medycyna holistyczna Fiet van de Boel
Fiet van de Boel

Podróż wewnętrzna – holistyczna medycyna w dążeniu do równowagi

4 udostępnień
4
0
0

Studiując geografię społeczno-ekonomiczną, zainteresowała się krajami socjalistycznymi. W 1997 roku przeprowadziła się do Polski i już w niej została. Tu odnalazła harmonię i spełnienie, choć ścieżka do nich była długa. W swoje 60. urodziny została coachem. Dziś pomaga innym w podróży ku równowadze.

Agnieszka Meyer: Od 10 lat zajmujesz się refleksologią i masażami. Wcześniej wiele lat pracowałaś w korporacjach, najpierw w Niderlandach na Uniwersytecie Utrechtskim jako pracownik naukowy, następnie w Polsce kilka lat branży konsultingowej na stanowisku kierownika działu, a potem w firmie relokacyjnej jako business developer. Pracowałaś też jako wolny strzelec przy różnych projektach dziennikarskich. Jak to się stało, że nagle dokonałaś takiego zwrotu w swoim życiu, zajęłaś się pomaganiem ludziom?
Fiet van de Boel: Zdrowie, aktywność fizyczna, ludzkie ciało, przyroda i wszelka inność od zawsze stanowiły pole moich zainteresowań. Długo nie pozwalałam sobie na to, by autentycznie się tym zająć, brakowało prawdziwej fascynacji. Po czterdziestce zaczęłam jednak odczuwać narastającą pustkę. Jestem osobą „nadsensytywną”, gdyby opisywać to żargonem psychologicznym, to tak, jakby mój mózg kilkakrotnie mocniej odbierał bodźce niż przeciętnie, co ma swoje uroki, ale potrafi być też bardzo wymagające i wyczerpujące. Żeby się chronić, latami podświadomie budowałam wokół siebie przezroczyste, ale mocne mury. Powstał z tego solidny pancerz, przez który trudno było się komuś przedrzeć, ale który stał się także po części moim więzieniem. Wyłomu w tym pancerzu dokonała moja nieuleczalnie chora przyjaciółka. Miałyśmy ze sobą nieomal telepatyczny kontakt. Kiedyś zapytała mnie wprost: „Co ty jeszcze robisz w tej pracy za biurkiem, skoro możesz pomagać ludziom?”. Początkowo przyjęłam to jako żart, ale z czasem uświadomiłam sobie, że to był TEN głos, który przebił się przez moją warstwę ochronną. Coś we mnie poruszył, coś drgnęło. Rok później zaczęłam się uczyć nowego zawodu. Przyjaciółka już nie żyła. Zrozumiałam, że rzeczywiście mogę robić więcej, żyć głębiej. Tak zaczęła się moja wewnętrzna podróż, która wciąż trwa i która wiele zmieniła w moim życiu.

Zainteresowałaś się refleksologią, masażem, ale i medycyną wschodnią. Co tak bardzo zafascynowało cię we wschodniej kulturze i jej leczniczych praktykach?
Medycyna wschodnia to bliskość z naturą, naturą rzeczy oraz autentyczność. „Zachód” to pośpiech i leczenie tabletkami, byle nie wypaść z pędu życia. Na szczęście coraz mocniejsza staje się tendencja powrotu do natury, do spowolnienia. Siła medycyny wschodniej to profilaktyka poprzez holistyczne podejście do ciała, psychiki i duszy, aby całość była w równowadze. Innymi słowy, leczenie się według kultury Wschodu to po prostu sposób życia. „Leczymy się” codziennie. Kojąca dla duszy jest zasada „tu i teraz”. Wyłączenie zabójczego dla psychiki i organizmu pytania: „Co będzie, jeśli …?” albo jeszcze gorzej: „Czego nie będzie, jeśli …?”. Podróżując miałam do czynienia z kulturą hinduską i buddyjską. Zaintrygowała mnie ta ostatnia, znam ją głównie w wersji tybetańskiej. Niższa gęstość tlenu w powietrzu daje życiu i kulturze Tybetańczyków nieco inny wymiar, jakby żyło się uważniej i z mniejszą presją czasu. Dla osoby pochodzącej z Niderlandów to fascynujące zjawisko.

