starość
© Mathias P.R. Reding/Pexels

O doświadczeniu starości

81 udostępnień
81
0
0

Prawdopodobnie jestem stara. Pierwszy raz pomyślałam o tym kilkanaście lat temu. Dziś jednak muszę przełknąć tę żabę.

W 1993 roku wyszła książka Susanny Kubelki Nareszcie po czterdziestce. Miałam wówczas czterdzieści lat i lektura wydała mi się obiecująca. Podnosiła na duchu, bo pokazywała, że mimo przekroczenia granicznej czterdziestki, lub nawet Abrahamowej pięćdziesiątki, wciąż jest nadzieja na jakąś przyszłość, być może lepszą i mądrzejszą.

Dziś doświadczam zjawiska starości i w ramach badań nad jego istotą zrodziło się kilka refleksji. Swoją drogą refleksja jest chyba nieodłącznym elementem starości.

Spotkałam się z pięknym stwierdzeniem, że na starość trzeba sobie zasłużyć, mało tego – należy jej dożyć, by na jej temat się wypowiadać. Jako że dożyłam, pozwalam sobie na pewne przemyślenia.

Dawno, dawno temu

W zamierzchłej przeszłości kwestia wieku mocno dojrzałego wydawała się być zacniejsza. Żyli sobie staruszek i staruszka, otoczeni szacunkiem i rodziną jak ciepłą pierzynką (wielu staruszków takiej pierzynki potrzebuje ze względu na krążenie). Żyli w miarę spokojnie, jak można by sądzić, starając się patrzeć niezbyt wyraźnie (tak by nie widzieć często schorowanego i bolesnego aspektu starzenia się). W każdym razie nie otaczano ich nimbem wiecznej młodości atakującej z ekranów, okładek i billboardów. Przed erą telewizji nie kłamano pokazując działanie kremu 60+ na twarzy dwudziestolatki ani proszku do protez w dłoni ryczącej czterdziestki. Podejrzewam, że ludzie w wieku dojrzałym godzili się sami ze sobą i upływającym czasem łatwiej. Wiedzieli, że umrą i niektóre osoby, osiągnąwszy pewien wiek, szykowały się na śmierć.

Epatowanie młodością w reklamach, filmach, mediach napawa mnie smutkiem. Taka apoteoza młodości, która trwa często krócej od starości i pokazywanie wiecznie młodego, pięknego świata, wydaje mi się arogancją.

Zastanawiam się, co na ten temat powiem za dwadzieścia lat. Już sama myśl, że mogłabym tego nie dożyć, wydaje się dziwaczna. Taka zaskakująca konstatacja obecności tu i teraz, ale z krótszą perspektywą. A perspektywa w miarę postępu lat staje się ważna.

Warto przeczytać: Życie zaczyna się po pięćdziesiątce. Fajne baby, nie rdzewiejmy!

Stara/nowa perspektywa

Młody człowiek nie myśli zbyt wiele o przyszłości, zazwyczaj nie dba o nią. Znacznie więcej uwagi poświęca jej człowiek stary. Najczęściej w smutnym kontekście, że pewnych rzeczy już nie kupuje, gdyż po prostu… nie opłaca się. Zmywarka wystarczy mu do końca życia, a pieniądze? Te musi zachować dla tych, którzy będą się nim opiekować, gdy zniedołężnieje. Potem, gdy umrze, wielu odetchnie z ulgą. Opieka nad schorowaną starszą, nierzadko doświadczającą demencji osobą, potrafi potwornie zmęczyć.

O staruszkach otoczonych szacunkiem wiemy z opowiadań, z książek, z przekazów takich czy innych, że byli, a może tylko bywali, mądrzy i godni podziwu. Podobno kiedyś starzy ludzie mieli wiedzę i mądrość, teraz jednak odbiera im się i jedno, i drugie. Nie da się ukryć, że rozwój cywilizacji i techniki galopuje, zostawiając ich w tyle. Mało kto z młodszych nadąża za rozwojem i ledwie daje radę śledzić ten wyścig. Nasza wiedza dziś jest wybiórcza, w chwili, gdy za nią chwytasz już przestarzała, jak więc być na bieżąco? Starość ma jednak tę zaletę, że wiedzę i doświadczenie może ująć w innej perspektywie, dzięki czemu powstaje… mądrość.

Mądrość, której nie zależy na reklamie, która nie krzyczy, ale… skupiona na niepewnej i coraz krótszej przyszłości może stać się cyniczna, egoistyczna i zdystansowana. Będzie próbowała poradzić sobie z odchodzeniem, z przejściem donikąd, w nieznane, czyli jakbyś wchodził przez drzwi, za którymi nic nie ma.

