Paweł Huelle pisarz
Paweł Huelle, pisarz, fot. Joanna Siercha-Pietrzak, archiwum autora

Paweł Huelle: Na upływ czasu: łąka, obłoki i krem poziomkowy

Paweł Huelle opowiada o doświadczeniach i przemyśleniach dojrzałego mężczyzny oraz dialogu między książkami.
287 udostępnień
287
0
0

„Im bardziej jesteśmy dojrzali, tym bardziej się zastanawiamy: Po co to wszystko? Doczesne uciechy, majątek, wiedza… z czasem mogą przyrastać, ale nie dają odpowiedzi odnośnie do celowości naszego życia. Ów cel sami musimy sobie wyznaczyć i się go trzymać” – mówi wybitny polski pisarz Paweł Huelle.

Edyta Brzozowska: Nie rozpieszcza pan czytelników swoimi książkami zbyt często. Na właśnie opublikowany przez Wydawnictwo „Znak” zbiór pańskich opowiadań pt. „Talita” czekaliśmy aż sześć lat.
Paweł Huelle
: Przekroczyłem sześćdziesiąty rok życia i jestem w tym wieku, że już nie muszę się donikąd spieszyć. Dla mnie ważne są proporcje, więc swoje powieści wydaję na zmianę z opowiadaniami. Nie uważam za konieczne, aby się chwalić dwiema, trzema czy czterema napisanymi w ciągu roku książkami. Przy czym wcale nie wyśmiewam ani nie krytykuję tych, którzy tak robią. Tacy twórcy mają opinię szalenie pracowitych i pewnie zarabiają duże pieniądze.

Szybkie tempo pisania? To nie dla mnie. XIX- wieczny powieściopisarz francuski Honoré de Balzac tworzył bardzo dużo i właściwie tylko dla zarobku, a był wiecznie zadłużony. W efekcie i tak z całej jego twórczości pamięta się jedną, może dwie powieści.

Dla konstruowania swoich misternych opowieści potrzebuje pan wyciszenia?
Tak, gdyż sztuka wymaga pewnego namysłu i spokoju. Tym bardziej że teraźniejszość, w której żyjemy, nie ułatwia osiągnięcia stanu skupienia umysłu. Trudno o to, bo wciąż coś nas rozprasza. Niemniej, choć w powszechnym przekonaniu jestem pisarzem wydającym rzadko, to Talita jest moją dziesiątą, ważną książką.

Ale nie ostatnią?
Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Zbliżam się do okresu starości i choć nie czuję się mężczyzną bardzo leciwym, to kiedy po przespanej nocy otwieram powieki – cieszę się, że wciąż żyję.

W Talicie zajmuje pana to, co już było. Znamienne jest zwłaszcza zdanie, które pada w tytułowym opowiadaniu: „właściwie wszystko należało do przeszłości”.
Bohaterką tej opowieści jest Maryjka, kobieta dojrzała i samotna. W dniu pogrzebu swojej siostrzenicy Bernatki dokonuje życiowego rozrachunku, a ceremonia pożegnania dziewczynki odbywa się według starych zwyczajów wsi kaszubskiej.

Jako dziecko byłem świadkiem takiego obrzędu. Zapamiętałem starą, drewnianą „checz”, czyli kaszubski dom, odmawianie litanii i mnóstwo palących się świec. Dawniej ciało zmarłej osoby leżało w otwartej skrzyni i cała rodzina razem z mieszkańcami wioski schodzili się, by czuwać przy „zarku”, bo tak na trumnę mówili Kaszubi. To wszystko zrobiło na mnie piorunujące wrażenie, dlatego po bardzo wielu latach owo wspomnienie wróciło w postaci opowiadania.

Gorzko brzmią refleksje Maryjki o tym, że dawniej śmierć była przy rodzinie, a teraz jest w rękach firm pogrzebowych i szpitala.
Jakby nie należała do bliskich. Jednak trudno sobie wyobrazić na przykład kaszubski obrzęd „pustych nocy”, czyli rytuał śpiewania pieśni całą noc nad ciałem zmarłego, w szpitalnej sali. Ale opowiadanie Talita jest również pytaniem o to, co jest po drugiej stronie. W marzeniu sennym Maryjki bierze ona za rękę małą Bernatkę. Jej dłoń jest ciepła i rzeczywista, trumna zaś pusta. Jakby śmierć się w ogóle nie wydarzyła. To oczywiście było subiektywne przeżycie bohaterki, bo w rzeczywistości ciało siostrzenicy spoczęło w mogile. O tym jest to opowiadanie. Nie rozczulam się, że dawniej wszystko było wspaniale, a dziś beznadziejnie.

