kobiety rocka wanda jackson
Wanda Jackson

Prababcie rocka – lata 50.

45 udostępnień
45
0
0

Czy może być coś bardziej męskiego niż muzyka rockowa? W show-biznesie, podobnie jak w wielu dziedzinach życia, mężczyźni są najlepsi… w zabieganiu o sławę i pozycję. Tymczasem bez śpiewających kobiet rock prawdopodobnie wcale nie byłby tak fascynującym zjawiskiem. W cyklu „Kobiety rocka – podróż przez 7 dekad” pokazujemy kobiecy wkład w życie tego gatunku muzycznego.

Pierwsza połowa lat 50. to trudny czas. Niedawno skończyła się największa wojna w historii ludzkości, a zza drzwi wychylała się następna. Dawni sojusznicy, teraz wrogowie – USA i ZSRR – grozili sobie bombami atomowymi. Trwała wojna koreańska. Tymczasem ludzie – jak to ludzie – woleliby się bawić niż walczyć. A przynajmniej w Stanach.

Ameryka wyszła z wojny zwycięska – i militarnie, i politycznie, i gospodarczo. A co robią ludzie, gdy się cieszą? Grają i śpiewają wesołe piosenki. (Oczywiście pamiętajmy, że USA tamtej epoki to kraj segregacji rasowej, ostrych sporów politycznych i społecznych. Ale co robią ludzie, gdy się smucą? Też grają i śpiewają, tyle że smutne pieśni).

Amerykański mit o „tyglu narodów” w niczym chyba tak się nie sprawdził, jak w muzyce. Bo nie byłoby rocka, gdyby nie blues (dosłownie: smutek), muzyka czarnych niewolników i ich potomków z południowych stanów. Gdyby nie rhytm & blues, czyli muzyka miejskich gett, nadal smutna, ale szybsza i rytmiczna. Gdyby nie gospel, czyli niezwykle dynamiczna czarna muzyka kościelna. A z drugiej strony: gdyby nie country – rytmiczna, radosna muzyka pochodząca od kowbojów.

A ponieważ wszystko musi mieć swój oficjalny początek, za pierwsze nagranie rockowe przyjęto utwór Billa Halleya „Rock around the clock” z 1954 roku. (Dodajmy, że Bill Halley & His Comets wywodzili się z country).

A potem pojawił się Chuck Berry, który zainspirował twórców na najbliższą dekadę.

Następnie przyszedł Elvis, który został megagwiazdą i pokazał, jak zamienić śpiewanie w złoto.

Ale gdzie tu kobiety? No właśnie, posłuchajmy siedmiu kobiet i oceńmy, czy przypadkiem nie za mało o nich się mówi:

1. Big Mama Thornton

To ona pierwsza zaśpiewała „Hound Dog”, późniejszy wielki przebój Presleya.

Pochodziła z Alabamy, razem z sześciorgiem rodzeństwa śpiewała w chórze Kościoła Baptystów. Gdy miała 22 lata, pod koniec lat 40., przeniosła się do Houston i tam wsiąkła w rhytm & bluesa. W 1951 roku podpisała kontrakt płytowy, a rok później nagrała „Hound Dog”. Utwór okazał się wielkim sukcesem – sprzedano pół miliona kopii, a na liście przebojów (w dziale R&B) spędził aż siedem tygodni na pierwszym miejscu.

Jesteś tylko psem gończym
węszącym wokół drzwi.
Jesteś tylko psem gończym

węszącym wokół mych drzwi.
Możesz machać ogonem

ale nie będę cię więcej karmić.

Odważny tekst, zwłaszcza jak na pruderyjne lata 50. Ale Big Mama Thornton prócz talentu miała dwie wady: była kobietą i była czarna. Ameryka nie była na nią gotowa.

Dlatego wersja Elvisa z 1956 roku, ze zmienionym tekstem i tym samym ze złagodzonym wydźwiękiem, sprzedała się w dziesięciu milionach egzemplarzy.

Tyle tylko, że wersja Thornton była dużo lepsza.

2. Dorothy Love Coates

Wspólnym mianownikiem muzycznej drogi czarnych wokalistek były najczęściej kościelne chóry. Ale muzyka gospel nie ma wiele wspólnego z niemrawym kościółkowym śpiewaniem, jakie znamy. To muzyka pełna pasji i energii!

Dorothy McGriff z Alabamy dzieciństwo miała ciężkie. Jej ucieczką od codzienności była muzyka. Już jako dziesięciolatka grała na pianinie w kościele baptystycznym, potem dołączyła do zespołu złożonego z sióstr i brata. Jako szesnastolatka wyszła za mąż za znanego muzyka gospel, Williego Love. Rozwiodła się, ponownie wyszła za mąż – i znów za świetnego muzyka gospel, Carla Coatesa. Jej kariera zaczęła się, gdy przystała do zespołu  The Original Gospel Harmonettes – i szybko została jego liderką. Jej śpiew inspirował m.in. Little Richarda, a zachowanie na scenie – Jamesa Browna.