Starość rządzi się swoimi prawami. Bywa arogancka, przemądrzała, ale też zrezygnowana, schorowana i pogubiona. Nie mam zamiaru jej apoteozować ani dewaluować. Po prostu ją obserwuję. Gdy człowiek osiągnie pewien wiek, nagle ma z nią do czynienia częściej i w większym zakresie i to nie tylko w tym autopsyjnym. Rówieśnicy się wykruszają, rodzice umierają i konstatujesz, że i więcej (bowiem otaczają cię rówieśnicy), i mniej (bo umierają) jest tych starych, aż w pewnym momencie orientujesz się, że jesteś najstarszy w rodzinie, że teraz kolej na ciebie.

Zaskoczenie

Jednym z objawów starości jest zdziwienie. Jak większość rzeczy ważnych i doniosłych zaczyna się niewinnie. Stajesz przed lustrem. Jeszcze wydaje ci się, że można z tym coś zrobić, że to zwykłe zaniedbanie. Wierzysz, że wystarczy balsam, mocniejszy krem, albo kilka godzin na siłowni. Ciało nadal jest sprawne, ćwiczenia fizyczne przynoszą efekt oraz ładują cię endorfinami. Jednak podskórnie czujesz, że coś tu jest nie tak. Jakiś cień trudny do uchwycenia. Trudny, bo przecież duch egzystuje w młodości. Promieniejesz, gdy lekarz stwierdza, że twój wiek biologiczny jest o kilkanaście lat niższy niż metrykalny, nadal jeszcze możesz tkwić w przekonaniu, że starość cię nie dotyczy. Przekonanie to potężna siła. Przekonania kształtują nasz świat, naszą rzeczywistość i nie wszystkie są złe, o czym warto pamiętać. Hołubisz więc myśl: „Starość mnie nie dotyczy. Może mnie czeka, ale kiedyś tam, w odległej przyszłości” i tą wiarą żyjesz.

Warto przeczytać: Ewa Woydyłło: Rozwój to zmiana

Ale w końcu dopada cię biologia. Zauważasz, że w jakiejś dziedzinie robisz znowu o stopień mniej, odkrywasz, że ciało nie słucha cię tak jak dawniej.

– To zdrada! – wykrzykujesz zadziwiony.

Pojawiają się wyrzuty sumienia, skargi na los, na służbę zdrowia, oburzenie, gdy lekarz każe ci spojrzeć na PESEL. Buntujesz się, oskarżasz: „To moja wina, bo się nie smarowałam, nie ćwiczyłam wystarczająco, nie biegałem, nie zrobiłem siedmiu kilometrów dziennie, zapuściłem brzuch”. Co ciekawe starość nie segreguje według płci. Dopada tak jednych, jak i drugich, kobiety i mężczyzn. Celowo nie piszę o chorobach, bowiem te dotykają i młodych. Odnoszę się jedynie do starości, czasu refleksji i przemijania, bowiem tak, nagle uświadamiasz sobie, że… przemijasz.

Przemijanie

Świadomość mijającego czasu może wywołać depresję. Spotkałam się nawet z opinią, że starość sama w sobie jest depresją. W jej okiełznaniu pomagają pewne sztuczki. Kantarem często bywa powróz spleciony z odrobiny cynizmu i sporej dozy poczucia humoru. Podobno trafiają się postronki, uwite z życzliwości, dobroci przeplecionej empatią i cierpliwością, ale przecież nie jest to dysertacja o hagiografii. Mówię o normalnych ludziach, którzy doświadczają starości małej, grzesznej i codziennej. W której „tu i teraz” liczy się najbardziej, bowiem za nimi strasznie lub tęsknie, a przed nimi strasznie i krótko.

Czasem słońce zaświeci, niekiedy jest maj i zakwitną drzewa i ponownie wierzysz, że mit starości można obalić. Idziesz górą, patrząc na tych co w dolinie. Wokół siebie dostrzegasz albo niedojrzałe siusiumajtki, albo głupie matrony, których życie niczego nie nauczyło. Wpadasz jak w studnię w tę chwilę, gdy jesteś najlepszy, najmądrzejszy albo młoda i wystarczająco sprawna. Głowa niby mądrzejsza, ciało jeszcze nie ogłuchło i słucha poleceń jakiegoś wewnętrznego Ja. Idziesz górą, czasem tylko się dziwisz, że nikt się już za tobą na ulicy nie ogląda.

A potem lekarz przestaje wystawiać budujące opinie. Kiedy zwracasz mu uwagę, że tu i tam coś się sypie, nie szuka przyczyn, tylko kiwa głową i proponuje:

– Może jakieś witaminy?

W domu znów stajesz przed lustrem – z trzech metrów, bo wtedy grawitacja wydaje się nie działać tak złowieszczo. Niby jest nieźle, tylko co robi w tym lustrze ta starsza pani, z zaokrąglonymi plecami i obwisłym podbródkiem? Dziwisz się, gdy jej odbicie towarzyszy ci w sklepowej witrynie, nie rozpoznajesz tej osoby w twoim płaszczu i z twoją torebką.

– To ja? – znów się dziwisz.

Podobnie jak wtedy, gdy młodsza o dwadzieścia lat znajoma podsuwa ci powiększające lusterko i masz okazję zrobić makijaż bez okularów… Ups! Łapie cię lekkie porażenie.

