Chleb upieczony podczas warsztatów, fot. Katarzyna Wilk-Wojtczak

Piec chlebowy na Skwerze połączył sąsiadów

0 udostępnień
0
0
0
Żeby upiec własny chleb w prawdziwym piecu chlebowym, nie trzeba cofać się w czasie o 200 lat. W Łodzi nie trzeba nawet wyjeżdżać z miasta. Wystarczy przyjść na osiedle Zdrowie-Mania.

Na Skwerze na Mani, pomiędzy ulicami Jęczmienną i Jarzynową w Łodzi, wzrok przyciąga ceglana kopułka. To piec chlebowy, który powstał dzięki wsparciu Centrum Promocji i Rozwoju Inicjatyw Obywatelskich OPUS w ramach Miejskiego Programu Mikrograntów Łódź. Przede wszystkim jednak powstał dzięki mieszkańcom osiedla. Dziś piec wraz z całym skwerem jest centrum osiedlowego życia. Mieszkańcy na wspólnie organizowanych spotkaniach pieką, bawią się i zacieśniają sąsiedzkie więzy.

Warsztaty pieczenia chleba

Na jeden z darmowych warsztatów organizowanych przez „ChleboManiaków” z osiedla Zdrowie-Mania, dzięki sfinansowaniu przez Narodowy Instytut Wolności ze środków Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich na lata 2014–2020, przychodzę z całą rodziną. Czekają na nas rozstawione stoły, a na nich misy, mąki, ziarna, woda, sól i oczywiście zakwas. Nie byle jaki, bo ponad 20-letni.

fot. Katarzyna Wilk-Wojtczak

– Zakwas, inaczej nazywany „dzikimi drożdżami”, jest kluczem do zrobienia dobrego chleba – opowiada Justyna Ossowska, doradca żywieniowy, dietetyk tradycyjnej medycyny chińskiej, prowadząca Pracownię Odżywiania Naturalnego „Kura Modowa”. Co chwilę przerywa swoją opowieść, by pomóc uczestnikom dzisiejszych warsztatów, pracującym nad własnymi chlebami. – Zakwas można zrobić samemu, ale najlepiej dostać go od kogoś. Ja swój dostałam siedem lat temu od rolnika, który zainicjował akcję „Cała Polska piecze chleb”. My zaś utworzyliśmy na Facebooku „Pogotowie Zakwasowe” – grupę miłośników domowego chleba. Tam zawsze znajdzie się ktoś, kto podzieli się z nami swoim zakwasem. Bo nim trzeba się dzielić… a potem nad nim popracować.

Praca nad zakwasem polega na dokarmianiu go, najlepiej co 12 godzin. Po siedmiu dniach takiego karmienia, otrzymana niewielka ilość zakwasu powinna być gotowa do pierwszego użycia.

– Tę jego gotowość poznamy po specyficznym octowym zapachu – wyjaśnia Ossowska. – Jeśli mamy aktywny zakwas żytni, możemy zacząć dokarmiać go inną mąką, na przykład pszenną lub orkiszową. W ten sposób po kilku karmieniach zakwas z żytniego zmieni się w pszenny lub orkiszowy. Można potem oczywiście wrócić do dokarmiania go mąką żytnią.

Później „dzikie drożdże” należy dokarmiać raz na tydzień. Nawet jeżeli nie planujemy piec chleba, warto dodać do nich łyżkę mąki i odrobinę wody, po czym zostawić, by zaczęły pracować.

– Gdy planujemy pieczenie, wyjmujemy zaczątek z lodówki i gdy osiągnie już temperaturę pokojową, dokarmiamy go – instruuje prowadząca warsztaty. – Jeżeli chcemy zacząć piec chleb na przykład w piątek wieczorem, to w środowy wieczór wyjmujemy zakwas z lodówki, w czwartek rano, wieczorem i w piątek rano go dokarmiamy, a wieczorem wykorzystujemy do przygotowania ciasta na chleb. Gdy zakwas będzie już aktywny, przed użyciem go odkładamy na przykład dwie łyżki do oddzielnego słoiczka, który będzie czekać na kolejne użycie w lodówce – tłumaczy.

