Opowiadaczka Beata Frankowska
Opowiadaczka Beata Frankowska

Opowiadacz/opowiadaczka – ci, którzy dają głos tym, którym go odebrano

5 udostępnień
5
0
0

Z jednej strony mówi się, że opowiadanie jest najbardziej demokratyczną sztuką na świecie, ponieważ wszyscy opowiadamy historie i to jest wspaniałe. Ale żeby robić to zawodowo, trzeba mieć pewne predyspozycje i cechy charakteru. Bynajmniej nie chodzi tu o zdolności aktorskie, gadulstwo czy tupet – twierdzi Beata Frankowska, zawodowa opowiadaczka historii.


Agnieszka Meyer: Opowiadaczka to zawód, hobby, pomysł na życie?
Beata Frankowska:
Dla mnie jest zdecydowanie zawodem. Zajmuję się tą profesją od dwudziestu lat. I przez pierwszych dziesięć łączyłam to z innymi ścieżkami zawodowymi: z dziennikarstwem, z pracą w wydawnictwach. W pewnym momencie postanowiłam jednak postawić na jednego konia. Z wszystkimi tego konsekwencjami, z utratą bezpieczeństwa, niepewnością finansową. Ale w pracy opowiadaczki wykorzystuję moje wcześniejsze zajęcia, zawody. To, że jestem redaktorką, bardzo mi pomaga w opowiadaniu historii i w innych związanych z tą pracą zajęciach. Potrafię zredagować teksty i wykonać ich korektę, więc kiedy mamy festiwal sztuki opowiadania, to ja przygotowuję np. folder festiwalowy; pomogłam również w wydaniu naszego najnowszego dziecka, pierwszego rocznika sztuki opowiadania, który gromadzi teksty wielu opowiadaczy z Polski.

Jak ludzie reagują, gdy mówisz, że jesteś opowiadaczką?
Reagują coraz lepiej, choć opowiadaczka brzmi wciąż trochę jak kaczka-dziwaczka, bardziej dumnie jest powiedzieć storyteller (śmiech). Przez wiele lat prowadziłam firmę i miałam pieczątkę zawodową z tytułem opowiadacz, a zarejestrowana działalność mieściła się w kategorii „inne”.

Skąd w ogóle taki pomysł na fach?
Pod koniec studiów, czyli w drugiej połowie lat 90., założyliśmy z grupą studentów polonistyki (i innych wydziałów, jak orientalistyka czy AWF), ze skłonnością do animacji kultury, Stowarzyszenie „Grupa Studnia O.”. Wszyscy byliśmy indywidualistami, chcieliśmy pracować z literaturą, ale jednocześnie nie chcieliśmy robić kolejnego teatru, nawet awangardowego, szukaliśmy swojej formuły. Niemniej odbywaliśmy staże m.in. w Ośrodku Praktyk Teatralnych Gardzienice. Osobą, która przyniosła zjawisko sztuki opowiadania do naszej grupy, była Angela Ottone, włoska aktorka związana z Gardzienicami właśnie. Zaczęliśmy zgłębiać to zjawisko. Pierwszym opowiadaczem, który tak siebie nazywał i z którym się zetknęliśmy, był reaktywator sztuki opowiadania we Francji Bruno de La Salle, założyciel Centrum Kultury Oralnej w Vendome, zajmującego się sztuką żywego słowa. Jedna z nas – Magda Lena Górska – pojechała do tego centrum na staż. Wróciła zachwycona, z zamiarem zostania opowiadaczką. We Francji ruch związany z opowiadaniem historii rozpoczął się dużo wcześniej; to były lata 60., czas kontrkultury, odkrywania na nowo źródeł tradycji ludowych, kontestacji wobec kultury masowej. Wśród nich byli i aktorzy, którzy rezygnowali z repertuaru teatralnego na rzecz  sztuki opartej na bezpośrednim kontakcie z widzem, wędrując od wsi do wsi, trochę jak nasze Gardzienice. Wykorzystywali przy tym jeszcze istniejące przekazy żyjących, szczególnie na południu, starszych osób, ale też sięgali po „Odyseję”, „Opowieści Okrągłego Stołu”. Jednocześnie był to ruch skierowany na wyodrębnienie tej grupy artystów żywego słowa, wywodzących się pierwotnie z różnych środowisk zawodowych: aktorów, pisarzy, animatorów kultury, nauczycieli, bibliotekarzy, przewodników miejskich. Doprowadzili do tego, że obecnie opowiadacze we Francji funkcjonują jako grupa zawodowa, dostają miesięczne uposażenia, mają swoje związki zawodowe. Patrzymy na to z pewną melancholią i przeświadczeniem, że taka sytuacja nie będzie udziałem naszego pokolenia. Może następnych, kto wie. Na szczęście i w Polsce sytuacja się zmienia. Nazwa „opowiadacz” nie budzi już takiego zdumienia jak kiedyś. Nawet w prasie przestano nas określać terminami gawędziarz, bajarka.