Medycyna zachodnia i wschodnia bardzo się od siebie różnią?
Częściowo są podobne. Meridiany (kanały energetyczne) z medycyny wschodniej w dużym stopniu pokrywają się z przebiegiem dróg nerwowych, z układem nerwowym (centralnym i peryferyjnym) oraz z systemem hormonalnym opisywanym przez medycynę zachodnią. Główna różnica polega na podejściu. W medycynie wschodniej traktuje się człowieka jako całość. Aby wiedzieć, co się z tą całością dzieje, trzeba sprawdzić system przepływów, który w dużym stopniu jest mierzalny bez specjalistycznego sprzętu. Poszczególne meridiany odpowiadają poszczególnym narządom i nawet stanom emocjonalnym. Niepokój, słabość, inna temperatura w kanałach mogą wskazywać na problem w określonych narządach. One nie muszą być chore. Medycyna zachodnia może niczego nie wykryć, a jednak nie oznacza to, iż nie istnieje coś, co zapowiada rozwój jakiejś choroby w przyszłości. Jeśli to odpowiednio wcześnie wykryjemy, możemy zacząć pracować z danym narządem, aby go wzmocnić, aby zapobiec przejściu obecnej nierównowagi w chorobę. Można na przykład pójść na masaże, robić ćwiczenia z jogi lub qi gong, brać zioła, zmienić dietę, a nawet towarzystwo, bo ono też ma wpływ na nasze pole energetyczne. To jest profilaktyka.

Zastanawiam się jak mogą wyglądać takie sygnały z ciała, zapowiadające przyszłą chorobę.
Wyobraźmy sobie chociażby przewlekłą chrypkę. Pacjent zrobił wszystkie badania, łącznie z endoskopią żołądka, które mogłyby ją wyjaśniać i nic. Lekarz zachodni w takiej sytuacji rozkłada ręce i poleca dropsy tymiankowe albo syrop, na tym kończąc swoją ofertę pomocy, natomiast u lekarza medycyny chińskiej od razu zapalą się różne sygnały ostrzegawcze. Chrypa – zaburzenie mowy – patrz wątroba. Przez gardło bowiem prowadzą gałęzie od meridianów związanych z wątrobą. Brak możliwości wyrażania się, frustracje, nieprzerobiona przeszłość – to wszystko potrafi mocno obciążyć ten narząd lub miejsca przy meridianach.

Czy tu można więc mówić o wyższości medycyny wschodniej nad zachodnią?
Ja powiedziałabym raczej, że oba nurty mają wiele do zaoferowania, dlatego powinny się uzupełniać, dążyć do współpracy, do równowagi, a nie ze sobą rywalizować i walczyć o prym wyższości jednego nad drugim.

Pracujesz z energią, na czym to polega?
Wsłuchuję się lub wczuwam w ciało. W miejscach, gdzie przepływ jest zaburzony, stosuję ucisk palcami w celu rozładowania napięcia i przywrócenia równowagi. W przypadku terapii czaszkowo-krzyżowej wsłuchuję się w rytm pulsowania płynu mózgowo-rdzeniowego, tzw. oddechu życia, i czekam, aż organizm w polu pomiędzy moimi rękami sam się ureguluje. Można powiedzieć, że swoimi zabiegami pobudzam proces samoleczenia organizmu. Podkreślę jednak, że praca z energią nie równa się bioenergoterapii. W tej ostatniej bowiem pracuje się metodami niekoniecznie mającymi jakikolwiek związek z medycyną. Terapia ta może być bardzo skuteczna, ale ja się nią nie zajmuję.

Czym jest terapia czaszkowo-krzyżowa?
Terapia czaszkowo-krzyżowa źródło ma w osteopatii. W tej terapii głównym kanałem przewodnim jest rdzeń. Płyn mózgowo-rdzeniowy jest produkowany w mózgu i porusza się po rdzeniu bardzo delikatnym rytmem pulsującym i jest absorbowany przez system limfatyczny. Ten delikatny rytm daje się odczuć w całym ciele. Głównym elementem troski w terapii czaszkowo-krzyżowej są właśnie układ nerwowy oraz hormonalny. Razem stanowią one łańcuch reakcji emocjonalnych i cielesnych na różne bodźce, te pozytywne i negatywne. Terapia czaszkowo-krzyżowa nie należy do zabiegów z medycyny wschodniej, ale jest zabiegiem holistycznym. Mimo iż wielu lekarzy z rezerwą się do niej odnosi, niesłusznie równając ją z bioenergoterapią, terapia ta staje się coraz bardziej popularna.

