Dalmacja to Roberta Makłowicza raj na ziemi. Fot. Instagram

Nie muszę się spieszyć. Wywiad z Robertem Makłowiczem

14 udostępnień
14
0
0
„Wokół szaleją cykady, w powietrzu unosi się zapach pinii i rozmarynu. Są cudowne 32 stopnie ciepła, stoję nad zatoczką z lazurową wodą i za chwilę do niej z przyjemnością wskoczę na główkę. A wieczorem będę sadzić obłędnie pachnącą lawendę. Jak tego nie kochać?”. Robert Makłowicz opowiada o swoim kawałku raju w Dalmacji.

Edyta Brzozowska: Czy to prawda, że kilka miesięcy w roku regularnie spędza pan w Chorwacji, a dokładniej w Dalmacji?
Robert Makłowicz: Robię to od kilkunastu lat. Szczególnie od czasu, gdy dziesięć lat temu stałem się szczęśliwym posiadaczem fantastycznego, kamiennego, stuletniego domu na półwyspie Pelješac. To mój ukochany kawałek raju. Czuję, że ta ziemia jest częścią mnie, a ja jej.

Czym Dalmacja pana uwiodła?
Moim zdaniem to najpiękniejsza, niezwykła kraina położona nad Morzem Śródziemnym, w dodatku najmniej turystycznie zaorana. Z prostego powodu: w tutejszych surowych górach nie ma możliwości, aby zbudować wielkie, wysokie hotele i uczynić z Dalmacji obleganą przez wczasowiczów riwierę. Nie ma tu rozległych plaż, na których siedziałoby tysiące ludzi naraz. Pełno natomiast małych zatoczek i kameralnych brzegów morza. A mój dom położony jest na kompletnym odludziu, po prostu na końcu świata.

W tle naszej rozmowy słyszę głośny koncert cykad.
Cykady wokół szaleją, w powietrzu unosi się zapach pinii i rozmarynu. Są cudowne 32 stopnie ciepła, stoję nad zatoczką z lazurową wodą i za chwilę do niej z przyjemnością wskoczę na główkę. A wieczorem będę sadzić obłędnie pachnącą lawendę, którą kupiłem w sklepie ogrodniczym na sąsiedniej wyspie Korčula. I jak tego wszystkiego nie kochać?

Słucha pan cykad, sadzi lawendę, a tymczasem nowy kanał na You Tube – „Robert Makłowicz Dalmacja” zapełnia pan nowymi opowieściami o gotowaniu i czarownym półwyspie.
Już od dłuższego czasu planowałem uruchomić swój kanał z treściami podobnymi do tych, jakie realizowałem najpierw 18 lat dla TVP 2, a potem w stacji Food Network. Po drodze pojawiła się epidemia, więc wyjazd do Dalmacji był spowodowany częściowo ucieczką przed koronawirusem, a po trosze związany z planami zawodowymi. Tym bardziej że epidemia w Chorwacji miała – i mam nadzieję, że nadal tak będzie – znacznie łagodniejszy niż gdziekolwiek indziej w Europie przebieg. Pomyślałem, że jeśli mam do wyboru siedzenie w Krakowie, albo wyjazd do pięknego miejsca, to nie wahałem się ani chwili. Kiedy tylko stało się to możliwe, wsiedliśmy w auto i przyjechaliśmy.

Jak się pan odnajduje w nowym medium, tak różnym od tradycyjnej telewizji?
Moje wrażenia są wyłącznie pozytywne. Zasadnicza różnica polega głównie na tym, że sam jestem sobie sterem, żeglarzem i okrętem. To ja decyduję, co ma być w filmach i nie muszę z nikim dyskutować o tym, co ma się w poszczególnych odcinkach znaleźć. Z doświadczenia wiem, że decydenci telewizyjni mają różne gusta, dlatego zawsze musiałem wysłuchiwać, co według nich jest dobre, a co złe.
Poza tym mam więcej przestrzeni, aby rozwinąć interesujące mnie wątki czy wstawić więcej obrazków pięknych okolic. Tradycyjna telewizja wymaga prędkiej narracji, na YouTube nie muszę się tak spieszyć.

Statystyki odsłon pokazują, że widzowie zaakceptowali nowego youtubera.
I to jest niezwykle przyjemne. Przedtem sprzedawałem coś telewizji i potem szybko o tym zapominałem. Oczywiście, stacje swoimi sposobami i narzędziami mierzą oglądalność, ale jest to proces wewnętrzny, najczęściej trzymany w tajemnicy. Na YouTube widać wszystko od razu.

Realizacja filmów przeznaczonych do sieci różni się czymś od robionych dla telewizji?
Według mnie prawie niczym. Przecież nie kręcę filmików telefonem trzymanym na kiju. Wszystko jest nagrywane w profesjonalnej jakości, nie powstydziłaby się jej żadna stacja. Pracuję z operatorem kamery, dźwiękowcem i moją żoną jako kierowniczką produkcji. Ekipa telewizyjna zazwyczaj jest znacznie większa. Oczywiście realizacja filmów to także koszty, ale dość szybko udało mi się znaleźć sponsorów, którzy zresztą sami się zgłosili. Więc widzę same plusy: robię to, co kocham, a ze swojego hobby czerpię profity. To idealna sytuacja.

Co w Dalmacji lubi pan jeść najbardziej?
Chyba czarne risotto, czyli potrawę, która swój niezwykły kolor zawdzięcza atramentowi z kałamarnicy. Cenię również smak kalmarów z rusztu, a także mule „na buzaru”. Tu mówi się na nie „mušule”lub „dagnje”, a w sosie z winem, pietruszką i czosnkiem są wspaniałe.
Śniadanie jadam mikre, przeważnie grzankę z miodem i piję kawę. Menu obiadowego nie planuję z wielkim wyprzedzeniem, kieruję się impulsem. Jadę na pobliski targ i patrzę, co danego dnia fajnego i świeżego mogę kupić. W ten sposób nabyłem kilka skrzynek pięknych, dorodnych pomidorów wzrosłych i dojrzałych w południowym słońcu. Będę z nich robił passatę i zabiorę ten cudowny przecier do Polski.

Podobno w gotowaniu pomaga panu muzyka i w zależności od tego, czy słucha pan grupy Sex Pistols, koncertów fortepianowych Béli Bartóka, czy symfonii Gustava Mahlera, tworzy pan inne menu.
Do dziczyzny pasują mi opery Richarda Wagnera, a do makaronów – piosenki Adriano Celentano albo uwertury Giuseppe Verdiego. Mówiąc poważnie, to inspiruje mnie przede wszystkim sezonowość. Nie jem ani truskawek w lutym, ani peruwiańskich szparagów w marcu.

Według zasady, że najlepsze jest to, co w danym momencie rodzi ziemia?
Tylko to ma sens. Przekleństwem polskich restauracji jest na przykład sałatka caprese, którą u nas podaje się cały rok. Składa się ze sztucznie pędzonych pomidorów, które nie smakują dosłownie niczym. Do tego idzie bazylia ze szklarni i najtańszy ser typu mozzarella. Tymczasem, jeśli to samo danie przyrządzić z prawdziwej mozzarelli bufalo, czyli sera zrobionego z bawolego mleka i pomidorów, które wielkością przypominają steki i są zerwane prosto z krzaka, z bazylii rosnącej w ogródku, a wszystko to polać oliwą wytłoczoną przez mojego dalmatyńskiego sąsiada, to mamy do czynienia z czymś genialnym.

Oprócz dziczyzny, ani razu nie wspomniał pan o mięsie. Zmierza pan w stronę kuchni wegetariańskiej?
Nie, bo nie potrafiłbym się wyrzec np. bistecca alla fiorentina, od krów rasy chianina hodowanych w Toskanii. Ten ceniony na całym świecie befsztyk po florencku, pieczony nad węglem drzewnym, polany oliwą i posypany grubą morską solą, jest absolutnie wspaniały.
Nie jadam go codziennie, bo takie mięso, jako wyprodukowane w sposób ekologiczny, nie jest tanie. W ogóle staram się kupować świadomie, bo nie jestem idiotą i zdaję sobie sprawę, że nieumiarkowana konsumpcja mięsa nie służy naszej planecie. Nie chcę mówić, że nie służy także naszemu zdrowiu, bo nie jestem dietetykiem. Ale gołym okiem widać, że z naszym światem źle się dzieje.

