Postęp, pseudoekologia i mit antropopotęgi, czyli jak niszczymy bioróżnorodność

228 udostępnień
228
0
0

 

– Uzurpujemy sobie prawo do tępienia niektórych gatunków, bo dla nas są nieprzydatne bądź uważamy je za szkodniki. W naturze nie ma szkodników. Każdy organizm jest potrzebny – mówi Radosław Ratajszczak, biolog i prezes wrocławskiego zoo.

Izabela Marczak: 22 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Różnorodności Biologicznej. Mija 27 lat od ustanowienia tego dnia przez ONZ, a wydaje się, że z bioróżnorodnością na świecie coraz gorzej. Czy my w ogóle rozumiemy, co bioróżnorodność oznacza? Jak to wygląda oczami biologa?

Radosław Ratajszczak: Na bioróżnorodność można patrzeć z wielu punktów widzenia. Ten biologiczny mówi o zróżnicowaniu (życia i ekosystemów), kształtowanym przez miliony lat ewolucji.

Pokazuje on, że wszystkie organizmy żywe pozostają ze sobą w jakichś związkach, także z elementami przyrody nieożywionej (woda, podłoże, skały, rzeźba terenu, atmosfera i jej skład, temperatura). Wszystko to tworzy jedną, wielką całość, którą naukowcy nazywają klimaksem.

W klimaksie wszystko dąży do równowagi, ale nie równowagi stałej, lecz dynamicznej. Ekosystemy cały czas się zmieniają. Ta zmiana stanowi napęd ewolucji i powoduje powstawanie większej bioróżnorodności.

A po co nam ta bioróżnorodność?

Owa całość biologiczna jest jak gigantyczny domek z kart. Co najmniej połowy kart tego domku, a są ich miliony (na świecie sklasyfikowanych jest dopiero od 3 do 4 milionów organizmów żywych od bakterii, wirusów, po człowieka), my w ogóle nie widzimy. Nie wiemy więc, co one znaczą dla utrzymania konstrukcji tej gigantycznej budowli. Nie wiemy czy usunięcie jednej z małych kart, wchodzących w skład owej konstrukcji, nie sprawi, że cała budowla zaraz się zawali. My jednak nonszalancko te karty wyciągamy. Ograniczamy w ten sposób bioróżnorodność, która utrzymuje ów domek w pionie.

Jak się przejawia nasza nonszalancja?

Uzurpujemy sobie prawo do tępienia niektórych gatunków, bo dla nas są nieprzydatne bądź uważamy je za szkodniki. Tymczasem w naturze nie ma szkodników. Każdy organizm jest potrzebny. On spełnia jakąś funkcję, ma jakąś ewolucyjnie powierzoną mu rolę. To, że my nie wiemy jaką, nie znaczy, że dany organizm jest zbędny.

Obecnie każdego roku tracimy kilkaset gatunków organizmów żywych, często znając je tylko z pojedynczych okazów, zakonserwowanych w jakimś muzeum. Nawet nie wiemy, jak one żyły, jaką rolę spełniały, a w przypadku roślin, jakie miały znaczenie medyczne. Jeśli tracimy jakąś roślinkę z dżungli, bo ostatni kawałek lasu, na którym ona rosła, został wycięty, nie wiemy, co ona miała. A może miała dobry lek na raka?

Przykładów naszej nonszalancji mógłbym podawać tysiące. Pierwszy z brzegu to np. casus z wysp Polinezji Francuskiej. Na wyspach tych powstał swoisty tygiel ewolucji. Przetrwały na nich różne nietypowe i mało znane gdzie indziej gatunki. Stało się tak, ponieważ było tam mało drapieżników. Tak więc, jeśli jakimś zrządzeniem losu, jakiemuś osobnikowi udało się tam znaleźć, miał on szansę tam przetrwać i się rozmnożyć. W ten sposób właśnie na owych wyspach rozwinęły się śliczne małe, różnobarwne ślimaczki Partula. Kiedy jednak wyspy zajęli Francuzi, którzy lubują się w jedzeniu ślimaków, ściągnęli tam z Afryki duże ślimaki Achatina, osiągające wagę nawet do kilograma, bo Partula były dla nich za małe. Rzecz w tym, że Achatina, nie mając na wyspach żadnych naturalnych wrogów, rozmnażały się w tempie geometrycznym i wkrótce zaczęły pożerać ludziom uprawy. Niewiele myśląc ludzie ściągnęli na wyspy drapieżnego ślimaka z rodziny Nassariidae, który wyciął w pień wszystkie ślimaki, tyle że te z Partula, a nie Achatina. Dziś na 26 gatunków Partuli, siedem mamy jeszcze w hodowli, ale 19 całkowicie już wymarło.

