przepisów prawa trzeba było czekać aż do zakończenia II wojny światowej.

Jak pisze Walczewska:

Kobiety w Polsce nie musiały domagać się dla siebie miana obywatelek, jak kobiety z krajów Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. Przyszło ono do nich z zewnątrz, jako wyzwanie, obowiązek, nakaz moralny. Pojawiło się wraz z upadkiem Rzeczypospolitej i rozbiorami. Gdy w początkach XX wieku państwo polskie zaczęło mieć szansę na odrodzenie, obywatelstwo kobiet znów zaczęło być problematyczne aż do odzyskania niepodległości. (…) Upadek państwowości polskiej przyniósł kobietom zaproszenie do polskiej wspólnoty narodowej. Wcześniej dla kobiet nie było miejsca w szlacheckim narodzie. (…) Zmienił to dopiero upadek państwa polskiego, któremu towarzyszył „wynalazek” obywatelstwa kobiet.

W Wielkiej Brytanii kobiety już w 1866 roku organizowały się wokół żądań przyznania im praw wyborczych. W 1903 roku Emmeline Pankhrust założyła w Anglii organizację sufrażystek – Społeczno-Polityczną Unię Kobiet. W tym samym czasie Minna Cauer, założycielka Stowarzyszenia Pomyślności Kobiet (1888 r.), i jej koleżanki nie tylko walczyły o prawa wyborcze, ale także o zniesienie podporządkowania i ubezwłasnowolnienia żony i matki.

Kobiety polskie w tym czasie walczyły o sprawę narodową, swoje prawa zmuszone odsunąć na później. Odzyskana przez kraj niepodległość w 1918 roku ofiarowała Polkom prawa wyborcze na równi z mężczyznami. Angielki otrzymały prawa wyborcze w tym samym roku co Polki, z tym że im tych praw nikt nie dał – one same je sobie wywalczyły. Jest to różnica zasadnicza, ponieważ w trakcie tej walki kształtowała się świadomość Brytyjek. Miały szansę zrozumieć, co jest dla nich ważne i czego chcą.

Dekretem Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego o ordynacji wyborczej z 28 listopada 1918 roku Polki uzyskały bierne prawo wyborcze.

Wybory do Sejmu Ustawodawczego odbyły się 26 stycznia 1919 roku, ale w burzliwym okresie formowania się Rzeczypospolitej jeszcze do marca 1922 roku przeprowadzano wybory uzupełniające. Ostatecznie do parlamentu dostało się osiem Polek, reprezentujących różne środowiska polityczne: Gabriela Balicka, Jadwiga Dziubińska, Irena Kosmowska, Maria Moczydłowska, Zofia Moraczewska, Anna Anastazja Piasecka, Zofia Sokolnicka oraz Franciszka Wilczkowiakowa.

W pierwszym po odzyskaniu niepodległości sejmie na osiem pierwszych posłanek mówiono „posełki”, dziś niezdrową ekscytację u niektórych wywołuje słowo „posłanka”, choć to komuna zniszczyła końcówki żeńskie, używane powszechnie w dwudziestoleciu międzywojennym.

O tym, dlaczego feminatywy są ważne przeczytasz w tekście: Feminatywy – woda na młyn snoba

Dziś za granicą szczycimy się, że na tle świata Polki stosunkowo szybko uzyskały prawa wyborcze, w szkołach uczymy dzieci, że to Piłsudski im je dał. Ale czy to rzeczywiście prawda?