Posłuchajmy zatem Dorothy Love Cotes w jej własnej kompozycji „You Can’t Hurry God”, a zobaczymy, ile muzyka rockowa zawdzięcza gospel:

3. Janis Martin

Czy poza Ameryką ktoś lubi country? Pewnie trochę tak, nawet w Polsce są fani, ale to muzyka szczególnie ceniona tylko w USA. Pamiętajmy jednak, że country jest jedną z kluczowych składowych rocka.

Od tej muzyki zaczynała Janis Martin; i to zaczynała już jako sześciolatka. Cała jej rodzina grała i występowała, więc dziewczynka łatwo odnalazła się na scenie. Wygrywała konkursy, ale dość szybko zaczęła szukać własnej drogi muzycznej. W 1956 roku, jako piętnastolatka, podpisała kontrakt z RCA Victor, wytwórnią, do której właśnie dołączył Elvis Presley. Jej kariera wystrzeliła jak z procy – pierwszy singiel sprzedał się w 750 000 egzemplarzy! Występowała w licznych programach telewizyjnych, koncertowała. „Billboard” nazwał ją najbardziej obiecującą wokalistką roku.

Wytwórnia widziała wielki potencjał w parze Elvis – Janis. Jej karierą chciał zająć się sławny (osławiony?) menadżer Presleya, Tom Parker. Rodzice nastolatki zdecydowali inaczej, przestraszyli się trochę, że „Pułkownik” za bardzo będzie chciał ją wykorzystać. Patrząc na późniejsze relacje Parkera z Presleyem, mieli pewnie sporo racji.

Tymczasem Martin w tym samym roku potajemnie wyszła za mąż. Rok później zaszła w ciążę i straciła w związku z tym kontrakt z wytwórnią (i jak tu nie przypominać, że kobiety mają w życiu pod górkę?). Niedługo później rozwiodła się i w 1960 roku znów wyszła za mąż. Jej nowy małżonek nie chciał, by kontynuowała karierę muzyczną (no właśnie, nigdy dość przypominania!). Wróciła do muzyki w latach 70., ale sława przeminęła bezpowrotnie.

4. Wanda Jackson

Wanda Jackson to specjalistka od rockabilly, czyli country z domieszką rhytm and bluesa. Od dziecka uwielbiała muzykę. Jako szesnastolatka regularnie występowała w lokalnym programie telewizyjnym. Była bliska podpisania kontraktu z Capital Records, ale usłyszała, że „Dziewczyny nie sprzedają płyt”. Nie zniechęciło jej to jednak do dalszych starań, przeciwnie, dodało jej motywacji („Ja wam jeszcze pokażę!”). I pokazała. Związała się z wytwórnią Decca i już jej pierwszy singiel trafił na listę przebojów country.

Jednak gdy w 1956 roku usłyszała Presleya, jej muzyka zmieniła się. Gdy Decca rozwiązała z nią kontrakt, nowy zaproponowano jej w… Capital Records.

Jednym z jej największych przebojów była „Fujiyama Mama” z 1957 roku, na początku kompletnie niezauważona w USA. A może nie tyle niezauważona, co świadomie pomijana. Nikt jej nie grał, bo to niezręczny temat: Hiroshima i Nagasaki. Ale… przecież piosenka wcale nie jest o wojnie. O czym świadczyło niesłychane powodzenie utworu wśród młodych kobiet w Japonii. I jak się wsłuchać w tekst, to tym bardziej nie dziwi rezerwa, z jaką przyjęto „Fujiyama Mama” w mocno purytańskiej wówczas Ameryce:

Byłam w Nagasaki, także w Hiroszimie
to samo co im zrobiłam, kochanie, mogę zrobić tobie.
Bo jestem dziewczyną z Fujiyamy
i zaraz eksploduję.
Fujiyama-yama Fujiyama
Gdy zaczynam erupcję, nie zatrzyma mnie nikt.

Mocno starsza dziś pani (rocznik 1937) nie zawiesiła gitary na kołku. 20 sierpnia 2021 roku ma się ukazać trzydziesty siódmy studyjny album Wandy Jackson – „Encore”, wyprodukowany przez Joan Jett. (Ale z tą ostatnią spotkamy się w zupełnie innej dekadzie).

Może zainteresuje cię: Chodźta tańcować! – odkryjmy słowiańską ludowość!

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco