wątpliwości
© Adobe Stock

Pożytki z wątpliwości

22 udostępnień
22
0
0

Często zastanawiam się, jak to jest być czegoś pewnym. Być pewnym tak, że nie jest to w żaden sposób skalane cieniem wątpliwości. Zastanawiam się nad tym, bo codziennie doświadczam obecności wokół mnie ludzi, którzy wydają się być szalenie pewnymi tego, co mówią i co myślą, tego, co jest dobre i co złe, co być powinno, a co nie.

– Skąd w nich ta pewność? – dziwię się, bo sama praktycznie nigdy jej nie doświadczam, a im więcej mam lat, tym mniej pewnie się czuję.

Z wiekiem i gromadzoną wiedzą silniej odzywa się we mnie sokratejskie: „Wiem, że nic nie wiem”. Dlatego z coraz większym zadziwieniem obserwuję tych, którzy wszystko i wszystkich opiniują z niezachwianym przekonaniem o własnej racji. W pewnym sensie podziwiam ich. Wydają się tacy silni, niezłomni, jakby poznali jakąś wiedzę tajemną, niedostępną przeciętniakom mojego pokroju.

Na przykład taki nośny i drażliwy temat – maseczki.

– Maseczki to ściema! Nie noś tej szmaty. Tylko nabawisz się jakiegoś syfu, a to i tak od niczego nie chroni! – przekonują jedni.

– Antymaseczkowcy to idioci, żywiący się spiskowymi teoriami dziejów. Trzeba nosić maseczkę. To skutecznie ogranicza rozprzestrzenianie się wirusa – mówią drudzy.

Najdziwniejsze jest to, że i po jednej, i po drugiej stronie występują eksperci, np. lekarze, którzy na wirusach się znają, posiadają więc jakąś wiedzę w zakresie danego zagadnienia. A jednak wiedza ta rodzi sprzeczne wnioskowanie. Na jakimś etapie musiało się im zatem coś w tych wspólnych informacjach o świecie wirusów rozjechać, bo skąd nagle te różne punkty widzenia? Ale ciekawsze wydaje mi się to, że pomimo istnienia sprzeczności, każda ze stron jest święcie przekonana o słuszności swoich poglądów.

Wydawałoby się, że skoro ktoś jest tak swego pewny, to nie powinien czuć potrzeby obrony tych swoich racji, np. poprzez dezawuowanie poglądów odmiennych. Okazuje się jednak, że nie. Bo przecież non stop jestem świadkiem zajadłych walk słownych zwolenników noszenia maseczek z antymaseczkowcami. Widocznie w świecie nie ma przestrzeni dla dwóch przeciwstawnych pewności. Czy jednak fakt pojawienia się dwóch różnych pewności nie powinien rodzić wątpliwości?

Może właśnie ów konflikt między takimi pewnościami wynika z podświadomego wątpienia, do którego jednak żadna ze stron nie chce się przyznać? Może ta zajadłość w obronie własnego stanowiska podszyta jest lękiem przed wątpliwością właśnie? Bo wątpliwość to w zasadzie niepewność, to brak stałego fundamentu pod stopami, to stąpanie po ruchomych piaskach. Nie jest to komfortowe, nie daje stabilności.

Ja jednak z wątpliwością często czuję się bezpiecznie. Dla mnie bowiem wątpliwość tworzy przestrzeń na coś więcej, robi niejako miejsce na… nadzieję. To pewności raczej nie ufam, choć nierzadko jej pożądam, bo kusi bezpieczną przystanią, ale i w tej przystani zamyka. Jeśli jest się czegoś pewnym, to powstaje bańka, w której nie ma już miejsca na nic innego. Bańka jest szczelna, obwarowana fortecą, wypełniona po brzegi. Może być kapsułą ratunkową lub stać się więzieniem. Pewność jest jak wielka matrona, która rozsiadłszy się na kanapie, nie zostawia już miejsca dla innych (np. miejsca na dialog).

Może zainteresuje Cię: Natalia de Barbaro – Czuła przewodniczka

Z drugiej strony, myślę, że fajnie jest być czegoś pewnym, mieć jasność. To ukierunkowuje, ułatwia podejmowanie decyzji, dokonywanie wyborów. Łatwiej o odwagę, gdy nie jest się rozedrganym, łatwiej przeć do przodu, gdy nie stoi się w rozkroku. Nikt przecież nie chciałby być operowany przez targanego wątpliwościami kardiochirurga. Pewna doza pewności wydaje się więc niezbędna, by sprawnie funkcjonować. Pewność to jednak czy raczej domniemanie? Założenie, że określona dawka wiedzy, potwierdzona doświadczeniem, będzie wystarczająca do osiągnięcia danego celu. Nie jest to zatem pewność ślepa, ale warunkowa. Ograniczona czasowo i niejako otwarta na wątpliwość. Takiej pewności raczej potrzebujemy. Bo czy z kolei ktoś chciałby być operowany przez kardiochirurga przekonanego o swojej nieomylności i niemającego cienia wątpliwości?

Czy bez odrobiny pewności zdołalibyśmy podjąć w ogóle jakieś decyzje?

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Rozwód – kres złudzeń

– Wszyscy wkoło się rozwodzą! – dzieli się ze mną spostrzeżeniem koleżanka, której znajomi kolejno odkrywają, że jednak…

Uzależnieni od biedy

Ciułanie, chomikowanie, magazynowanie. Kupowanie za dużo i na zapas. Lub odwrotnie: tzw. podcieranie tyłka szkłem, skąpienie każdego grosza,…

Widzę ciemność, ciemność widzę

Żeby widzieć, trzeba wiedzieć – powtarzał na moich studiach jeden z profesorów. „Tia” – powątpiewałam wespół z innymi…