© Maciej Dudzik

Od trzonka do korzonka do ogonka, czyli jak gotować i nie marnować

3 udostępnień
3
0
0
Rzuciła pracę dziennikarki newsowej, by opowiadać dzieciom, dyrektorom korporacji i paniom z kół gospodyń wiejskich, jak nie marnować jedzenia, gotować z resztek i segregować śmieci.

Edyta Brzozowska: Kiedyś realizowałaś newsy dla telewizji TVN24, ale postanowiłaś zmienić swoje życie. Zajęłaś się ideą zero waste, niemarnowaniem jedzenia, piszesz o tym książki. Skąd taka przemiana?
Sylwia Majcher: Kiedyś pojechałam do sortowni śmieci, aby zebrać materiał do newsa. Zobaczyłam tam mnóstwo wyrzuconego przez ludzi jedzenia. Czułam się, jakbym stała w kolejce do sklepowej kasy, bo na taśmie jechały pieczywo, owoce, jarzyny, wędliny, mięso, nabiał. Niektóre w ogóle nieodpakowane. Byłam zdruzgotana i chciało mi się płakać, bo uświadomiłam sobie, ile jedzenia Polacy wyrzucają do śmietnika.

Zainspirowało cię to do napisania książki pt. „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku”.
I uznałam to za zielone światło do życiowej zmiany. Skończyłam studia na Wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji w warszawskiej SGGW, sporo kursów kulinarnych. Poczułam, że to moja nowa droga i postawiłam wszystko na jedną kartę.

Odniosłaś sukces wydawniczy. Polakom spodobały się twoje przepisy na to, jak z resztek ugotować pyszne potrawy.
W tej debiutanckiej książce starałam się odczarować resztki i udowodnić, że z produktów, które trafiają do śmietnika, można serwować wyrafinowane dania. I robić racjonalne, zaplanowane zakupy. Wszystko po to, żeby niepotrzebnie nie gromadzić zapasów i postępować zgodnie z zasadą wybitnych szefów kuchni: „Z warzyw i mięsa wyciśnij, ile się da. Od trzonka do korzonka do ogonka, od nosa do ogona”.

Nie żal ci było odchodzić z telewizji?
Nadal jestem dziennikarką. Regularnie opowiadam o kwestiach związanych z niemarnowaniem jedzenia, ochroną środowiska i o racjonalnym wykorzystywaniu zasobów planety w gazetach, radiu i telewizji, między innymi w „Dzień Dobry TVN”, „Pytaniu na Śniadanie”, Radiu Zet, Onet Rano, piszę reportaże, nagrywam materiały.

Kiedy pracowałam w telewizji, też zajmowałam się kwestiami społecznymi i ekologią, ale miałam poczucie, że dziennikarskie newsy znikają w medialnej przestrzeni zbyt szybko.

Poza tym w międzyczasie zostałam mamą, urodziłam Nadię i Pawła. Opieka nad nimi  pochłonęła mnie do tego stopnia, że zupełnie odcięłam się od oglądania serwisów informacyjnych. Kiedy po tym czasie wróciłam do pracy z kamerą, miałam wrażenie, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej, a ja żyję jak bohater filmu „Dzień świstaka”, który codziennie budzi się w tej samej rzeczywistości.

W swoich książkach krytykujesz marnowanie jedzenia, ale w tej pt. „Wykorzystuję, nie marnuję. 52 wyzwania zero waste” poszłaś o krok dalej. Podpowiadasz, co możemy zrobić dla klimatu i planety.
A przy okazji żyć dużo taniej. Przeprowadziłam kiedyś wywiad z Beą Johnson, propagatorką idei zero waste, którą nazywa się często „kapłanką życia bez śmieci”. Uświadomiła mi, że kiedy kupuję różne jednorazowe rzeczy, automatycznie wyrzucam pieniądze do śmietnika. Było to dla mnie odkrycie. Od tej pory ograniczyłam używanie jednorazowych gadżetów: folii aluminiowej, płatków kosmetycznych, słomek czy plastikowych sztućców. Okazało się, że wyeliminowanie ich z codziennego życia wcale nie jest trudne. Bez problemu da się bez jednorazówek funkcjonować.