Nie wierzę, że bez sentymentu wspomina pan swoje dzieciństwo, w tym czas spędzany w Mościcach, u dziadków. Szczególnie że ich domowa biblioteka była pełna książek.
Jako kilkuletni chłopiec oglądałem je z lubością. Na półkach stały nie tylko te napisane po polsku, ale także angielskie, niemieckie czy francuskie. Przypatrywałem się im pilnie i potrafiłem odróżnić dziwne litery niemieckiej szwabachy od rosyjskich bukw. Jednak pewnego razu znalazłem całkiem inną książkę, zadrukowaną nieznaną mi czcionką, niepodobną ani do alfabetu gotyckiego, ani do cyrylicy. Poczułem się wówczas, jakbym odkrył obcą cywilizację.

Natychmiast pobiegł pan pytać, co to za książka?
Oczywiście, a babcia się wzruszyła. „O, mój Boże. Znalazłeś mój gimnazjalny egzemplarz Odysei Homera. Uczyłam się na nim greki” – powiedziała. Przeczytała mi pierwsze wersy po grecku i a vista je tłumaczyła. To było nadzwyczajne przeżycie, poczułem, że wkraczam do innego świata. Wkrótce potem mama i babcia wybrały się do miasta i kupiły mi dzieło Homera w uproszczonej wersji dla dzieci. Ta książka w tłumaczeniu Jana Parandowskiego była jedną z pierwszych przeczytanych przeze mnie lektur.

I zaczął się pan samodzielnie uczyć greki. A Marii Huelle poświęcił jeden z wierszy, w którym wspomina pan, że „godzinami opowiadała, jak piękne były ogrody”.
Tak, babcia rzeczywiście z zamiłowania była ogrodniczką. Dzięki niej wiem, co to pikowanie, pielenie i przesadzanie roślin. Zawsze opowiadała, że do 1939 roku, a więc do wybuchu II wojny światowej, jej ogród był ogromnym królestwem kwiatów. Kiedy przyszła wojenna bieda, to ziemię musiała przeznaczyć na uprawy pożyteczne: buraki, ziemniaki, cebulę, fasolę i kukurydzę. Ale nigdy nie mitologizowała, nie utyskiwała, że czasy przedwojenne były wspaniałe. Nie narzekała, że dawniej rodzina miała majątki i cenne obrazy. Uważała, że życie toczy się dalej i nie trzeba rozpamiętywać przeszłości, która przecież nie wróci.

Właśnie od niej nauczył się pan czułego stosunku do przyrody?
Doskonale pamiętam jej grządki poziomek, których owoce wyrastały z holenderskich sadzonek, sprowadzonych jeszcze przed wojną. Babcia uczyła mnie, jak delikatnie i pieczołowicie podlewać krzaczki w taki sposób, by obficie owocowały. Smak lekkiego jak chmurka kremu poziomkowego jest dla mnie tym samym, czym dla Marcela, bohatera W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, była magdalenka. Smak tego ciastka powieściowej cioci Leonii miał moc przywoływania fali wzruszeń.

Czy wzorem Marii Huelle ma pan dziś własny ogród, w którym szuka pan ucieczki od zgiełku tego świata?
Jest maleńki, przylegający do mojego gdańskiego mieszkania na parterze. Mam w nim oczko wodne i trochę nadwodnych roślin, które przyciągają ważki i motyle. Posadziłem je, aby owady miały dobre warunki do lądowania i zatrzymania się na chwilę. Wtedy, jeśli mam szczęście, udaje mi się je sfotografować. Dokarmiam też okoliczne koty, wsypuję im do talerzyków karmę. Czasem jeże wywracają kocie naczynia i podjadają to pożywienie. Zwierzęta są urocze, im też trzeba okazywać czułość.

