Kornelia Westergaard
Kornelia Westergaard, fot. Maciej Zienkiewicz

Pionierski catering makrobiotyczny w Polsce, gotowany według 5 przemian

16 udostępnień
16
0
0

Agnieszka Meyer: Początek Twojego Macro Bios Baru to trzy tygodnie, w czasie których straciłaś matkę, związek i pracę. A gdyby tego nie było?
Kornelia Westergaard: Trudno powiedzieć. Raczej nie pomyślałabym o zmianie. Należałam do grupy dwunastu osób zarządzających TP. Pozycja, dobra pensja, teczka, szpilki, biznesowe garnitury. Wiecznie w pędzie, poczucie ważności, adrenalina. Gdyby nie choroba mamy, nie zetknęłabym się z makrobiotyką. Nie poszłabym na warsztaty tanatoterapii, które zmieniły moje podejście do śmierci, ale też i życia. Strata pracy oraz partnera wymusiły szukanie nowego pomysłu na siebie. Miałam kawałek ziemi na Mazurach, siedlisko, którym musiałam się zająć. Zostawałam tam coraz dłużej, coraz trudniej wracało mi się do Warszawy.

A początek? Zaczynałaś od jednego zamówienia?
Zaczęło się od Bocianowa, gdzie urządziłam agroturystykę. Próbowałam gotować dla gości, przemycić inne jedzenie. W drugim sezonie zadzwoniła Urszula Dudziak, szukająca miejsca na wakacje. Najchętniej z kuchnią makrobiotyczną oraz kortem tenisowym! Ten kort znalazłam dla niej w szkole. Urszula przemeblowywała swoje życie w związku z chorobą, częścią tego była decyzja o zmianie diety. Poleciła mnie wielu ludziom i jest dla mnie przykładem niezwykle życzliwej i wspierającej osoby. Tak po prostu. Podobnie Alicja Resich-Modlińska. To były moje pierwsze zamówienia.

Czy nadal jesteście jedyni?
Z tego co wiem, tak. I jako jedyni dostarczamy w termosach, nie w plastikowych pojemnikach.

Ilu osobom dostarczacie posiłki?
Obecnie, zależnie od dnia tygodnia i sezonu, między 60 a 120 klientom. 90 procent to Warszawa.

Czy żywienie ludzi to misja, hobby, sposób na życie?
Mam poczucie misji. Nie zawsze, ale często. Nie jest to kolejna prezentacja w power poincie, która trafi do szuflady. Czuję, że robię coś potrzebnego, co ma wartość. W wymiarze fizycznym, ale też emocjonalnym. Dobre jedzenie tworzy dobre samopoczucie i emocje. Głęboko wierzę, że wszystko jest energią i wszystko ma znaczenie. Pokarm, który w siebie przyjmujemy, nasze myśli i działania. Tłumaczyłam to ostatnio na pierwszym kongresie medycyny integralnej.

Jak gotowało się w Twoim domu?
Mama raczej nie gotowała, robiła świetne desery. W dorosłość wyniosłam kluski śląskie, rosół i może kapuśniak.

Czy w Polsce też mieliśmy swoje pięć przemian?
Ależ oczywiście! Widać to w starych przepiśnikach, ważna była kolejność, nawet kierunek mieszania. Samo to, że dodawano soli na końcu świadczy o mądrości w gotowaniu. Sól wytrąca potas.

Niektórzy widzą w takim gotowaniu medialny szum, snobizm kulinarny, obcą modę.
Mamy wyjałowioną glebę, żywność. Żyjemy zbyt szybko, w stresie, a przede wszystkim w złych emocjach. Polacy są w czołówce najbardziej chorych społeczeństw Europy, bodajże na drugim miejscu po Wielkiej Brytanii. Jesteśmy otyli, dramatycznie rośnie ilość nowotworów. Trudno tego nie dostrzegać. Z mrożonych ziaren nic nie wyrasta, pozbawione są energii życiowej. Przetworzona, termizowana, napromieniowana żywność osłabia nas, zamiast odżywiać. Myślę o pokazaniu na YouTube eksperymentu z żywą wodą, kranówką i mineralną ze sklepu. Kwiaty zostawione w trzech pojemnikach, powiedzmy na tydzień. Boję się tylko komentarzy…

Ile czasu masz poza firmą, nawet myśleniem o niej?
Mam z tym problem. Pierwsze trzy lata to gotowanie dzień w dzień od szóstej rano. Do tego organizacja transportu, opracowywanie menu (mam już sześć–siedem segregatorów przepisów), newsletter. Pozyskiwanie dostawców, ostatnio warsztaty i kanał na YouTube.

Naliczyłam ponad 4000 subskrypcji.
Zgadza się. Niektóre filmy mają kilka tysięcy wyświetleń i przybywa nam około stu oglądających tygodniowo. Te liczby oraz pojawienie się komentarzy to ponoć bardzo dobry sygnał.

Zapomniane w kuchni polskiej?
Topinambur, słonecznik bulwiasty. Kiedyś powszechny. Kasze, pasternak, trybula, nad morzem jadano porost islandzki i glony.

Plany?
Studia psychodietetyki na WSPS.

Marzenia?
Doczekanie prawej ręki. Mam wspaniały zespół pięciu–sześciu osób w kuchni, kierowców, pomoc w biurze i pomoc informatyczną, ale ciągle spinam to wszystko. I marzę o zmianie w ludziach. Więcej pozytywnego podejścia do siebie i innych.

może Ci się spodobać

Aquascaper – spec od mokrej roboty

Trochę piasku, moczarka i anubias, plastikowa imitacja korzenia lub atrapa roślinnego tła na tylnej ściance, skalar, glonojad i…

Góry nagradzają przygotowanych

W dzikich górskich przestrzeniach można odnaleźć kojące widoki i świadomość, że potrafimy być niezależni od cywilizacyjnych udogodnień. Jednak…