Wśród radosnych okrzyków biegających wszędzie dzieci i dziesiątek pytań uczestników spotkania przy piecu (o mąkę, o sposób ugniatania, o konsystencję ciasta) w końcu wykonane z różnych przepisów, uformowane i posypane czarnuszką czy ziarnem słonecznika bochenki trafiają do pieca.

Pomysłodawczyni chlebowego pieca na skwerze i inicjatorka warsztatów Anna Ozaist-Przybyła przekonuje, że pieczenie chleba wcale nie jest trudne.

– Wymaga przede wszystkim czasu, dobrej jakości mąki i ciepłego kąta – mówi. – Trzeba też pamiętać, że każdy zakwas będzie pracował inaczej, w zależności od jego „mocy”, każda mąka będzie chłonęła różne ilości wody i każde ręce będą wyrabiały inne bochenki. Z czasem „piekarz” nabiera wprawy i wie, w którym momencie zakwas jest dobry, ile wody danej mące wystarczy, by powstało dobrze pracujące ciasto. To żaden wyczyn, lecz kwestia kilku własnoręcznie złożonych bochenków – przekonuje.

Kiedy jedni wysypują mąką koszyczki, inni degustują chleb z garnka rzymskiego (zrobiony poprzedniego dnia przez Anię) i pyszne pasty na chleb autorstwa Justyny, m.in. „boski” humus buraczany i smalczyk wege. Trochę zbyt słabo dogrzany piec Ania niestandartowo „dopala” małym ogniskiem rozpalonym w środku pieca, co jak się okazuje zupełnie nie przeszkadza piekącym się obok chlebom.

Chleb jak z dzieciństwa

– Pamiętam, że jako dziecko stałem pod piekarnią i czekałem na chleb. Ciepły, wypiekany tradycyjną metodą. Taki z drewnianej półki… – rozmarza się Jacek Bartowiak, mieszkaniec osiedla Zdrowie-Mania i „ChleboManiak”. – Dzięki Ani i Justynie jestem na najlepszej drodze, by odnaleźć ten smak. Wszyscy w domu jesteśmy chlebomaniakami. Pieczemy chleby średnio dwa, trzy razy w tygodniu. Często „opiekamy” całą rodzinę i sąsiadów. W końcu nie ma lepszego chleba niż ten własnoręcznie zrobiony. Dlaczego? Bo oprócz tego, że sam go zrobiłem i mam do niego stosunek emocjonalny, to jeszcze taki chleb znacznie dłużej trzyma świeżość. Ciemny, ze słodem, najlepszy robi się dopiero po czterech, pięciu dniach. Nawet po dwóch tygodniach nic złego się z nim nie dzieje – przekonuje.

Nareszcie z pieca wychodzą pierwsze, gorące, upieczone tego dnia bochenki. Lądują w lnianych ściereczkach i wszystkie wyglądają jędrnie, chrupiąco, doskonale. Zarówno te „przyśpieszane” dodatkiem drożdży, jak i bez nich, wyszły znakomicie.

– Może wreszcie udało się odpowiednio „zaparować” piec? – głośno zastanawia się Anna Ozaist-Przybyła, z zadowoleniem patrząc na jędrne skórki chlebów stworzonych przez uczestników spotkania. Ale, jak zauważają zgodnie „Chlebo-Maniacy”, spośród chlebów rosnących w koszykach w piecu najlepiej zachowywało się ciasto, które miało mniej wody. Nie 381, jak w wykorzystanym przepisie, a 250 gramów. To istotna informacja dla nich, do wykorzystania przy kolejnym wspólnym pieczeniu.

Tymczasem pomiędzy chleby do pieca trafiają pizze. To już tradycja na skwerze. Pizze zawsze robią tu dzieci. Kilka minut później już mogą ją ze smakiem pałaszować. Według Justyny Ossowskiej własnoręcznie zrobiony dobry chleb, czy nawet pizza mogą wyjść wszystkim na zdrowie.