W taki sam sposób, jak odbyło się to na wyspach Polinezji Francuskiej, gospodarujemy ziemią w każdym innym zakątku globu. Zupełnie nierozsądnie. Zaburzyliśmy klimaks. A najgorsze jest to, że nie potrafimy tak zarządzać ekosystemem, by zapewnić w nim dynamiczną równowagę.

Na czym polega zaburzenie klimaksu?

Weźmy przykład temperatury. Temperatury mogą się zmieniać. I jeśli zmieniają się one powoli, wówczas organizmy mogą dostosować się do tej zmiany. Ewolucja nie wygląda jak w hollywoodzkich filmach, nie działa z dnia na dzień. Nie istnieje możliwość zmiany genotypu w ciągu jednego pokolenia. Ewolucja działa w odcinkach liczonych w dziesiątkach czy nawet setkach tysięcy lat. Mówi się, że dinozaury wyginęły nagle, natychmiast. To nagle w skali ewolucji oznacza 200 tysięcy lat. Poza tym one wcale nie wyginęły, one wciąż żyją wokół nas, każdy je widzi codziennie. W procesie ewolucji łuski ptasiomiednicowych stawały się coraz dłuższe, w końcu przekształcając się w pióra. Organizmy zyskały stałocieplność i powstały ptaki. Było to możliwe dzięki czasowi, jaki te organizmy miały na adaptację. Jednak obecnie zmiany następują zbyt szybko. Żaden organizm nie jest w stanie przystosować się do tak szybkich zmian klimatu. Dlatego następuje masowe wymieranie.

Wiele osób zaprzecza temu zjawisku lub je bagatelizuje. Argumentują to m.in. tak, że przecież to nie pierwsze masowe wymieranie na ziemi, że było już w dziejach naszego świata pięć tego typu zdarzeń, a życie jakoś nadal się toczy.

Owszem, mieliśmy już kilka razy masowe wymieranie gatunków na ziemi, ale odbywało się ono w wyniku katastrof naturalnych, gwałtownych zmian mikroklimatycznych, które ograniczały to życie do małych refugiów i co ważne obejmowały zmiany na przestrzeni wielu tysięcy czy milionów lat, czyli w okresie, w którym gatunki miały czas zaadaptować się do nowych okoliczności.

Obecne wymieranie od poprzednich różni to, że dokonuje się ono za sprawą działań jednego tylko gatunku – człowieka i przebiega w zastraszającym tempie. Tempie niepozwalającym na ewolucję. Napędem ewolucji jest mutacja, a wiele gatunków jest konserwatywnych. Co oznacza, że na wytworzenie nowej, adaptacyjnej zmiany genowej potrzebują czasu. Wskutek naszego działania tego czasu nie mają. Poszatkowaliśmy ziemię na wyspy. Nie ma już dawnej ciągłości. Tajga nie przechodzi płynnie w tundrę, a tundra w kolejny naturalny obszar. Nie. Dziś wygląda to tak, że mamy kawałek lasu, potem pola rzepaku i innych monokultur, potem miasto, znów las, autostrada, pole itd. Zwierzęta i rośliny mają utrudnioną migrację. Nie mogą wymieniać puli genowej. W konsekwencji u niektórych gatunków dochodzi do rozmnażania wsobnego, do powstawania genów letalnych.

To tak, jak byśmy my rozmnażali się kazirodczo w obrębie jednej rodziny czy wioski?

Tak.

Katastrofa, do której zmierza świat w wyniku naszych działań, będzie się różnić konsekwencjami od tych katastrof naturalnych, które niegdyś doprowadziły do wymierania gatunków?

Po tamtych katastrofach coś zostało i ktoś na tym skorzystał. Dlatego katastrofy te stały się wielkim napędem ewolucji. My ewolucji nie dajemy szans.

Może zainteresuje Cię: Urban gardening: miasta, które stają się farmami


może Ci się spodobać

Świnia też człowiek

Przejmujemy się losem psów czy kotów, z powodu ich straty przeżywamy żałobę, potrafimy je rozpieszczać, traktujemy je nawet…
Katarzyna de Lazari Radek

O szczęście trzeba zabiegać

Filozofka i etyczka dr Katarzyna de Lazari-Radek przekonuje, że ważne jest, by mówić o szczęściu, dbać o drobne przyjemności, bo to może ułatwić nam przetrwanie trudnego okresu i pomóc przejść przez niego w możliwie najlepszej formie