Może zainteresuje Cię: 7 technik pracy z ciałem

Twoja praca z energią często polega na likwidacji blokad.
Owszem, bo blokada jest zakłóceniem swobodnego przepływu energii przez ciało. Zarówno w medycynie wschodniej, jak i zachodniej energia przemieszcza się przez tzw. kanały. Ta wędrówka może być zakłócona przez blokadę, taką jak np.: rana, choroba, osłabienie pewnych narządów, nadmierne emocje. Blokada powstaje w jednym miejscu, ale w innych powoduje braki energii.

Czy te blokady, przepływy są namacalne? Da się wyczuć w ciele energię lub jej brak?
To skomplikowane. W obu typach medycyny jest mowa o przepływie „czegoś”, co utrzymuje nas przy życiu: krew, limfa, tlen, impulsy nerwowe, hormony, płyn mózgowo-rdzeniowy. To wszystko przepływa różnymi drogami: naczyniami, łańcuchami, taśmami, meridianami (medycyna wschodnia). Ale przepływy energii, jej siłę można wyczuć. Pulsuje słabo lub mocno, regularnie lub nieregularnie. Wibruje spokojnie lub nie. Promieniuje, jest ciepła lub zimna. Ma ciśnienie, wysokie lub niskie. Rusza się systematycznie lub chaotycznie. Każda metoda – każdy typ medycyny – ma swoje sposoby, by to wychwycić.

Przeczytałam listę chorób, w leczeniu których polecana jest terapia czaszkowokrzyżowa. Zaskoczyły mnie na niej depresja, autyzm, a nawet dysleksja…
Wspominałam o działaniu holistycznym. Autyzm jest wynikiem zaburzenia w układzie nerwowym, ale też w jelicie cienkim (o tym połączeniu coraz więcej się mówi). Przy terapii czaszkowo-krzyżowej pracuje się nad całym organizmem, szczególnie nad układem nerwowym. Specjalną troskę poświęca się tu zwłaszcza jelitu cienkiemu. Depresja wiąże się z zaburzeniem stanu emocjonalnego, układu nerwowego i układu hormonalnego. Namawiałabym lekarzy psychiatrów do zapoznania się z tą metodą i nauczenia się jej, albo do ścisłej współpracy z terapeutami terapii czaszkowo-krzyżowej.

Wiemy już , że emocje odkładają się w ciele, jest związek między nimi i określonymi narządami. Jak ten mechanizm działa?
Każdy człowiek przeżywa różne emocje. Jeżeli jednak ma problemy emocjonalne, które nie są przepracowane, dotknięte zostają też pewne mięśnie lub zespoły mięśni czy narządy, które odpowiadają konkretnej emocji. Emocje, które nie znajdą odpowiedniego ujścia, niejako zostają w ciele.

Rozumiem, że lecząc jedno, można usprawniać drugie. A jak bardzo trening umysłu może pomóc ciału?
Umysł można trenować na wiele sposobów. Poprzez czytanie, naukę, rozwiązywanie krzyżówek, gry, aktywności kreatywne oraz spotkania z ludźmi. Chciałabym zatrzymać się przy utrzymaniu kontaktów społecznych, które też usprawniają mózg, układ nerwowy i hormonalny, ale nie tylko. Brak kontaktów oznacza brak stymulacji pewnych obszarów mózgu. Ten brak może wywoływać smutek, co w medycynie chińskiej jest związane z płucami i jelitem grubym. Warto o tym pamiętać zwłaszcza teraz, w czasie pandemii. Starajmy się szukać kreatywnych możliwości utrzymania kontaktów społecznych. Brak kontaktów osłabia bowiem nasze płuca, a te znajdują się „na celowniku” szalejącego dziś wirusa.

