Nienazwanego nie ma

0 udostępnień
0
0
0

 

13 na 50 metrów – takie wymiary ma dzika działka, przylegająca do mojego płotu. Jeszcze tam nikt nie zamieszkał, jeszcze nie wycięto jej w pień, jeszcze stanowi miejsce życia dla wielu gatunków roślin i zwierząt, a nie tylko dla człowieka. Z trwogą myślę, że wkrótce może się to zmienić.

Ta dzika działka to zwierciadlane odbicie paska ziemi, na którym zbudowano mój dom. Takie pokrojone na wstęgi kwadraty i trójkąty w okolicy to fragmenty wchłoniętych przez miasta wsi, poszatkowanych dziedziczeniem ojcowizn albo efekt powojennych parcelacji. Małe, wąskie, a na dodatek upchnięte pomiędzy ciasno pobudowanymi domami. Na jednej ktoś postawił warsztat, na innej zorganizował wynajem maszyn budowlanych. Wszystko poprzecinane ulicami, uliczkami.

Kiedy wprowadziłam się w tę przestrzeń, za płotem widziałam tylko chaos. Skrawek dzikiej działki, graniczący z moją, wydawał się czymś w sam raz, by choć trochę odsunąć się od spojrzeń następnych sąsiadów, ale za mały (za blisko między ogrodzeniami), by cokolwiek na nim zbudować. Coś na kształt żywopłotu XXL, tylko zamiast bukszpanu, szmaragdowych tui czy modnych ostatnio grabów, dżungla samosiejek.

Nie przywiązałabym się do tego dzikiego klinu, gdyby nie okna salonu zajmujące całą ścianę od sufitu do listwy podłogowej (2,8 metra wysokości i 10 metrów długości). Dom na kształt pociągu zbudowano tak, by szklana tafla stała się wielkim oknem akurat na ową „pustą” działkę, ową ziemię niczyją. Jak by było na co patrzeć! Na nietknięte od lat ludzką ręką kłębowisko krzaczorów – jak to określają sąsiedzi.

Mnie przez okrągły rok przyszło zasiadać przed tym wielkim ekranem i z braku innych opcji, popijać poranną kawę, obserwując właśnie ten krajobraz. Szybko doceniłam ów widok. Okazało się, że spektakl, który reżyseruje natura, nie ma sobie równych.

O tym, jak ważna jest bioróżnorodność przeczytasz TUTAJ

Było sobie życie

Przeprowadziłam kilka eksperymentów z liczeniem ptaków, oczywiście wyniki były ekstremalnie różne w zależności od pory roku, a najbardziej od pory dnia. Naliczyłam raz 46 pierzastych stworzeń. Wśród nich były: szpaki, kosy, sikorki, mazurki, rudziki, dzięcioły, kowaliki, sójki, kawki, gawrony, gołębie grzywacze, synogarlice i mordercze sroki. Trafił się nawet jastrząb gołębiarz, który dwa metry od mojego przyklejonego do szyby nosa spokojnie spożył jednego z dokarmianych przeze mnie ptasich podopiecznych. Kawkę lub kosa, nie wiem, bo zostały tylko czarne pióra. Był to zresztą jedyny moment, kiedy wszystkie mniejsze ptaszki zniknęły. Mimo owej nieproszonej wizyty dużego drapieżnika wraz z ilością karmników wieszanych przeze mnie na siatce ogrodzenia, po skrzydlatych sąsiadach szybko rozniosła się wieść o gościnnej dżungli w okolicy. Lądować zaczęły u mnie nawet bażanty. Raz kosy spadły na ogród taką chmarą, że przykryły trawnik, zaś para gołębi zadomowiła się tu na tyle, że zaczęła mnie kompletnie ignorować, nawet gdy otwierałam drzwi.

W ubiegłym roku udało mi się nagrać trele słowika. Śpiewał tak głośno, że byłam przekonana, że ktoś puszcza nagranie w garażu. Koncerty ciągnęły się do 21.30. Z zachwytu postanowiłam je nagrać i zrobiłam to wciśnięta między seler i sałatę (jak wspominałam na mojej działce jest wąsko).

Wraz ze mną przed rzeczoną szybą w salonie regularnie zastygać zaczęły udomowione koty. Ja zastygam z zachwytu nad bogactwem życia za oknem, one sparaliżowane niemocą – bo tak chciałoby się zapolować. Wspólne patrzenie, inne widzenie, z którego jednak nic sobie nie robią ganiające się po gałęziach wiewiórki.

Pobieżnie policzyłam też drzewa na tym „ugorze” za moim płotem. Nie licząc drobiazgu, a tylko te w miarę grube, wyszło mi 53. Jest tam klon jednolistny o przepięknych kwiatostanach, jest czeremcha, są zdziczałe jabłonie, czarny bez, olcha, brzoza i wierzba płacząca. Poniżej zieleni się mieszanka traw, podagrycznika, jaskółczego ziela, mniszka, mchu, krokusów… reszty nie rozpoznaję. Jestem mieszczuchem, który na ogół nie wie, na co patrzy. I ta niewiedza coraz bardziej mi uwiera.

Warto przeczytać: Drzewa – kosmici są wśród nas

Nienazwane nie istnieje

Teraz, tej spóźnionej wiosny, która wybuchła zielenią, korzystając z obfitości wody i wreszcie wyższych temperatur, siedzę z kotami przed oknem niczym przed gigantyczną plazmą. Bez zasilania, abonamentu oglądamy wiecznie poruszający się teatr życia. Drgnienia liści, wąsy pnączy wokół siatki, buczenie trzmieli na heliotropie czy na szałwii, ptaki na głogu, wędrówki ślimaków, mrówek, arabeski dżdżownic pojawiających się przy każdym wbiciu łopaty, krótkie wizyty jeży, zaskrońców, a nawet tchórza. Plus mirady innych stworzeń, których nazw nie znam.

No właśnie, dlaczego ich nie znam? Dlaczego tak mało wiem o tym życiu toczącym się pod moim nosem? W szkole, którą skończyłam, nie uznano tego rodzaju wiedzy za istotną. Może dlatego, że owe życie nie pełni wielkiej roli gospodarczej, może jest zbyt powszechne, za mało atrakcyjne, by się nad nim pochylić. Żałuję, że nie znam nazw tych wszystkich roślin i zwierząt, że muszę z wysiłkiem szukać informacji o nich w atlasach owadów, w atlasach dendrologicznych, w aplikacjach rozpoznających ptaki po wydawanych przez nie odgłosach, a rośliny po zdjęciach lub dopytywać o to wszystko na specjalistycznych grupach przyrodniczych w internecie.


może Ci się spodobać

Drzewa – kosmici są wśród nas

Na Ziemi drzewa są kosmitami, od których możemy się wiele nauczyć. Dystansu, wartości posiadania korzeni, sensu bycia tu…
macierzyństwo zwierząt

Macierzyństwo Matki Natury

Ludziom macierzyństwo kojarzy się z opiekuńczością, łagodnością, z troską. W naturze istnieje wielka różnorodność w tym zakresie. Niemniej…