Nie lubisz plastiku.
Dziwisz się? W oceanach pływa dziś 51 bilionów kawałków plastiku. W ciągu roku świat produkuje go więcej, niż ważą wszyscy ludzie na Ziemi. Myśl o tym, że użyta przeze mnie reklamówka przeżyje moje dzieci, wnuki i prawnuki, jest przerażająca. Między innymi o tym opowiadam na warsztatach, które prowadzę. Bo moim nowym zawodem stała się edukacja.

Kogo edukujesz?
Ciekawe jest to, że o niemarnowaniu jedzenia, gotowaniu z resztek, segregowaniu śmieci chcą słuchać i dzieci, i dyrektorzy w dużych korporacjach, i panie z kół gospodyń wiejskich. To, że do każdej z tych grup umiem mówić, zawdzięczam właśnie doświadczeniom telewizyjnym. Bo to medium jest szalenie wymagające. Uczy samodyscypliny, przebojowości, dobrego kontaktu z różnymi ludźmi. To telewizyjne doświadczenie bardzo mi się teraz przydaje.

Czego nowego chcą się uczyć panie z kół gospodyń?
Zawsze mówię, że spotkania z nimi to dla mnie nietypowa sytuacja, bo to ja powinnam się od nich uczyć. One o niemarnowaniu wiedzą wszystko, mają na to rozmaite patenty. Są przecież odpowiedzialne za prowadzenie domu i wcale się tego nie wstydzą. Przeciwnie, z dumą to podkreślają. Nie namawiam ich do rewolucji kulinarnej, do wprowadzenia we własnej kuchni jarmużu czy karczochów. Pokazuję natomiast, jak tradycyjne produkty można wykorzystać i podać inaczej.

Na przykład?
Robimy na warsztatach zdrowe gofry dla wnuka: z pulpy marchewkowej i domowego mleka kokosowego – takiego, które same wycisną. Są zachwycone i cieszą się, że będą mogły nowym przepisem popisać się przed córką czy synową. Te warsztaty bardzo sobie cenię, często też dostaję informacje zwrotne, że dzięki naszym spotkaniom ludzie zmieniają zwyczaje kulinarne na zdrowsze. A co za tym idzie, ich życie staje się lepsze.

Od czego zaczynają nowe?
Na przykład od ograniczenia ilości zjadanego mięsa. O tym jest moja nowa książka, która ukaże się jesienią. Opowiada o tzw. fleksitarianizmie, czyli elastycznym podejściu do diety bezmięsnej. Oznacza, że nie trzeba całkowicie eliminować produktów odzwierzęcych, aby lżej i zdrowiej żyć. Sama sięgam po mięso sporadycznie, ograniczam je świadomie i nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam szynkę, kotlet czy stek.

Z badań wynika, że co drugi Polak zamierza zrezygnować z jedzenia mięsa.
Niestety, nie widać tego w naszych zakupach. Mało tego, okazuje się, że z roku na rok kupujemy mięso coraz chętniej. W 2018 roku statystyczny Polak zjadł 76,9 kilograma mięsa, to niemal o 7 kilogramów więcej niż rok wcześniej. Wytyczne Światowej Organizacji Zdrowia podają, że powinniśmy jeść maksymalnie pół kilograma mięsa tygodniowo. Tymczasem spożywamy go nawet trzy razy więcej. Ten nadmiar ma nie tylko zgubny wpływ na nasze zdrowie, ale i kondycję planety. Przemysł mięsny jest uznawany za jeden z najbardziej zanieczyszczających środowisko. Odpowiada za emisję ponad 14% gazów cieplarnianych.

Produkcja jednego hamburgera pochłania 2500 litrów wody.
To tyle, ile zużywamy do kąpieli pod prysznicem przez dwa miesiące. W restauracjach też trudno zauważyć ten trend, wystarczy przeanalizować karty dań w którejkolwiek z nich: menu wegetariańskie czy wegańskie nadal jest bardzo ubogie, liczy zazwyczaj jedną, dwie pozycje.