Czy na przestrzeni lat zaobserwowałaś zmiany problemów, z jakimi zjawiają się u Ciebie pacjenci?
Na początku wykonywałam zabiegi czaszkowo-krzyżowe w bardzo różnych dolegliwościach. Ostatnio jednak mam klientów, którzy potrzebują ich przede wszystkim w celu ukojenia systemu nerwowego i hormonalnego oraz niwelowania skutków różnego rodzaju traum. Jest dziś w ludziach dużo niepewności, niepokoju, lęku. Choć lęki mają swoje źródło zarówno w przeszłości, jak i w teraźniejszości, wydaje mi się, że waga teraźniejszości ma tendencję wzrostową. Dało się to zauważyć jeszcze przed wybuchem pandemii.

Te lęki dotyczą tak samo kobiet, jak i mężczyzn? Kto częściej decyduje się na zabiegi u Ciebie?
Mężczyźni rzadziej decydują się na zabieg typu terapia czaszkowo-krzyżowa. Wydaje mi się, że bardziej niż kobiety boją się nieznanego. Rozmowa wstępna i rozpoznawcza często ich irytuje. Padają zdania: „Szkoda czasu, lepiej bierzmy się do roboty”, oczywiście w przyjaznym tonie. Akceptuję to. Z doświadczenia wiem, że zaczną mówić podczas zabiegu. Mężczyźni częściej przekonani są, że nie mają większych problemów, tymczasem godzinę później mam całą listę ich dolegliwości. Kobiety na ogół od razu mówią o wszystkim, co je niepokoi. Generalizuję tu trochę, ale tę różnicę daje się zauważyć.

Czy te dolegliwości oraz podejście do terapii różnicują się narodowościowo? Na przykład z innymi dolegliwościami przychodzą do ciebie Polki, z innymi Holenderki?
Zabiegi wykonuję tylko w Polsce, więc moje rodaczki rzadko goszczę u siebie na terapii. Jeżeli chodzi o kondycję, na pewno w Niderlandach kobiety uprawiają więcej sportu, są aktywne fizycznie, także do późnego wieku. Łatwiej odreagowują w ten sposób stres. Niebagatelną rolę odgrywa fakt, że życie w Niderlandach jest łatwiejsze. Nie trzeba nadmiernie się stresować w urzędach, przychodniach, szpitalach. Państwo jest dla obywatela, nie na odwrót. Mamy więcej zapału do współdziałania, więcej wzajemnego zaufania, to wpływa na zdrowie psychiczne. Nie oznacza to, że moje rodaczki niczego nie potrzebują, ale wydaje się, że mają znacznie lepsze warunki do życia w równowadze. Widać jednak, że w Polsce coraz więcej kobiet również tej równowagi szuka. Holenderki są pragmatyczne, głęboko zaangażowane społecznie, Polki bardziej emocjonalne i bardziej związane z tradycjami (w pozytywnym rozumieniu). Bardzo ciekawym aspektem jest cecha etniczna, tzw. słowiańska dusza. Ta pozwala Polkom bardziej niż Holenderkom interesować się zabiegami, które oferują im podróż w głąb, w emocje.

Dlaczego ta podróż w głąb siebie jest taka ważna? Chodzimy na kursy zarządzania, optymalizacji procesów, bycia asertywnym, ale wciąż czegoś nam brakuje, wciąż szukamy?
Bo bez spojrzenia w głąb siebie nigdy nie nauczymy się być odpowiednio asertywnymi, nie nauczymy się zarządzać procesami czy czasem. Bo niby jak? Odpowiednio zareagować na innych możemy tylko wtedy, kiedy wiemy, kim sami jesteśmy, czego chcemy, dokąd zmierzamy. Wyszłam z korporacji, ale wiem, że nawet tam coraz więcej uwagi zwraca się na rozwój wewnętrzny. Są organizowane zajęcia jogi, mindfulness. Także na kursach zarządzania i asertywności coraz częściej wprowadza się zajęcia związane z rozwojem wewnętrznym. Sama rozpoczęłam ten proces kilkanaście lat temu i uważam go za przygodę życia. Zwiedziłam kawał świata, odbyłam wiele podróży, ale ta jest najważniejsza.

Może zainteresuje Cię też: Joga nidra – pogłębiony kontakt z własnym ciałem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać