nowohucka kobieta
Kobieta pracująca przy maszynie w zakładzie produkcyjnym. Żródło: Muzeum Krakowa

Nowohucka kobieta – perła i petarda

10 udostępnień
10
0
0

Bufetowe i aktywistki partyjne, żony i matki w czasach kryzysu kartkowego, pielęgniarki, kucharki, te, które wymachiwały legitymacją partyjną i te, które z pogrzebaczami broniły działki z krzyżem, gdzie stanąć miał pierwszy w Nowej Hucie kościół (u zbiegu ul. Marksa i Majakowskiego). To one zaczarowały Katarzynę Kobylarczyk i dały jej książce ciepło oraz siłę słowa, symbolu, uczucia do własnej dzielnicy.

Katarzyna Kobylarczyk – polonistka, dziennikarka (Baśnie z bloku cudów. Reportaże nowohuckie oraz Strup. Hiszpania rozdrapuje rany, za którą dostała Nagrodę im. R. Kapuścińskiego), nowohucianka, zauważa, iż Nowej Huty, „młodszej siostry Magnitogorska”, nie budowali wyłącznie mężczyźni, nie tylko ich rękami wypracowywano tam 300 i 500 procent normy. Autorka Pereł i petard. Kobiet Nowej Huty ukazuje w swojej książce szlaki niezwykłych dam, kreujących rzeczywistość nowego świata, miasta, które nie poznało wojny, ale z wojny wyrosło. Urodzona w szpitalu im. Żeromskiego pisarka, podobnie jak jej mama i ponad 150 tysięcy innych nowohucian, deklaruje, że nie chce tej krakowskiej dzielnicy opuszczać.

Znikający świat chat i czarnoziemów

Zanim powstała nowa dzielnica wielkiego Krakowa, należało wprowadzić w życie plan, przygotowany przez decydentów w odległej Warszawie czy jeszcze dalej położonej Moskwie. Budowa wielkiego kombinatu z zapleczem mieszkalnym dla kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców pochłonęła kilkanaście wsi podkrakowskich. Zniknęły pod buldożerami pola, chaty, tereny klasztorne, sady, stare trakty, które łączyły wsie w czasie odpustów czy jarmarków. Pozostały tylko wspomnienia: smaku wody ze studni, zapachu siana na nadwiślańskich łąkach, kolorowych strojów ludowych na procesje kościelne lub wypasania krów na rozległych błoniach (akurat krowy z pejzażu nowohuckiego znikną ostatnie). W powojennej Polsce przyszedł czas na budowę nowego miasta. Przy czym prawie nikogo nie porusza fakt, iż żyzne czarnoziemy stanowią tu 15 proc. gleb, a pszenicę zżęto bez sensu już w czerwcu. Autorka wspomina swoją babcię z wioski, na której terenie zbudowany został kombinat metalurgiczny, przytacza rozmowy z innymi paniami, które z wywłaszczanych chat pod Pleszowem, Luboczą przenoszą się do mieszkań w nowo budowanych blokach.

Windziarki, murarki, parowoziarki

Deficyt demograficzny jest efektem każdej wojny, stąd też śmiały projekt, by werbownicy, którzy po całym kraju jeżdżą, ściągając osadników pod Kraków, pamiętali o kobietach. To młode, często niepełnoletnie, niewykształcone dziewczyny, z biednych rodzin, a czasem z powojenną partyzancką przeszłością i więzieniem. Nowa Huta była dla nich obietnicą raju, który same miały sobie zbudować. Od murarek i windziarek (obsługujące dźwigi do transportu nosiłek z zaprawą i cegłami) zaczęła się emancypacja kobiet na tym terenie. Pojawiły się kursy kwalifikacji zawodowych, coraz więcej kobiet zdawało egzaminy na obsługę suwnic, parowozów. Życiorysy niektórych z nich zastanawiają, bo na przykład decyzja ostatniej dziedziczki Wadowa Zofii Kalinowskiej, by zostać pomocnicą majstra na budowie nie była podyktowana brakiem wykształcenia, tylko miłością – jej dzieci mogły w dokumentach wpisać jakże cenną formułkę: „pochodzenie robotnicze”.