– Wiele lat temu zdiagnozowano u mnie chorobę Hashimoto – opowiada. – Ta choroba tarczycy u mnie najbardziej przejawiała się dolegliwościami jelitowymi. Brałam leki, doszłam do ekstremalnie wysokiej dawki, a poprawy nie było żadnej. Lekarze rozkładali ręce, a ja czułam się coraz gorzej. Rozchwiana tarczyca, nastrój, waga. Doszłam do ściany. To wtedy postanowiłam sięgnąć po naturalne metody leczenia, przede wszystkim postawiłam na dietę. Jednym z pierwszych kroków tego przedsięwzięcia był własny chleb – opowiada. – I tak, krok po kroku, przyszła tak długo oczekiwana przeze mnie zmiana. Dziś funkcjonuję niemal jak zupełnie zdrowy człowiek.

A zaczęło się od drzewa

Kiedy mieszkańcy osiedla Zdrowie-Mania w 2018 roku zobaczyli pierwsze wycięte na osiedlowym skwerze drzewo, postanowili zawalczyć o „swój” kawałek zieleni. Rada Miasta Łodzi planowała zezwolić na postawienie w tym miejscu ogromnego bloku, więc rozpoczęli protesty. Przygotowali transparenty i ruszyli z nimi na sesje radnych. Byli tak przekonujący, że prezydent Łodzi przyznała im rację.

– Przy okazji zaczęliśmy się poznawać – opowiadają mi dziś, przy chlebowym piecu. – Wtedy też obiecaliśmy sobie, że raz w miesiącu będziemy urządzać różne akcje.

– Chodziło nie tylko o zieleń, ale też o budowanie wspólnoty pomiędzy sąsiadami – dodaje Anna Ozaist-Przybyła. – Pomysł na piec chlebowy nie wziął się znikąd. W końcu XVIII wieku stał tu niedaleko młyn mieszczanina Manińskiego, stąd w ogóle wzięła się ta Mania. Była tu też jeszcze do niedawna piekarnia, do której okoliczni mieszkańcy, jak wspominali, nosili przed świętami ciasta do wypiekania. I tak to się wszystko kręciło wokół tego chleba. Na pierwszy duży piknik, nazwany „Młyn na Mani” i dofinansowany przez Łódzkie Centrum Wydarzeń, kupiliśmy żarna, zbudowaliśmy koło młyńskie, które miało symbolizować toczące się dalej życie i tak chcieliśmy, przypominając sobie o początkach i historii naszej okolicy, przenieść energię przeszłości na przyszłość – mówi.

Sąsiedzi wspólnie postarali się też o wspomniane, kolejne dofinansowanie i tak na skwerze stanął piec chlebowy. A dotychczas często anonimowi mieszkańcy osiedla zaczęli się stawać sobie coraz bardziej bliscy.

– Żyje się tu bardzo dobrze. Wszyscy się znamy i lubimy spędzać ze sobą czas na skwerze. Nasze dzieci bawią się razem. Łatwiej nam się dogadać – podsumowują, zajadając ciepły, pachnący chleb.

– Jak pani na nas popatrzy, to przecież widać, że my tu razem niejeden chleb z tego pieca jedliśmy – śmieje się jedna z mieszkanek osiedla. – Tu zawsze dzieje się coś fajnego. Proszę spojrzeć: te ławki są ruchome. Te zabawki leżą tak cały czas i nikt ich nie zabiera – wskazuje na plastikowy domek wypełniony rowerkami i innymi gadżetami. – Widziała pani kiedyś takie osiedle? – pyta z uśmiechem, jakby chciała powiedzieć, że wspólne pieczenie chleba łagodzi obyczaje, buduje wspólnotowość, rozładowuje negatywne emocje. I trudno się z nią nie zgodzić.

TUTAJ znajdziesz przepisy na chleby pieczone podczas warsztatów oraz na zaczyn chlebowy.

może Ci się spodobać

Dobre duchy z Gostynina

Ilu zwierzętom może pomóc sześć osób? Kilku, kilkunastu? Historia gostynińskiej Fundacji dla Zwierząt Animal G(h)ost (woj. mazowieckie) pokazuje,…
toruń alternatywnie

Szlakami turystyki alternatywnej – Toruń

Co warto zobaczyć w Toruniu, jeśli chcecie czegoś więcej niż standardowy turysta? Po swoim mieście „oprowadza” torunianka, antropolog kultury Anna N. Kmieć.

Legendy z Nowej Rudy

Poeta i krytyk literacki Karol Maliszewski spisał baśnie i legendy swojego regionu, a ilustracjami opatrzy je Tatiana Tokarczuk,…