Tak, lubimy się pochwalić, jak to Polkom wcześnie na tle innych europejskich krajów (szczególnie lubimy tu powytykać opóźnienie Francji czy Anglii) przyznano prawa wyborcze, ale wcale nie jestem przekonana, że wydarzyłoby się to tak szybko, gdyby nie specyficzna sytuacja „nowego początku”, bo czymś takim było niewątpliwie odzyskanie niepodległości i konieczność/możliwość (od)budowania państwa, ustanawiania na nowo reguł jego funkcjonowania – uważa Olga Wiechnik, autorka książki Posełki. Osiem pierwszych kobiet, dziennikarka i redaktorka. –W tym nowym porządku nie znalazłoby się prawdopodobnie miejsce na prawa dla ponad połowy jego obywateli, gdyby kobiety o nie nie zawalczyły. Bo to oczywiście nie jest tak, że Piłsudski te prawa kobietom podarował. Pierwsze nowo powstające struktury władzy nie przewidywały praw wyborczych dla kobiet, nawet struktury związane z lewicą (jak Centralny Komitet Narodowy). To ponadzaborowa i ponadklasowa mobilizacja kobiet o bardzo różnych poglądach doprowadziła do tego, że ich głos musiał zostać wzięty pod uwagę – rok przed odzyskaniem niepodległości w Warszawie odbył się wielki zjazd kobiet upominających się o swoje prawa. Nie byłby on możliwy, gdyby ruch kobiecy nie działał na terenach polskich od dziesięcioleci. To w wyniku tego zjazdu wyłoniono delegację kobiet, które poszły potem do Piłsudskiego z żądaniem podpisania dekretu, przyznającego im prawa polityczne. Oczywiście Piłsudski też miał w tym interes – o przyszłości niektórych terenów przesądzić miały plebiscyty, a głosy Polek to głosy za Polską. Ale to też pokazuje, że wtedy, kiedy się to mężczyznom „opłaca” uznają prawa kobiety, ale kiedy nie widzą w tym swojego interesu, już niekoniecznie.

Warto przeczytać: Jak mężczyźni urządzili nam świat?

Prawa nadane… niewykorzystane

Dopiero od czasów tzw. ustawy kwotowej przybywa kobiet w polskim parlamencie, nadal jednak jest ich mniej niż 30 proc. Dlaczego? Dlaczego w ogóle równy udział kobiet w podejmowaniu decyzji politycznych jest tak ważny? Olga Wiechnik wyjaśnia to na przykładzie kilkuletniej walki pierwszych polskich posłanek o zmianę prawa cywilnego.

Mimo że w konstytucji funkcjonował już zapis o równości wszystkich obywateli bez względu na płeć, Polki wciąż były dyskryminowane – opowiada. – Należy pamiętać, że prawa polityczne, które wywalczyły sobie już w 1918 roku, na ich życie codzienne większego wpływu nie miały, a to ze względu na przepisy zawarte w kodeksie karnym i cywilnym. Kodeksy te głosiły bowiem, że kobieta nie jest zdolna do podejmowania samodzielnych decyzji, że nie może dysponować własnym majątkiem, że jej zarobki należą do męża, że prawa rodzicielskie w całości przysługują ojcu, że żona winna jest mężowi całkowite posłuszeństwo itd. I o zmianę przede wszystkim tych zapisów walczyły posełki i tu napotykały na ciągłe przeszkody, na wieczne „nie teraz”, „są pilniejsze sprawy”, „to zbyt skomplikowane”. Gdyby kobiet w sejmie nie było, mężczyźni by się o to nie zatroszczyli, bo nie byli chętni do pozbywania się władzy nad kobietami. Albo po prostu nie widzieli problemu – jak to wielokrotnie w badanym przeze mnie okresie bywało. Choćby w przypadku banalnego niby i prostego do zmienienia zapisu, w myśl którego Polka, wychodząca za cudzoziemca przyjmowała automatycznie jego obywatelstwo, a co za tym szło, nie mogła podejmować pracy w bardzo wielu zawodach. Problem polegał na tym, że w porozbiorowym społeczeństwie bardzo wielu Polaków miało obce obywatelstwa. I, oczywiście, przepis ten w przypadku mężczyzn nie działał – mężczyzna niczego nie tracił. Posłowie nie widzieli w tym zapisie problemu – bo ich to nie dotyczyło. To kobiety w sejmie podjęły walkę o zmianę tego i bardzo wielu innych przepisów krzywdzących kobiety. Bez kobiet w strukturach władzy nie mamy co liczyć na to, że ktoś problemy kobiet nie tylko spróbuje rozwiązać, ale choćby dostrzeże. Oczywiście, czy ta reprezentacja będzie skuteczna, to już inna kwestia.

Sławomira Walczewska uważa, że dziś więcej powinno się mówić o roli kobiet w polityce, o kobietach w parlamencie. Prawa wyborcze mamy, teoretycznie do polityki nikt nam nie broni dostępu, tyle że musimy chcieć z tego skorzystać i grać do jednej bramki.

