© Adobe Stock

Pralnia mózgów – jak dezinformacja rządzi światem

0 udostępnień
0
0
0
Używanie dezinformacji do manipulowania społeczeństwem rozwala demokrację od środka. Dziś to proste, bo dzięki nowym technologiom możliwości dezinformowania pozwalają politykom pociągać za sznurki i sterować ludźmi jak marionetkami.

Z danych Państwowego Instytutu Badawczego NASK wynika, że ponad połowa Polaków zetknęła się w sieci z manipulacją lub dezinformacją. 35 proc. spotyka się z zafałszowanymi informacjami w sieci raz w tygodniu albo częściej. Zwykle są to: fałszywe informacje, czyli fake newsy (29,9 proc.), trolling (15,6 proc.), działania przez fałszywe konta (14,9 proc.) czy zmanipulowane zdjęcia (8,3 proc.). Wśród miejsc, w których manipulacja i dezinformacja występuje najczęściej, 46,1 proc. badanych wskazuje na portale informacyjne, 39,5 proc. na strony o tematyce politycznej na Facebooku, a 35,6 proc. na fora dyskusyjne. 19 proc. badanych przyznaje, że nie sprawdza wiarygodności internetowych informacji ani ich źródeł. Niestety, aż 32,8 proc. nie wie, czy poddawana jest manipulacji i czy styka się z dezinformacją, czy nie. Mnóstwo rodaków nie jest też w stanie odróżnić opinii od faktów. Z danych NASK wynika, że tylko 4,5 proc. rodaków zdało egzamin z rozróżnienia tych dwóch pojęć na ocenę bardzo dobrą, zaś 44 proc. dostało z niego pałę. Oznacza to, że gros Polaków chłonie wszystko, co inni podają im na tacy, jak papier wodę. Tym samym są doskonałym materiałem do wodzenia za nos np. przez polityków, którzy walczą o elektorat.

Sztuka pociągania za sznurki

Współcześnie dezinformacja może przybierać najróżniejsze formy. Niekoniecznie od razu musi polegać na generowaniu informacji niezgodnych z rzeczywistością. Wręcz przeciwnie: często dużo lepszy skutek odnosi przekaz, który z tą rzeczywistością ma wiele wspólnego, tyle że np. podany w niepełnym wymiarze, w odpowiednim kontekście, zamienia się w narzędzie manipulacji. Centrum Analiz Polityki Europejskiej (CEPA) wskazuje na najczęściej stosowane techniki rozpowszechniania fałszywych historii. Okazuje się, że wieloma znakomicie posługują się polscy politycy, jak również sterowane i nakręcane dezinformacją media. A oto kilka z nich.

Ping-pong – czyli rozbudowywanie, zmienianie, powtarzanie i rozpowszechnianie na różnych komplementarnych stronach internetowych i różnymi kanałami tzw. fake newsów. Dobry przykład zastosowania tej techniki stanowią fake newsy, jakie pojawiły się w internecie przy okazji tegorocznego strajku nauczycieli. Z wielu kont wrzucono na portale społecznościowe identyczne wpisy fikcyjnych użytkowników, którzy opowiadali, jak to podczas strajku widzieli ponoć „protestujących” nauczycieli popijających sobie kawkę w Starbucksie. Choć wpisy były generowane automatycznie i całkowicie fałszywe, rozbudziły społeczne emocje i, co najważniejsze, u wielu popierających strajk zdołały wzbudzić wątpliwości.

Tytuł wprowadzający w błąd – przyciąganie uwagi kontrowersyjnym i niekoniecznie zgodnym z prawdą tytułem komunikatu medialnego. To bardzo często stosowany zabieg. Choć fakty lub stwierdzenia w treści materiału są poprawne lub w większości poprawne, tytuł jest mylący, by przyciągnąć uwagę i np. zwiększyć popularność artykułu w sieci. Zważywszy na to, że odbiorcy w większości czytają teksty w internecie po leadach i tytułach, nie wgłębiając się w ich treść, jest to znakomite narzędzie do szerzenia dezinformacji.