A to różnica?
Owszem, źródła współczesnych opowiadaczy nie są wiejskie, tylko mocno wyrastają z kultury miasta, z kultury pisma, z bibliotek. Oczywiście fascynuje nas tradycja oralna. Agnieszka Kaim bada tę tradycję w Turcji, w krajach arabskich. Postać tureckiego meddaha, opowiadacza miejskiego, jest kimś, kto może nam dziś kojarzyć się ze stand-uperem, lub aktorem monodramu. Mieliśmy okazję gościć na festiwalu ostatniego prawdziwego meddaha, który potrafił wspaniale opowiadać o Stambule, z którym był związany. W jednej chwili stawał się babcią klozetową, a za chwilę statkiem przepływającym przez Bosfor lub komentatorem politycznym. Mówi się o meddahu, że to gadająca gazeta. U nas tę funkcję pełnili kiedyś dziadowie-lirnicy, a dziś kontynuują tę tradycję tacy muzycy-opowiadacze, jak Remigiusz Hanaj czy Jacek Hałas.

Mnie zdziwiło, że opowiadanie odrodziło się na terenie Stanów Zjednoczonych. Nie jest to przecież kraj, który ma tradycje w tej dziedzinie.
Z mojego rozeznania, możemy mówić co najmniej o kilku źródłach powrotu do sztuki opowiadania w Stanach. Jedno z nich to ruch związany z kontrkulturą, ale też odkrycie na nowo opowieści rdzennych Amerykanów. Dan Jashinsky z Kanady, bardzo ważna postać dla światowego ruchu opowiadaczy (jego żydowscy dziadkowie pochodzili z Polski), tworzy takie projekty, do których zaprasza tradycyjnych opowiadaczy o indiańskich korzeniach. Drugi nurt związany jest ze stand-upem, czyli formą opartą na improwizacji i bezpośredniej interakcji z widzami, dotykającą tematyki współczesnej, często politycznej.

Czytaj także: Warsztaty dla dobrego złodzieja, czyli o mocy bajania

Ale stand-up i opowiadanie to chyba nie to samo?
Cały ruch improwizatorów, stand-uperów to jest nieco inna grupa ludzi i preferencji niż opowiadacze. Jeśli chodzi o moje doświadczenia, to ja akurat nie mam takich umiejętności, żeby stanąć przed dowolną publiką i na gorąco wymyślać opowieść. Ja nad opowieścią muszę długo pracować, najlepiej w ukryciu w „jaskini”, żeby z nią potem wyjść na światło dzienne.

Wrócę jeszcze na chwilę do opowiadaczy w USA. Słyszałam, że tam są ich tysiące. Udzielają się w bibliotekach, szkołach, muzeach, więzieniach…
Powiem może o dwóch rzeczach, które niewątpliwie wywodzą się z tradycji indiańskiej, a które chętnie są wykorzystywane przez opowiadaczy na całym świecie, w tym w Polsce. Pierwsza to formuła kręgu – jako naturalna sytuacja spotkań opowiadaczy i słuchaczy, zarówno o charakterze warsztatowym, jak i widowiskowym. Kolejna rzecz to tzw. talking stick, czyli gadający kijek, który inicjuje warsztaty opowiadania. Używam tej formy komunikacji często, zwłaszcza kiedy prowadzę warsztaty z dziećmi, ale również z dorosłymi. To może być kijek, do którego uczestnicy wydarzenia przywiązują jakiś swój emblemat. Kijek wędruje z rąk do rąk i ten, kto trzyma go w ręku, jest przy głosie. Lubię obserwować, jak taka prosta rzecz potrafi działać. Dzieci, szczególnie nieśmiałe, które w innym wypadku nie otworzyłyby same ust, zostałyby zagadane przez odważniejszych, dzięki strukturze kręgu i gadającemu kijkowi mają swój moment na zabranie głosu i wszyscy pozostali muszą to wytrzymać, poczekać. Bardzo lubię takie tworzenie wspólnej historii. Często powtarzamy to po wielokroć i w naturalny sposób historia „wchodzi” we wszystkich uczestników, staje się wspólna.