Suwnicowa w czerwonych szpilkach

Dzień powszedni w Nowej Hucie był mozolnym przedzieraniem się w błocie i pyle, stąd obowiązkowy element stroju: gumowce. Na co dzień i od święta. Do pracy i na tańce. Tak wyglądali pracownicy kombinatu, chociaż na okładce antologii Poeci robotnicy pojawiła się fotografia autorki ballad i wierszy, pracującej na suwnicy w stalowni martenowskiej Urszuli Ciszek-Frankiewicz w kapeluszu. Poetka – z gracją byłej baleriny i uprawnieniami na wszystkie kategorie suwnic – wspinała się na swoje stanowisko pracy „najwyższe na kombinacie” w czerwonych szpilkach.

Firanki na porodówce

Nowa Huta, miasto mężczyzn, faktycznie przez dłuższy czas miało zadziwiającą strukturę demograficzną – jak na Dzikim Zachodzie, gdzie pierwsi osadnicy tworzyli miasteczka, a rodziny przyjeżdżały później. Ale dzieci rodziły się zawsze, tylko brakowało czasu na budowę szpitala. Pierwszy powstał w 1954 roku, a do tego momentu setki nowych obywateli pojawiło się na świecie. Izba porodowa wraz ze zorganizowaną przez Jadwigę Beaupré jedną z pierwszych w Polsce szkół rodzenia realizowała trudne zadania: przygotowanie do porodu, ale także wytłumaczenie, czym jest łechtaczka, jak dbać o higienę intymną, jak być zadbaną w ciąży, jak nie bać się rodzić. To pani Beaupré zawiesiła w oknach izby porodowej firanki, by rodzącym było milej i przytulniej.

Leżakowanie na wykuszu

Wachlarz ulic, szerokie arterie miasta, fantastyczne fasady budynków zarządu Huty im. Lenina, tralki i balustrady bloków, w których mieszkali artyści, działacze, robotnicy. Wśród tych zabudowań kropelki przeznaczone dla najmłodszych – nowohuckie żłobki i przedszkola. Zwłaszcza żłobki rozczulają swoją architekturą – są tam pokoje „nocniczkowe”, a modernistyczny kształt werandy na słupach pozwolił zorganizować solarium dla najmniejszych milusińskich. Właśnie ten charakterystyczny wykusz z przeszkleniami do samej podłogi umożliwia rozpoznanie budynku żłobka. Miejsce to wykorzystywane jest do łapania wszystkich promieni słońca, zwłaszcza zimą, przez najmłodszą grupę, która nie może jeszcze na własnych nogach wyjść na skrzypiący śnieg. Rozwiązanie takie zostało zastosowane w kilku nowohuckich żłobkach. Autor projektu nie jest pewny, ale Katarzyna Kobylarczyk wspomina jedną z architektek – Martę Ingarden (której śmiały zamysł bryły Teatru Ludowego, stworzony we współpracy z mężem Januszem oraz Janem Dąbrowskim broni się po dziś dzień).

Nie tylko mężczyzna z marmuru

Autorka Cegieł, pereł i petard… solidnie, po reportersku przebiła się przez zawiłości dziejowe, skontaktowała z wieloma osobami z pokolenia budowniczych Nowej Huty oraz ich dziećmi, wnukami. Sama przyznaje, że na niektóre rozmowy było już za późno ze względu na niechęć do roztrząsania przeszłości. Czasem telefony już milczały, a nazwisko odnaleźć można było tylko na nagrobku. Ale część wspaniałych kobiet nie została zapomniana, podkreślono zasługi Krystyny Skuszanki, twórczyni Teatru Ludowego, tenisistki Jolanty Szatko, niepełnoletnich murarek Zofii Włodek i Stanisławy Ożańskiej (wdowie po Piotrze Ożańskim, pierwowzorze Mateusza Birkuta z „Człowieka z marmuru”). Nie pominięto pań ze stołówek, pamiętających, że Gierek lubi kaszankę, a Cyrankiewicz tort orzechowy. I tych cichych bohaterek Solidarności, które podniesionym głosem potrafiły podczas rewizji milicyjnych powiedzieć: „Proszę o ciszę, moje dziecko śpi”.


Katarzyna Kobylarczyk Cegły, perły i petardy. Kobiety Nowej Huty, wydawnictwo Mando 2020.

może Ci się spodobać

Legendy z Nowej Rudy

Poeta i krytyk literacki Karol Maliszewski spisał baśnie i legendy swojego regionu, a ilustracjami opatrzy je Tatiana Tokarczuk,…
wilamowice

Wilamowski – zapomniany język

Jeden z najbardziej zagrożonych etnolektów w Europie. Zna go zaledwie garstka ludzi w Polsce, dla około 30 z…