Brak dowodu – rozpowszechnianie informacji lub oświadczeń niepopartych dowodami lub źródłami. Na tej metodzie wyrosła na przykład cała afera smoleńska. Informacje bez dowodów dają ogromne pole rozwoju teoriom spiskowym, które dobrze ugruntowane, będą się później opierać nawet naukowo potwierdzonym informacjom, wyjaśniającym daną sprawę.

Układanie kart – technika ta polega na selektywnym dawkowaniu informacji, pomijaniu kluczowych faktów, zawieraniu tylko częściowo prawdziwych twierdzeń itp.

Fałszywe informacje – czyli np. powoływanie się w wypowiedziach, artykułach i innych przekazach na wywiady, badania czy zdarzenia, które nigdy nie miały miejsca. To właśnie dzięki tej metodzie zbudowano ruch antyszczepionkowy, który i w Polsce zbiera niechlubne żniwo.

Fałszywe wizualizacje – ta technika z kolei wykorzystuje fałszywe lub prowokacyjnie zmanipulowane materiały wizualne do nadania dodatkowej wiarygodności fałszywej wiadomości lub narracji.

Zaprzeczanie faktom – można to robić przez odrzucanie lub podważanie faktów, np. „globalne ocieplenie to mit, to wymysł ekoterrorystów, którzy zbijają na tym kasę”. Również poprzez próby zdyskredytowania prawdziwości informacji np. „homoseksualizm nie jest wrodzony, można go leczyć”. Tworzenie faktów alternatywnych np. „puszczę trzeba wycinać, bo niszczy ją kornik, dziki trzeba wybić, bo ASF”; albo też ponownie interpretowanie danych informacji, tak, by wśród odbiorców zasiać wątpliwości, co do ich ważności np. „edukacja seksualna to nic innego jak wczesna seksualizacja dzieci”.

Przesada i nadmierne uogólnienie – ta metoda polega na dramatyzowaniu, wzbudzaniu fałszywych alarmów lub wykorzystywaniu określonych przesłanek do formułowania wygodnych dla manipulującego wniosków. Przykład: „podnosząc rękę na Kościół, podnoszą rękę na Polskę”.

Totum pro parte – polega na przypisywaniu jakiejś części statutu całości; np. opisując udział w danym zdarzeniu, dajmy na to grupy policjantów, używa się określenia policja, albo prezentując poglądy jednego dziennikarza lub eksperta, przedstawia się je jako oficjalne stanowisko rządu czy środowiska naukowego. Np. „Polacy to katolicy, Polska to Kościół”.

Zmiana cytatu, źródła lub kontekstu – fakty i stwierdzenia podawane są co prawda z odnośnikami do źródeł, ale różnią się od oryginału lub nie uwzględniają najnowszych zmian redakcyjnych. Na przykład cytat jest poprawny, ale przypisany niewłaściwej osobie lub kontekst cytatu został zmieniony, aby zmienić jego znaczenie. Przykład: po niedawnym wywiadzie obecnego rzecznika praw dziecka Mikołaja Pawlaka dla „Dziennika Gazety Prawnej” opozycja domagała się jego dymisji, nazywając go „katorzecznikiem” i oskarżając o popieranie bicia dzieci. Opozycyjne media chętnie cytowały słowa Pawlaka z wywiadu jako: „Trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie. Klaps nie zostawia wielkiego śladu”. Rzecz w tym, że w cytacie pomijano niektóre słowa, jakie padły z ust rzecznika. Pełen cytat brzmiał: „Klaps nie zostawia wielkiego śladu. Trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie. Absolutnie nie wolno bić dzieci. I to jest bezwzględne. Koniec pieśni”. Widać różnicę?

„Napompowane” słowa lub metafory – używa się ich do wspierania fałszywej narracji lub ukrywania prawdziwej. Przykłady: „koalicja agenturalna” zamiast „koalicja europejska”, nazywanie PiS „obozem patriotycznym”, a o opozycji mówienie „totalna”, albo o lewicowych Polakach „gorszy sort”.
Wyśmiewanie, dyskredytowanie, pomniejszanie – marginalizowanie faktów, oświadczeń lub osób poprzez kpiny, powoływanie lub podważanie ich autorytetu. Obejmuje to wykorzystanie tradycyjnego i nowego humoru medialnego, aby zdyskredytować merytoryczne zasługi. Tu największą pałeczkę przejęły memy, ale można też, jak J. Kaczyński w 2007 r., o strajkujących pielęgniarkach, które podjęły głodówkę powiedzieć prześmiewczo: „Głodówka to nie jest niezjedzenie kolacji. Jak będą w stanie głodu przez, dajmy na to, trzy dni czy dwa choćby, to wtedy będzie można mówić o głodówce. Na razie nie zjadły kolacji. To nikomu jeszcze nie zaszkodziło”.

Whataboutism – czyli używanie fałszywych porównań w celu poparcia prefabrykowanej narracji lub uzasadnienia niewłaściwych zachowań. Najczęściej polega na odwróceniu uwagi przeciwnika od siebie poprzez znalezienie kogoś, na kim można „zawiesić psy”; tak posterować krytyką, by uderzyła w samego krytykującego i dodatkowo pokazała jego hipokryzję. Mistrzem whataboutyzmu jest rosyjski przywódca Władymir Putin. Kiedy George W. Bush skrytykował go za niedemokratyczne rządzenie Rosją, ten błyskawicznie odpowiedział: „Szczerze? Nie chcielibyśmy mieć takiej demokracji jak ta, jaką wy wprowadziliście w Iraku”.

Przedstawianie opinii jako faktów – w tej technice opinia jest przedstawiana jako fakt w celu przyspieszenia lub zdyskredytowania narracji. Np. gdy prezes PiS mówi: „Lech Kaczyński został zamordowany” lub gdy wiceminister cyfryzacji Adam Andruszkiewicz mówi o opozycji: „Kiedy dojdą do władzy, zamiast podwyżek, będzie znów policja, gaz i gumowe kulki” zasadniczo wyrażają swoją opinię, przekonanie, a nie fakt, bo na to nie mają żadnych dowodów. Nie używają jednak słów „moim zdaniem”, „według mnie” czy „sądzę, że”, lecz przedstawiają swoją opinię tak, jakby była ona faktem i nie mogła podlegać dyskusji.

Teorie spiskowe – czyli wykorzystywanie plotek, mitów lub twierdzeń o spisku w celu odwrócenia uwagi lub przerażenia publiczności. Technikę tę można też stosować w odwrotnej kolejności, czyli faktom i prawdziwym wiadomościom przypisywać teorię spiskową. Zastosował to np. Jarosław Kaczyński na miesięcznicy smoleńskiej, mówiąc: „Dziś wiemy coraz więcej, mówię tak teraz co miesiąc, bo co miesiąc tej wiedzy na temat tragedii smoleńskiej jest więcej, ale ostateczne orzeczenia, ostateczne ujawnienie prawdy jeszcze przed nami. Musimy o to walczyć, musimy o to walczyć tym bardziej, że ci którzy tę prawdę ukrywali są znów aktywni i nie ukrywają też swoich celów”.
Albo Krystyna Pawłowicz: „To już nie są żarty! Opozycja i opanowane przez nią, łamiące polską konstytucję SAMORZĄDY dużych miast chcą jesienią, w czasie wyborów do Sejmu WESPRZEĆ antypolskie plany forsowane przez Niemcy i Sorosa dla OSTATECZNEJ LIKWIDACJI POLSKI! DZIAŁAJMY, mówmy ludziom o tym już TERAZ!”.

Wykorzystanie populizmu – w tej metodzie chodzi o tworzenie wrażenia, że „większość” preferuje lub rozumie problem w określony sposób. Domniemana mądrość większości nadaje wiarygodności wygłaszanemu wnioskowi lub fałszywej narracji. Przykład: „Ludzie pytają…”, „Ludzie chcą…” lub „Ludzie wiedzą najlepiej”. Zacytujmy mistrza J. Kaczyńskiego: „Bardzo wielu Polaków uważa, że ich dzieciom będzie gorzej niż im. (…). Polacy nie chcą być tanią siłą roboczą, Polacy mają tego dość. Powiem więcej: Polacy mają dość systemu Tuska. (…) Polacy są zagubieni, potrzebują wizji, projektu dla Polski. My taki program mamy”.

Fałszywy dylemat – czyli zmuszanie odbiorców do fałszywego wyboru binarnego, zazwyczaj „my” kontra „oni”. Przykład: „jesteście z nami albo przeciw nam”.

Zatopienie faktów emocjami – lub inaczej „apel do emocji”, który ma daną historię przedstawić w tak emocjonalny sposób, by fakty straciły na znaczeniu. Przykład to krzyczący z mównicy podczas debaty o zmianach w sądownictwie J. Kaczyński: „Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego brata. Zniszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami”. Całkowicie odwraca on uwagę od istoty spotkania parlamentarzystów i skupia uwagę mediów na swojej osobie.

Cel – destabilizacja

Dezinformacja karmi się naszymi lękami i szybko się rozprzestrzenia. Jest w stanie skuteczniej wpływać na opinię publiczną niż fakty, bo wykorzystuje ludzką skłonność do łatwiejszego zapamiętywania negatywnych informacji. Dlatego przekaz dezinformacyjny ma najczęściej charakter negatywny, zastraszający, wzbudzający kontrowersje, szokujący, zasiewający wątpliwość. Chodzi o to, by zamącić, wytrącić z równowagi, wprowadzić chaos, zbudować społeczne podziały. Dla przywódców o ambicjach dyktatorów to znakomity fundament do wprowadzenia rządów twardej ręki, rozpoczęcia konfliktu zbrojnego, dyktatury.

Choć dezinformacja nie jest pojęciem nowym czy też nowym sposobem manipulowania masami, rozwój nowych technologii niezwykle rozszerzył jej użycie w sterowaniu globalnymi procesami. Dzięki internetowi fałszywe informacje rozchodzą się błyskawicznie, docierając w kilka sekund do milionów użytkowników sieci na całym świecie.

Jak podaje serwis Aboutbadnews.com, na samym Twitterze około 47 milionów kont (czyli ok. 15 proc.) stanowią tzw. boty – programy generujące posty, z których wiele służy do rozpowszechniania dezinformacji politycznej, na przykład podczas kampanii wyborczych. W Rosji, która od lat specjalizuje się w używaniu technik dezinformacji, działają związane z Kremlem fabryki trolli, które generują miliony wpisów dziennie, wpływając na światową politykę: na brexit, na wybory Trumpa w USA czy prezydenta Brazylii Bolsonaro.

Fake newsy i dezinformacja osłabiają zaufanie ludzi do instytucji rządowych. W USA połowa Amerykanów uważa je za większe zagrożenie dla kraju niż terroryzm, przemoc, nielegalną imigrację czy rasizm. Ludzie nie wiedzą w co i komu już wierzyć, zaczynają się gubić w informacyjnym chaosie, głupieją, a wtedy rodzi się w nich potrzeba, by w końcu przyszedł ktoś, kto powie im, jak dalej poruszać się w tym niepewnym świecie. A chętnych do bycia takim zbawcą i drogowskazem mas jest wielu.

W Polsce ulegamy dokładnie tym samym procesom co reszta świata. I jak się okazuje „nie ma znaczenia, jakie wyznajemy poglądy polityczne – dezinformacja bierze na cel każdego” – twierdzą naukowcy, bo każda dezinformacja może być odpowiednio sprofilowana: i pod potrzeby lewicy, i prawicy, i mieszkańców wsi, i mieszczuchów, wierzących i ateistów. Czy zatem jest sposób, żeby się przed nią bronić?

Szczepionka z propagandy

Nie ma skuteczniejszej metody radzenia sobie z dezinformacją niż edukacja. Im więcej wiemy o sposobach oddziaływania na nas, nasze postawy, tym skuteczniej możemy je rozpoznawać i przeciwdziałać im. W Finlandii rząd przeszkolił już 10 tys. ludzi w ramach walki z dezinformacją w internecie, wykorzystując do tego publiczne kampanie edukacyjne i szkolenia pokazujące, jak analizować informacje i rozpoznać fake newsy. Unia Europejska także dostrzegła zagrożenie, jakie dla demokracji stanowi dezinformacja i dlatego już w 2015 r. stworzyła w swoich strukturach specjalną grupę roboczą do walki z rosyjską propagandą (tzw. East StratCom Task Force), którą uważa za najgroźniejszą dla siebie. W tym roku natomiast Komisja Europejska dwukrotnie zwiększyła budżet Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (EEAS) – z 1,9 mln do 5 mln euro – na zwalczanie dezinformacji i podniesienie świadomości na temat jej negatywnego wpływu. Co więcej, jak podaje portal Euractiv.com, od początku tego roku serwisy społecznościowe (takie jak Facebook, Twitter czy należący do Google YouTube) muszą składać do Brukseli specjale raporty, dotyczące wykrytych u siebie przypadków dezinformacji oraz co miesiąc informować o liczbie i rodzajach wykupionych reklam o treściach politycznych, a także meldować o liczbie wykrytych i skasowanych fałszywych kont oraz zasięgach postów podawanych dalej przez boty.

Również jako jednostki możemy w tej materii wiele zrobić. Eksperci od psychologii społecznej, opierając się na teorii inokulacji (z łac. inoculatio – szczepienie), mówią, iż możemy się niejako zaszczepić przeciw wprowadzającym nas w błąd informacjom. Istota szczepionki w medycynie polega na celowym wprowadzeniu do organizmu niewielkiej dawki drobnoustrojów. To sprawia, że organizm uczy się wytwarzać przeciwciała je zwalczające i w przyszłości ułatwia pokonywanie poważnej infekcji przez nie wywołanej. Ten biologiczny mechanizm wykorzystał w swojej teorii uodparniania postaw amerykański psycholog William McGuire. Według niego zaaplikowanie ludziom małej dawki argumentów sprzecznych z postawą, którą perswadujący chciałby w nich ukształtować, przygotuje ich na atak z jego strony.

Wykorzystując teorię McGuire’a, multidyscyplinarny zespół naukowców, dziennikarzy i ekspertów od mediów stworzył grę o nazwie „Bad News” (ang. tł.: „Złe wiadomości”), która ma być właśnie taką „szczepionką”. Twórcy gry wyszli z założenia, że najlepszym sposobem nauki rozpoznawania dezinformacji jest jej samodzielne tworzenie. Dlatego w grze użytkownicy wcielają się w rolę fałszywego nadawcy wiadomości, w ten sposób zyskując wgląd w różne taktyki i metody stosowane przez „prawdziwych” dezinformatorów.

Przed kolejnymi wyborami w naszym kraju z pewnością warto zagrać w „Bad News”. Warto też na bieżąco weryfikować znajdowane w sieci treści, korzystać z zaufanych serwisów informacyjnych, zgłaszać fake newsy administratorom witryn internetowych, żądając ich blokowania i przede wszystkim samemu nie tworzyć i nie powielać fałszywych wiadomości.

może Ci się spodobać