Takie narzędzie w naszych przedszkolach czy szkołach bardzo by się przydało, bo wydaje mi się, że mamy w Polsce silną tendencję do niesłuchania siebie nawzajem, przerywania…
O właśnie, przerwę ci. Jest takie powiedzenie, ważne dla opowiadaczy: „First listen than talk”, czyli „najpierw naucz się słuchać, a potem mów”. Dotyczy to słuchających, jak i tych, którzy chcą zajmować się opowiadaniem. To trudna sztuka. Pamiętam z początków festiwalu opowiadania, jak uwaga uciekała mi, zapatrywałam się na gest i już traciłam kontakt z historią. To podążanie za historią, która dzieje się wewnątrz, odwołuje się do sztuki wyobraźni, nie korzysta ze scenografii, z wizualizacji, nie jest czymś ani prostym, ani oczywistym. Wymaga po stronie odbiorcy wysiłku współtworzenia. Tu mam anegdotę, przywołaną przez Dana Jashinsky’ego. Kiedy kończył studia filologiczne, odkrył ruch tradycyjnych opowiadaczy. Bardzo chciał się uczyć sztuki opowiadania i odnalazł taką tradycyjną opowiadaczkę o indiańskich korzeniach. Kiedy jednak poprosił, żeby została jego nauczycielką, najpierw zadała mu pytanie: „Jesteś aktorem?”. „Nie – odpowiedział. – Studiuję literaturę”. „Uff – odetchnęła. – To dobrze, bo aktorzy są zawsze PRZED historią”.

Dobry aktor nie może być dobrym opowiadaczem?
Oczywiście, że może. Dobry warsztat, warsztat aktorski, świadomość ciała, głosu są niezwykle ważne. Ale dobrze, by miał świadomość, że to historia jest najważniejsza, a nie on. To ona powinna być na pierwszym planie, tak w każdym razie uważają opowiadacze. W teatrze znajdziemy wspaniałe przykłady wykorzystywania narracji. Dla mnie takim najpiękniejszym przykładem jest „Msza za miasto Arras” w wykonaniu Janusza Gajosa. Rola opowiadacza, świadka opowiadanej historii, jest przez niego wykonana genialnie. To jest mój horyzont, do którego mogę zmierzać całe życie. Gajos używa bardzo oszczędnych środków. Ja, z tendencją do pewnej nadmiarowości, czuję głęboki podziw dla tych, którzy potrafią po prostu opowiadać historię i czynić z tego sztukę, wywołać poruszenie, uwagę, skupienie na przekazywanej opowieści a nie, że ja teraz pokażę, jaka jestem świetna, jakie mam warunki, że potrafię tak i tak…

Niemniej to aktorskie emploi czasem i opowiadaczowi może się przydać?
Jasne, jak w każdej sztuce tu także ważne są ludyczność, zabawa, umiejętność rozśmieszania. Tego nigdy dość, szczególnie istotne staje się to w trakcie spotkań z dziećmi. Kiedy jednak opowiadamy mocną, dużą historię, najlepiej używać oszczędnych środków wyrazu.

Czy każdy może być opowiadaczem, czy jednak trzeba mieć jakieś szczególne predyspozycje?
Z jednej strony mówi się – i ja się z tym zgadzam – że opowiadanie jest najbardziej demokratyczną sztuką na świecie, ponieważ wszyscy opowiadamy historie i to jest wspaniałe. Wszyscy mamy do tego dostęp, jesteśmy istotami narracyjnymi. Z drugiej strony mam poczucie, że my, jako opowiadacze z Grupy Studnia O. przetrwaliśmy tylko z racji naszej ogromnej determinacji. Znam wiele osób, które próbowały sztuki opowiadania, doświadczyły różnego rodzaju niepowodzeń i w końcu zrezygnowały, wycofały się, a my jednak nie. Myślę więc, że wytrwałość, niepoddawanie się, to bardzo ważna cecha, by przetrwać w tej profesji. Zwłaszcza w Polsce, gdzie nie ma przyjaznego gruntu, poczucia bezpieczeństwa w tym względzie. Trzeba też mieć świadomość tego, że jako opowiadacz raczej nigdy nie będzie się sławnym w sensie celebryckim. I znowu przypomina mi się anegdota Jashinsky’ego, jak to kiedyś w małym miasteczku w Kanadzie przyjechał do jakiejś biblioteki, żeby tam opowiadać. Podeszła wtedy do niego mała dziewczynka i powiedziała: „Widziałam taki plakat, na którym była mowa o panu. Napisano tam, że jest pan słynnym na cały świat opowiadaczem. Ale jak to możliwe, skoro ja pana nie znam?”.

Więc trzeba zrezygnować z marzenia, że będzie się rozpoznawalnym niczym aktor?
Tak. Nie będzie apanaży, (częstych) zdjęć w gazetach, miejsca w mainstreamie. Nawet tam, gdzie sztuka opowiadania jest ugruntowana, zawsze pozostanie niszową praktyką artystyczno-edukacyjno-animacyjną. Mnie akurat to odpowiada. Nigdy nie miałam potrzeby bycia osobą publiczną, na świeczniku. Przez lata musiałam przekraczać swoją ogromną nieśmiałość, żeby w ogóle zabrać głos w obecności innych ludzi. W moim akurat przypadku opowiadanie historii spełniło więc funkcję terapeutyczną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać
architektura po pandemi

Architektura po pandemii – nowe trendy

Pandemia koronawirusa zmieni architekturę i projektowanie wnętrz: w mieszkaniach i domach będzie więcej przestrzeni, aby domownicy mogli się…