– Polityka to gra zespołowa, pojedynczo nawet tak wybitna feministka, jak Izabela Jaruga-Nowacka nie mogła wiele zdziałać. Potrzebne są koalicje posłanek, również ponadpartyjne, choćby doraźne, dla załatwiania feministycznych spraw – mówi. – Potrzebne są zespoły feministycznych doradczyń i współpracowniczek, które będą stały za każdą feministyczną posłanką. Musimy przestać się naiwnie cieszyć, że ktoś „nasz” dostał się do sejmu. Nie wystarczy pojedyncza, furkocąca chorągiewka. Potrzebujemy zespołów, które faktycznie będą załatwiać nasze feministyczne sprawy w stałej współpracy i kontakcie z feministycznymi działaczkami i ekspertkami.

Ciekawe jest jednak to, że część kobiet do tej wspólnej bramki wcale grać nie chce. Niektórym z nich naiwnie wydaje się nawet, że bez tych praw by się obyły.

– Z faktu bycia kobietą nie wynika oczywiście w prosty sposób działanie na rzecz równouprawnienia. Kobiety są często najlepszymi strażniczkami patriarchatu, bo w nim wyrosły i zinterioryzowały wiele jego mechanizmów – tłumaczy Wiechnik. – Historię pisali dotąd mężczyźni. Istnienia w niej kobiet najczęściej po prostu nie uwzględniali. Kiedy dorasta się w świecie (pozornie) tworzonym wyłącznie przez mężczyzn, nabiera się przekonania (najczęściej nieuświadomionego, ale głęboko zakorzenionego), że to „naturalny” porządek rzeczy. Że jako dziewczyna mogę ewentualnie pójść na studia humanistyczne (jeśli w ogóle), mogę zostać nauczycielką albo podjąć pracę w innych gorzej opłacanych, bo sfeminizowanych dziedzinach. Ale np. studia inżynierskie, praca w polityce, wysokie stanowiska – to wszystko są przecież zajęcia dla mężczyzn.

O tym, jak wychowując dzieci możemy wpływać na przyszłość kobiet przeczytasz w tekście: Jak wychować chłopca feministę?

Według autorki Posełek… sposobem na kruszenie tego zakorzenionego mechanizmu mogłoby być np. pokazywanie w przestrzeni publicznej kobiet w rolach innych niż żony i matki czy używanie w języku (zupełnie w przypadku polszczyzny naturalnych dla niej) feminatywów. Wiechnik powołuje się tu na Zofię Moraczewską, która twierdziła, że zmiana zaczyna się w słowie. Moraczewska uważała również, że obecność kobiet w polityce może istotnie odmienić jej oblicze.

Tak pisała Zofia pod koniec życia w tekście, który nazwała swoim „testamentem” – cytuje autorka książki o pierwszych polskich parlamentarzystkach. – „[Potrzeba] nowego sposobu myślenia i uporczywej, długotrwałej – bardzo ciężkiej walki z rutyną i tradycją – która nauczyła ludzi od wieków wielbić przede wszystkiem czyny zbrojne, bohaterstwo w walce z wrogiem, czym uświęciła i otoczyła aureolą proste morderstwo – zabijanie człowieka”. [źródło: Moraczewska Zofia, Mój Testament. Pisany do ogółu Kobiet Polskich w roku 1945, Wrocław 1946]. Moraczewska mówiła, że za dużo w polskiej polityce, w przekazie historycznym gloryfikowania konfliktów, przedstawiania wojny jako czegoś wielkiego i wspaniałego, śmierci w obronie ojczyzny jako najwspanialszego losu, a za mało jest przykładów pracy na rzecz zapobiegania konfliktom, nauki mediowania, prób zrozumienia innych perspektyw zamiast narzucania własnej. I że to drugie właśnie polskiej polityce mogłyby zaoferować kobiety.

Więcej o tym można przeczytać (i obejrzeć) w komiksie wydanym przez Fundację STER pt. Bez różnicy płci. Historia walki o prawa wyborcze kobiet – A. Grzybek i B. Sosnowskiej. Do pobrania TUTAJ.

Polki w polityce dziś

Wanda Nowicka, posłanka na Sejm VII i IX kadencji Sejmu, wicemarszałkini Sejmu VII kadencji, inicjatorka Parlamentarnego zespołu ds. kobiet, doprowadziła m.in. do nadania  jednej z sal sejmowych patronatu  słynnej Polki – Zofii Moraczewskiej, posłanki I Sejmu 1918 (do niedawna była to jedyna sala sejmowa nazwana imieniem kobiety). Jak Nowicka z perspektywy polityczki postrzega prawa wyborcze Polek i ich rolę w polityce?

Monika Ksieniewicz-Mil: Z czym kojarzy Ci się data 11 listopada?

Wanda Nowicka: Bynajmniej nie z epokową kartą w dziejach historii Polski niestety, lecz raczej z narodowcami i marszami Bączkiewicza. Kiedy organizowałam obchody 100-lecia nadania kobietom praw wyborczych w 2018 roku, byłam zaskoczona, jak wiele osób nie wie, że to nie odbyło się 11 listopada! Dla feministek, osób zajmujących się gender studies, historyków i specjalistów to oczywiste, ale dla reszty społeczeństwa to nadal biała, niewypełniona treścią karta, która nie przebija się do mainstreamu.

Według Ciebie równy udział kobiet w podejmowaniu decyzji politycznych jest ważny?

W parlamencie powinna być równa i sprawiedliwa reprezentacja grup społecznych – choć odchodzi się już od binarnego podziału na dwie płcie, nadal oficjalnie są dwie i powinno być to też odzwierciedlone w miejscu, w którym podejmuje się kluczowe dla państwa decyzje.

Niestety, mimo wielu działań edukacyjnych i instrumentów prawnych – nadal w polityce jest mniej kobiet, co przekłada się i na politykę, i na atmosferę w sejmie. Ostatnio rozmawiałam z koleżanką z fińskiego parlamentu (tam kobiety uzyskały prawa wyborcze już w 1906 roku jako pierwsze w Europie – przyp. red.), która mówiła, że to, iż u nich jest dużo kobiet w parlamencie nie znaczy, że wszystkie są feministkami, są oczywiście też konserwatystki. Jako posłanka zgłaszałam projekt ustawy parytetowej – zarówno w poprzedniej kadencji, jak i w tej, ale nie miało to szans na rozpatrzenie. Bez większego udziału kobiet w życiu publicznym nic się nie zmieni. Priorytety powinny być dostosowane do potrzeb społecznych, a kobiety są bliżej zwykłego człowieka – a o tych sprawach nie mówi się w parlamencie zbyt często.

Większego udziału kobiet w podejmowaniu decyzji wymaga też oczywiście zasada równości, zapisana w krajowych i międzynarodowych aktach prawnych, ale też zwykła ludzka sprawiedliwość. Ważne, żeby wszyscy mogli współdecydować, wnosić na podium sprawy niszowe.

Czy Twoim zdaniem kobiety w parlamencie naprawdę zmieniają świat na bardziej równościowy?

Tak, już samą swoją obecnością w sejmie. Mam porównanie między VII a IX kadencją sejmu. Teraz w klubie Lewicy są same feministki, mamy kobiecą agendę (walka o aborcję, z przemocą wobec kobiet, o edukację seksualną, parytety itp.), a w VII byłam sama, praktycznie bez wsparcia. Co prawda była Ania Grodzka i był Robert Biedroń, ale oni koncentrowali się na innych sprawach. W obecnej kadencji już sam fakt, że jest nas tyle, że są niemal wyścigi o to, kto co zaproponuje, że ciągle o sprawach feministycznych mówimy, sprawia, że inne kluby, takie jak PO czy nawet PiS, też o tym mówią. Co prawda pozostałe kluby nie traktują tych spraw tak pryncypialnie jak Lewica, tylko wybiórczo, jednak ślad pozostaje. Na przykład niedawno z koleżanką z mojego klubu Anitą Kucharską-Dziedzic miałyśmy konferencję prasową o przemocy wobec kobiet w związku z rezolucją w Parlamencie Europejskim, w której pojawił się nowy temat – dzieci żyjące w przemocowych rodzinach, które obserwują przemoc. Temat dzieci jest ignorowany i pomijany. Wystosowałam oficjalny apel do premiera Morawieckiego o fundusze na to i chyba dwa dni później Anna Schmidt, pełnomocniczka ds. równego traktowania, odpowiedziała mi na Twitterze, że już mają projekt i że znajdą się na to pieniądze.