Walczysz jak na wojnie, by miesiąc później zauważyć, że zmęczona jesteś. I po raz tysięczny zadajesz sobie pytanie: „Może to jakaś choroba?”. I nagle olśnienie. Siedemdziesiątka. Siedem dych człapie i już jest za progiem.

Niestrawna żaba

Pewna starsza pani niezmiernie elegancka, żywotna i mądra powiedziała mi kiedyś, że siedemdziesiąte urodziny to trudna do przełknięcia żaba. Może dlatego mówi się również, że w każdym starym człowieku siedzi młody człowiek, który się dziwi (przypomniał mi o tym Terry Pratchett – moja najnowsza miłość).

Uzbrojona w te słowa i w refleksję, że nie tylko we mnie, ale w wielu staruszkach ten młody człowiek gdzieś siedzi i się dziwi, kupuję kurtkę w kwiaty, torebkę w szalone kolory tęczy, zakładam różowe adidasy i mówię sobie:

 – Teraz! Teraz już ci wolno!

A ciało? To tylko nieco zaniedbany pojazd, ważne, że silnik działa. Może się potyka, może wydolność nie taka jak dawniej, ale przecież jedzie. Trudno nie wtrącić mi tutaj słów pani Tekli, która w tym roku skończyła 115 lat. Pani Tekla martwi się o swojego wnuka i przypomina mu: „Adam, ty dbaj o siebie, bo kto będzie się mną opiekował”. Kobieta świadoma, że potrzebuje już opieki, a jednocześnie wciąż wyglądająca w przyszłość i w dodatku z cudownym poczuciem humoru. Patrząc na Teklę, młodsi od niej wyglądają starości z nadzieją. Ułomności ciała związane z wiekiem wydają się nie tak okropne, jak myśl, że stracić można też rozum. A pani Tekla dowodzi, że można doświadczyć mocno dojrzałego wieku i mieć sprawny umysł.

Starość można dobrze wykorzystać. Przestajesz walczyć i uczysz się żyć. 

Owszem, w tyle głowy drzemie przerażenie, że kiedyś to wszystko się skończy: nasze ciało, nasze ego i świadomość. Przyzwyczailiśmy się do nich. Jeśli jesteśmy wierzący, być może przerażenie to łagodzi wiara w nieśmiertelność duszy, nadzieja na ponowne odrodzenie w innym ciele. Czy się mamimy?

Przypomniało mi się właśnie jedno zdanie z kontrowersyjnej pozycji Neale’a Walscha Rozmowy z Bogiem: „Stworzyłem Was po to moje dziatki, aby doświadczyć Siebie jako Twórcę Mego Własnego Doświadczenia”. Czy wiara w to, że kiedy już przestaniesz istnieć w ciele i jako świadome Ja, zaistniejesz w innych i nadal doświadczać będziesz wszystkiego i każdego, świadomością Boga wszechobecnego w Naturze, jest nadzieją czy arogancją? Czy przekonanie o ważności życia ludzkiego jest przekonaniem fałszywym, omamem, pobożnym życzeniem świadomości – tworu wyewoluowanego w stosunkowo krótkim czasie z wody i węgla? Czy jesteśmy w stanie pogodzić się ze świadomością, że być może jesteśmy jedynie małą cząstką, małą kroplą w oceanie życia Natury, i że wraz z naszą śmiercią niewiele w świecie się zmieni – zniknie jedynie jego mała cząstka, w zasadzie bez znaczenia dla Wszechświata?

Cieszyć się czy płakać? Może po prostu będę żyć, patrząc na siebie z humorem, a na przemijanie z przymrużeniem oka. W końcu jaki mam na to wpływ? Czasu nie zatrzymam. A skoro czegoś nie mogę zmienić… mogę to zaakceptować.

Tej autorki: Czas – przyjaciel czy wróg?

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Dlaczego już nie jestem katoliczką?

Śledząc wydarzenia w Kanadzie, związane z odkryciem kolejnych masowych grobów dzieci zamęczonych w przymusowych szkołach prowadzonych przez Kościół,…

Rozwód – kres złudzeń

– Wszyscy wkoło się rozwodzą! – dzieli się ze mną spostrzeżeniem koleżanka, której znajomi kolejno odkrywają, że jednak…
jak być uczciwym

I jak tu być uczciwym?

– Wszyscy kłamią – twierdził serialowy doktor House, zgrabnie dystansując się tym twierdzeniem od własnej nieuczciwości. Łatwo wytykać…
wspierajmy się

Wspierajmy się!

Dziś, w pandemicznych czasach – być może jak nigdy wcześniej za naszego życia – wartości nabiera współdziałanie. Życzliwość…
jesteśmy nienormalni

Wszyscy jesteśmy nienormalni

– Im dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że normalność nie istnieje –…
równowaga

Równowaga

„Równowaga”, jak każde słowo, stanowi jedynie szkielet, na którym umysł nadbudowuje mięsiwo, materię złożoną z własnych chciejstw, wyobrażeń…