Zaskakują mnie twoje spostrzeżenia, bo wystarczy przejść się ulicami Warszawy, na których niemal co druga knajpka oferuje dania bez mięsa.
W Warszawie alternatywna dla mięsnej kuchnia szybko się rozwija. I bardzo dobrze, że działa sporo lokali oferujących roślinne dania. To nawet zostało zauważone, renomowany serwis Happy Cow uznał polską stolicę za jedną z 10 najlepszych na świecie, jeśli chodzi o liczbę lokali wegetariańskich i wegańskich. Doceniono atrakcyjne menu i dostępność kuchni roślinnej. Jest jednak jeszcze sporo do zrobienia, bo jeśli odwiedzisz lokale należące do znanych sieci, to tam 90 procent kanapek ma w składzie mięso – grillowane plastry indyka, włoską szynkę, pasztet.

Oferta wegetariańska jest znacznie uboższa.
Najczęściej możesz wybrać tylko między jogurtem a szakszuką. Sprawdzałam też menu restauracji działających w biurowcach, w których siedziby mają znane korporacje. Codziennie pojawiały się co najmniej cztery dania mięsne i tylko jedno, dwa bez niego. W ciągu pięciu dni dwa razy były to naleśniki czy słodkie placki. Mało atrakcyjny wybór.

Tymczasem jest wiele firm produkujących roślinne burgery, bezmięsne klopsy i kiełbaski, gyros à la kurczak i kotlety mielone à la wołowe. Ten rynek świetnie się rozwija. Brytyjczycy prognozują, że w najbliższych latach co czwarty produkt, który trafi na sklepową półkę, będzie roślinny.

Wróćmy jeszcze do twoich warsztatów. Co na nich robią biznesmeni?
Ich interesuje przede wszystkim ekologia, szczególnie od czasu, kiedy segregowanie śmieci jest w Polsce obowiązkowe i wzrosły stawki za ich wywóz. To trudny temat, bo często nie wiemy, jak rozróżniać odpadki. Podział na pięć frakcji wywołuje spore dylematy. Nie wiemy, czy jeśli opakowanie składa się z różnych materiałów, to trzeba je rozdzielać. Nawet zwykły paragon sprawia problem, bo choć wygląda jak papier, to ze względu na to, czym jest pokryty, nie nadaje się do przerobienia i musi trafić do kosza na śmieci zmieszane.

Czas pandemii koronawirusa czegoś nas w kontekście ekologii nauczył?
Oczywiście. Wiele osób zorientowało się, że sporo produktów można zrobić w domu, z rzeczy, które mamy pod ręką. Wcale nie trzeba ich kupować i wydawać pieniędzy na płyny do dezynfekcji rąk, proszek do prania czy pastę do zębów. To nam też pokazuje, jak może wyglądać rzeczywistość po koronawirusie, ile rzeczy kupujemy niepotrzebnie.

Twoje dzieci segregują śmieci?
Śmieci segregują odruchowo. Czasem tylko pytają, co gdzie mają wrzucić, bo mamy cztery kosze na odpadki. Są też nauczone, że rzeczy nie wyrzuca się pochopnie, gdyż oddając komuś na przykład hulajnogę, z której się wyrosło, daje się jej drugie życie. Dzieci wiedzą do kogo trafiają ubrania, z których wyrosły i to sprawia, że oddają je chętniej. Same zresztą też dostają rzeczy od innych, nie mają z tym problemu.

Wychowujesz je na świadomych konsumentów?
Podczas zakupów bywa, że pozwalam im coś wybrać, ale czytają etykiety. Kiedy nie są pewne, czy skład jakiegoś batonika jest odpowiedni, potrafią przez cały sklep wykrzyczeć pytanie: „Mamo, czy to jest syf?”. Nie zabraniam im jeść kupnych słodyczy, bo gdybym była w tym zbyt rygorystyczna, mogłoby się to obrócić przeciwko mnie. Wiedzą, jak smakują kanapki z fast fooda, ale wyprawa do znanej sieci restauracji nie stanowi dla nich żadnej atrakcji. We wszystkim trzeba zachować umiar i zdrowy rozsądek.

może Ci się spodobać