Które kobiety w parlamencie uważasz za najważniejsze?

Barbara Labuda, Izabela Jaruga-Nowacka, Olga Krzyżanowska, Zofia Kuratowska. Ta ostatnia, według mnie, powinna być uhonorowana jakąś salą w senacie.

W 2014 roku uroczyście nadano sali sejmowej nr 25 imię Zofii Moraczewskiej – działaczki społecznej i polityczki lewicy, posłanki na Sejm Ustawodawczy oraz na Sejm III kadencji w II RP, żony Jędrzeja Moraczewskiego, premiera okresu międzywojennego. Czy możesz przypomnieć kulisy?

To był mój autorski pomysł – Zofia Moraczewska była nie tylko znaczącą posłanką, ale miała też znane nazwisko i mimo że wywodziła się z PPS-u na tę propozycję przystała ówczesna marszałkini Sejmu Ewa Kopacz. Zresztą PO i Parlamentarna Grupa Kobiet aktywnie włączyły się w obchody 100-lecia przyznania kobietom praw wyborczych. Ja zorganizowałam wystawę posłanek i senatorek II RP, a PO podjęła uchwałę okolicznościową.

Dopiero niedawno, w czerwcu 2021 roku miało miejsce nadanie imienia Olgi Krzyżanowskiej sali nr 412 w budynku „U” Kancelarii Sejmu. To już druga sala uhonorowana imieniem posłanki. Bardzo ważne jest, żebyśmy przypominali innym pokoleniom parlamentarzystów, że naszą historię tworzyli nie tylko mężczyźni, ale także kobiety. Olga Krzyżanowska była nie tylko posłanką, wicemarszałkinią Sejmu, ale także senatorką, a przede wszystkim osobą bardzo zaangażowaną w walkę o demokratyczną Polskę.

Przez cztery lata w sejmie VII kadencji byłaś wicemarszałkinią, co z tego okresu pamiętasz najbardziej?

Uważam, że – jak na tamte warunki – wykorzystałam swoją szansę maksymalnie. Z mojej inicjatywy powstał „Sejm przyjazny kobietom” – odbyły się dziesiątki dyskusji, spotkań i konferencji na temat spraw kobiet, tematy społeczne, nie tylko z kobietami, ale wszelkimi grupami społecznymi, których na co dzień w sejmie się nie spotyka – wykluczonymi czy z niepełnosprawnością. Walczyłam o język – o to, jak go się używa i w jakiej formie – feminatywy weszły na salony i przede wszystkim do parlamentu! Zwykle wicemarszałek nie inicjuje ustaw, ale ja starałam się wychodzić z inicjatywą – co prawda żadna z moich ustaw nie została przyjęta, ale zwiększyło to widzialność tematyki feministycznej na pewno, bo wszystko starałam się nagłaśniać. Walka o równość to długofalowe procesy – jak widać z ostatnich wydarzeń, jakie mają miejsce w Polsce nie da się czegoś wywalczyć pstryknięciem palca i to raz na zawsze. Kwestie kobiece czy feministyczne są w sejmie teraz podnoszone non stop, a kiedyś – kiedy jeszcze działałam w organizacji pozarządowej, jako szefowa Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, nie miałam aż takiego zasięgu.

Twoja rada dla młodej dziewczyny, która chciałaby zająć się polityką?

Zajmuj się nią, bo jak nie, polityka zajmie się tobą – jak pokazał ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji.

Warto przeczytać: Polska to nie kraj dla prawdziwych kobiet

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
biebrza

Ekspresówka zniszczenia

Ekolodzy protestują przeciwko planom budowy polskiego odcinka Via Carpatii na obszarze Biebrzańskiego Parku Narodowego. Poznaj ich argumenty i proponowane rozwiązanie.