Bo kupujemy za dużo, a potem wyrzucamy. Nie tylko mięso zresztą.
Łapczywość na mięso wynika między innymi z naszych historycznych i psychologicznych uwarunkowań. I najwyższa pora, byśmy to sobie wreszcie uświadomili.
Konsumpcja mięsa była kiedyś wyznacznikiem statusu społecznego, a jako naród głównie o chłopskich korzeniach, jadaliśmy je kilka razy w roku. Z kolei w czasach PRL mięso było racjonowane, brakowało go w handlu. Więc dziś wielu ludziom się wydaje, że skoro taką karkówkę mogą kupować w każdej ilości, bo w promocji kosztuje 11 złotych, to świadczy o naszym dobrobycie. Dziwię się, gdy widzę ludzi kupujących kilogram szynki w plastrach, przecież ona jest po kilku dniach niejadalna. A potem mówią: „Wyrzucam, stać mnie na to”.

To dla pana, jako entuzjasty niemarnowania jedzenia, szczególnie bolesne. Hołduje pan wykorzystywaniu resztek, modnej dziś kuchni zero waste.
To anglosaskie określenie. A przecież kuchnia biedna i oszczędna to coś, co znano i praktykowano powszechnie od dawna i w różnych zakątkach świata. Moja babunia na przykład nigdy nie wyrzucała niezjedzonego pszennego chleba, tylko kroiła w kostkę i przechowywała w lnianych woreczkach. Kiedy uzbierało się wystarczająco dużo tych resztek, robiła z nich knedle bułczane. Dań powstałych z resztek jest w całej Europie mnóstwo, z pizzą margherita i spaghetii aglio e olio na czele.

Przychylnie patrzy pan na młodych, którzy propagują dietę roślinną. Z Martą Dymek, autorką „Jadłonomii po polsku”, odbył pan niedawno w sieci fascynującą rozmowę o dietach: wegańskiej i mięsnej.
Wegańskie przepisy Marty Dymek są doskonałe i uważam, że robi ona kawał dobrej roboty. Nie tylko gotując, ale także angażując się w wiele pożytecznych akcji. Też się w niektóre angażuję, na przykład w tę o niekupowaniu jaj „trójek”. Zgadzam się z tym, bo nietrudno sobie wyobrazić tę biedną, nieszczęśliwą kurę trzymaną całe życie w maleńkiej klatce. Jej jajka nie mogą być ani zdrowe, ani smaczne. A co do kuchni roślinnej, to nie dzielę jedzenia na mięsne i bezmięsne, tylko na smaczne i niesmaczne.

Czas spędzony w Dalmacji zaowocuje pana nową książką?
Tak, właśnie kończę tę poświęconą kuchni Azji Południowo-Wschodniej. A ponieważ Wydawnictwo Czarne w planach ma wznowienie „Café Museum”, mojej książki sprzed 10 lat, także do niej dopisuję nowe, aktualne rozdziały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać
biebrza

Ekspresówka zniszczenia

Ekolodzy protestują przeciwko planom budowy polskiego odcinka Via Carpatii na obszarze Biebrzańskiego Parku Narodowego. Poznaj ich argumenty i proponowane rozwiązanie.
suszone pomidory

Suszone pomidory umilą chłodne dni

Miłośnicy pomidorów już za kilka tygodni będą śpiewać za Kabaretem Starszych Panów „Addio pomidory”. Możemy ukoić smutek suszonymi…
szczęście

O szczęście trzeba zabiegać

Filozofka i etyczka dr Katarzyna de Lazari-Radek przekonuje, że ważne jest, by mówić o szczęściu, dbać o drobne przyjemności, bo to może ułatwić nam przetrwanie trudnego okresu i pomóc przejść przez niego w możliwie najlepszej formie