Wtedy łatwiej nie pytać? Tak jak nieustannie robi to Ewa, bohaterka opowiadania Koncert z tomu Talita: „Po co to wszystko istnieje? (…) Rok w rok tak samo?”, „I co w ogóle ma sens?”. Ma pan jakąś odpowiedź na te egzystencjalne rozterki?
Gdybym znał odpowiedź, tobym nie pytał. Ewa próbuje swoje życie ułożyć niczym dzieło sztuki, ale nie do końca jej się to udaje. Stawia natomiast pytania, jakie stawiają sobie codziennie inni ludzie. Bo im bardziej jesteśmy dojrzali, tym bardziej się zastanawiamy: „Po co to wszystko?”. Doczesne uciechy, majątek, wiedza – wszystko to może z czasem przyrastać. Ale nie daje odpowiedzi na temat celowości naszego życia. Prawda jest bolesna: ów cel sami musimy sobie wyznaczyć i się go trzymać. Wtedy możemy funkcjonować.

Chyba że jako ludzkość zostaniemy zdziesiątkowani przez trwającą epidemię COVID-19.
Pandemia niczego nas niestety nie nauczy. Może jakoś zmienią się procedury medyczne czy zasady postępowania wobec nowych wirusów. A my nadal, tak jakby nic się nie stało, będziemy podróżować nad ziemią tysiącami samolotów i wylewać na nią niesamowitą ilość toksyn.

Przeczytaj również: Wywiad Edyty Brzozowskiej z artystą Andrzejem Pągowskim

Przejmuje się pan zmianami klimatycznymi?
Co roku jeżdżę nad to samo kaszubskie jezioro i od lat widzę, jak wysycha. Linia brzegowa w związku z tym cały czas się zmienia, wody z roku na rok ubywa. Pytanie, co z tym zrobić, bo chyba jesteśmy wobec katastrofy ekologicznej całkiem bezradni. Musiałaby nastąpić jakaś olbrzymia, wspólna chęć działania. Światem jednak rządzą korporacyjne i biznesowe egoizmy, więc nie sądzę, żeby jakieś porozumienie w tej sprawie się udało.

Ubywa wody w jeziorach, wysychają morza. A przeciętny Polak zna i używa nie więcej niż zaledwie kilkunastu tysięcy słów. Jako mistrz języka polskiego ubolewa pan nad tym?
To oczywiście skutek dokonującej się, a może już dokonanej, rewolucji cyfrowej. Nie oceniam jednak tej zmiany. Gutenberg też zmienił świat, kiedy w XV wieku wynalazł druk i doprowadził do tego, że książka z dobra luksusowego, dostępnego jedynie w zakonnych skryptoriach czy na książęcych dworach, stała się czymś powszechnym. Współczesne przemiany są na miarę Gutenberga, a jakie będą tego efekty? Nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Niemniej to smutne, że czytelnictwo klasycznej drukowanej książki spada.

Niektórzy wręcz wieszczą koniec ery Gutenberga i w niedalekiej przyszłości przewidują całkowitą śmierć książki drukowanej.
Niemiecko-kaszubski pisarz Günter Grass, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, zawsze powtarzał, że wierzy w powieść. Bo choć co jakiś czas ogłaszana jest jej śmierć i niesie się za nią trumnę, to nagle pojawia się jakiś Gabriel García Márquez lub inny pisarz tej klasy. I podobnie jak Grass wierzył w powieść, tak ja wierzę w książkę drukowaną.

Uwielbiam wchodzić do księgarni, brać do ręki różne wydania, oglądam ich okładki, badam strukturę papieru. Urzeka mnie zapach świeżo wydrukowanych stron, bo ja książki również wącham. Każda z nich ma inny zapach, są przecież rozmaite farby drukarskie, różne ingrediencje. Poznaję książki wszystkimi zmysłami, choć kupuję rzadko. Nie mam już dla nich miejsca, moje mieszkanie nie jest z gumy.

Z Günterem Grassem łączy pana nie tylko Gdańsk jako miasto urodzenia. Twórczość autora Blaszanego bębenka niejednokrotnie była pańską inspiracją.
Obaj też spędziliśmy dzieciństwo w gdańskiej dzielnicy Wrzeszcz. Grassowi złożyłem ukłon za powieść Katz und Maus, przeczytałem ją jako młody licealista w latach 60. ubiegłego wieku. Mój Weiser Dawidek wprost nawiązuje do Joachima Mahlke z Kota i myszy. Ta symetria jest zamierzona, bo obaj bohaterowie są obcy w środowisku kolegów, dziwni, tajemniczy, z innej historii. I obaj znikają w dziwnych okolicznościach. Historia Joachima kończy się w Danzig w roku 1945, a ja ją niejako kontynuuję, tyle że 10 lat później i w innych realiach. Ale opowieść o Weiserze Dawidku jest świadomym dialogiem z Grassem i on doskonale to rozumiał. Podobnie jak ja uważał bowiem, że książki mogą ze sobą rozmawiać, toczyć ciekawy dialog ponad wszelkimi podziałami.

Taki dialog prowadzi pański Castorp z Czarodziejską górą Thomasa Manna, zresztą również noblisty.
Moja powieść jest jakby prequelem Czarodziejskiej góry Thomasa Manna. U Manna zelektryzowało mnie zdanie dotyczące głównego bohatera Hansa Castorpa, który „miał za sobą cztery półrocza studiów na politechnice gdańskiej”. Z tymi słowami chodziłem wiele lat po Gdańsku, Wrzeszczu, Oliwie, Sopocie. Zastanawiałem się, co 23-letni Castorp mógł wówczas w mieście nad Motławą robić? Dokąd chodził z kolegami na piwo? Jakich miał wykładowców? Gdzie spędzał czas po zajęciach z budowy okrętów? Czułem, że muszę tę historię uzupełnić.

Nie bez znaczenia był pewnie fakt, że tę samą politechnikę ukończył po wojnie pański ojciec.
I tam pracował. Kiedy mama nie mogła się mną zajmować, tata zabierał mnie ze sobą. Poznałem wielkie sale wykładowe, niestarte z tablic matematyczne wykresy, wielkie hale maszyn. To wszystko było fascynujące, odcisnęło piętno. A historia Castorpa to także opis rozwoju wewnętrznego, przemian duchowych na przestrzeni lat. Mnie zawsze fascynowała kwestia czasu.

Skoro czas jest w pana twórczości kluczową kwestią, to myśli pan o powieści futurystycznej?
Choć wizje przyszłości niespecjalnie mnie nęcą, to przyznam, że napisałem takie opowiadanie. Muszę je jeszcze przepracować, mogę zdradzić jedynie, że opisałem w nim, jak może wyglądać nasze społeczeństwo po 30 latach niezmiennych rządów tej samej partii.

Jak?
Oczywiście, ludzie będą się dalej kochali, zakładali rodziny, budowali domy. Ale coś się zmieni. Co? Nie zdradzę. Jedno jest pewne: jesteśmy świadkami i uczestnikami rządów sprawowanych przez cynicznych populistów.

Kilka dni temu Mario Vargass Llosa w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” wyraził nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy populiści przegrają na swoich kłamstwach.
Chciałbym wierzyć jednemu z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, nobliście. Zwłaszcza że w swoich znakomitych powieściach opisywał dyktatorów, ich przecherstwa, morderstwa i niegodziwości.

Czas płynie, więc na koniec zapytam: co oprócz pisania, sprawia panu największą przyjemność?
Mógłbym całe życie leżeć na łące i patrzeć na przepływające obłoki, to jest przepiękne zajęcie. Bo nad naszymi głowami rozgrywa się malarski, wręcz filmowy spektakl. Chmury przepływają i bez przerwy, w sposób zupełnie nieoczekiwany, zmieniają kształty. I nigdy, mimo pozornych podobieństw, nie są identyczne. Tak samo jak wczoraj nie jest takie samo jak dzisiaj i nie będzie podobne do jutra.


Paweł Huelle

Pisarz, scenarzysta i dramaturg. Autor m.in. bestsellerowej powieści „Weiser Dawidek”, „Śpiewaj ogrody”, „Castorp”. Jego utwory tłumaczone były na ponad dwadzieścia języków. Mieszka w Gdańsku.

reklama
reklama
może Ci się spodobać

Magiczny stoicyzm

Derren Brown, jeden z najbardziej znanych mentalistów na świecie, przekonuje w swoim poradniku filozoficznym „Happy”, że szczęście to wyłącznie sztuczka umysłu,…

Sztuka zaangażowana

Pomysłodawcy Art Moves Festival chcą prezentować szerokiej publiczności sztukę poruszającą problemy współczesnego świata. Wykorzystują do tego billboardy, citylighty i ekrany LED.